Zanim Polska wróciła na mapę Europy, on już biegł na olimpijskiej bieżni. Władysław Ponurski – lwowianin, sprinter i czterystumetrowiec – w 1912 roku wystąpił na igrzyskach w Sztokholmie jako pierwszy polski lekkoatleta w historii. Bez profesjonalnego zaplecza, bez własnej flagi, za to z uporem i talentem, który dostrzegli starsi koledzy z Pogoni Lwów.
„Chodźcie tutaj, wypróbujemy nowego miglanca!” – krzyknął ktoś w kierunku Tadeusza Kuchara, Józefa Kaweckiego i Zdzisława Latawca. Ci mieli akurat trening, ale przerwali go. W oddali dostrzegli młodego chłopaka.
„Nadajesz się”
Był w piątej klasie gimnazjum. Na przerwach uczniowie wybiegali na Wały Gubernatorskie i tam urządzali własne igrzyska. Władek Ponurski zawsze był pierwszy. „Najśmiglejszy ze śmigłych” – tak go zapamiętano. W 1909 roku zaprowadzono go na plac cyklistów i postawiono obok starych zawodników Pogoni. Nie znał techniki startu, nie posiadał odpowiednich pantofli i… trząsł się z nerwów. Pobiegł sam, bez konkurencji i uzyskał 12,2 sekundy. Starszyzna wydała krótki werdykt:
„Nadajesz się!”.
Od tej chwili sport stał się jego codziennością. Podpatrywał trening, uczył się startu, poprawiał każdy szczegół. Już na pierwszych zawodach oficjalnych zszedł do 11,4 sekundy. Talent był więc oczywisty. W szkole, no cóż, bywało gorzej.
„Tyś znowu nic nie przeczytał, Ponurski!” – słyszał kiedyś od profesora. Odpowiadał szczerze:
„Bo ja nie miał czasu, panie profesorze”.
Od osiemnastego roku życia, czyli roku 1910, trenował już regularnie. Nie ograniczył się do setki. Spróbował 200 metrów, potem 400. Ten dystans wybrał z trochę taktycznie i trochę z przekory. W Pogoni nikt wtedy na poważnie tą konkurencją się nie zajmował. Była wolny i dawała szansę zwrócenia na siebie uwagi. Dzięki temu Władek codziennie przychodził na boisko. Biegał do utraty sił. Gimnastyki nie uprawiał. Zresztą, poza wspomnianym Kaweckim, nikt jeszcze nie zwracał uwagi na tego typu ćwiczenia. Liczyła się szybkość i wytrzymałość.
|Czytaj też: Recenzja książki: „Igrzyska lekkoatletów. Tom 5. Sztokholm 1912”
Jeden warunek!
Pierwsze wyjazdy zagraniczne były przygodą. Do Pragi jechali z pożyczonymi legitymacjami kolejarskimi, za kilka koron. Czesi patrzyli na lwowian jak na egzotycznych gości z prowincji. Ale szybko zmienili zdanie, wystarczyło, że przyjezdni zaczęli biegać. Ponurski co prawda przegrał raz 400 metrów przez sprytny manewr rywala, który zerwał taśmę ręką, ale nazajutrz wyzwał go na rewanż. Przeciwnik się wycofał, wskazując swojego następcę, jego najlepszego ucznia. Władek pobiegł z uporem. Pokonał go.

W styczniu 1912 roku, w śniegu po kolana i po długim rozbracie z bieganiem z powodu kontuzji biodra, rozpoczął trening przedolimpijski. W eliminacjach w Wiedniu musiał uzyskać minimum 54 sekundy na 400 metrów i wygrać z Austriakami. Zrobił swoje. 53,4 sekundy w decydującej próbie miało zapewnić wyjazd do Sztokholmu. Ale Polak w austriackiej kadrze (Polska była wówczas pod zaborami) nie wszystkim przypadł do gustu. Władek wspominał te eliminacje trochę jak próbę spisku przeciwko niemu. W 1936 mówił:
„Wreszcie zorganizowano na boisku Hutteldorf decydującą próbę. Ale ta eliminacja coś mi pachniała zasadzką. Bo przeciwko mnie wystawiono dwunastu wiedeńskich hołodrygów, którzy z pewnością nie zechcą mi ułatwiać wydostania się na czoło. A przecież biegano kupą, więc niebezpieczeństwo zamknięcia na takim krótkim dystansie było bardzo znaczne”.
Postawił warunek, że pobiegnie sam. I znów złamał 54 sekundy. To oznaczało pewny wyjazd na igrzyska olimpijskie. Tak zaszczytna nominacja spotkała się ze sporym zrozumieniem… w miejscu pracy.
„Gdy włączono mnie do reprezentacji olimpijskiej, otrzymałem pewne przywileje. Prezes Komitetu Olimpijskiego Austro-Węgier książę Ludwik Vindischgratz napisał list do namiestnictwa, gdzie byłem urzędnikiem, aby został nadany mi opłacany urlop na przygotowanie do zawodów. Od tej chwili mogłem nie chodzić do pracy, ale całe namiestnictwo raptem bardzo zainteresowało się sportem”– wspominał lekkoatleta.
|Czytaj też: Grudziądz nie wierzył łzom… rocznica śmierci Bronisława Malinowskiego
Władysław Ponurski na igrzyskach
Do Szwecji dotarł spóźniony, bo zgubił się na wiedeńskim dworcu. Na stadionie olimpijskim zobaczył wielki świat sportu. Morze ludzkich głów. Wielkie wrażenie zrobiły na nim elektryczne czasomierze i organizacyjna otoczka. No i nazwiska: Kolehmainen, Meredith, Craigh. Już w pierwszym dniu zdał sobie sprawę, jak brakuje mu do najlepszych. No, ale liczył się udział!
Na 200 metrów odpadł w przedbiegu. Na 400 pobiegł odważnie. Pierwsze 200 metrów „poszło cudownie” i kibice krzyczeli z trybun. Potem, niestety, zabrakło sił. Minęli go Amerykanin i Włoch. Był trzeci w swoim biegu, z czasem poniżej 53 sekund. Jego rola olimpijczyka dobiegła końca. Później przez pięć tygodni obserwował wydarzenia w Sztokholmie.

Władysław Ponurski nie zdobył medalu. Nie wrócił jako bohater tłumów. Ale był tam, gdzie rodził się nowoczesny sport. Startował w barwach austriackich, bo tak wyglądała wtedy polityczna mapa, lecz czuł się Polakiem. Pewnie dlatego po wojnie przeniósł się wraz z żoną i córkami do Krakowa, gdzie też w 1978 roku zmarł. Został pochowany w Myślenicach. Po zakończeniu kariery był działaczem sportowym Pogoni Lwów i sekretarzem Krakowskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Dzielił się swoimi doświadczeniami. W końcu był jednym z pierwszych polskich olimpijczyków. Choć pod obcą flagą…
