O świcie 8 sierpnia 1936 roku na berlińskiej strzelnicy nikt nie stawiał go w roli faworyta. Władysław Karaś, kapitan Wojska Polskiego, niemal anonimowy w sportowym świecie, po zaledwie roku poważnych treningów stanął do walki z najlepszymi strzelcami globu. Kilka godzin później okazało się, że od olimpijskiego srebra dzieliły go milimetry – a od historii już tylko jeden celny strzał.

Berlin, 8 sierpnia 1936 roku. Około godziny ósmej rano. Na strzelnicy Deutsche Versuchs-Anstalt für Handfeuerwaffen pojawiają się kolejni olimpijczycy. Wśród nich jest kapitan Władysław Karaś, 43-letni oficer Wojska Polskiego Wygląda na zmęczonego. Dopiero po zawodach wyjaśni, dlaczego…
W konkurencji karabinka małokalibrowego na 50 metrów leżąc startuje 66 zawodników z 25 państw. Regulamin jest prosty, ale i bezlitosny. Trzydzieści strzałów, które w sumie maksymalnie mogą dać 300 punktów. Tarcza jest dziesięciopierścieniowa i nie wybacza nawet minimalnego drgnięcia ręki albo niekontrolowanego oddechu. W kadrze prócz Władysława są jeszcze dwaj wojskowi: mjr Jan Wrzosek i płk Antoni Palcha.
Trening na urlopie
Obecność Karasia jest dla wielu obserwatorów zaskakująca. Nie brakuje nawet głosów, że to niespodzianka. Kapitan nie był bowiem gwiazdą przedolimpijskich zawodów. Strzelał raczej dorywczo, u siebie w pułku i na ćwiczeniach Związku Strzeleckiego. Na poważnie wszedł w sport dopiero po zwycięstwie w meczu Państwowego Urzędu Wychowania Strzeleckiego ze Związkiem w październiku 1935 roku. Ten nagły wyskok formy wystarczył, by przekonać do siebie olimpijskich decydentów. Na dziesięć miesięcy przed letnimi igrzyskami w 1936 Władysław dowiaduje się, że wyjedzie do Berlina.
Do olimpijskiej rywalizacji przygotowuje się w czasie urlopu. Już po igrzyskach powie Januszowi Kusocińskiemu, wówczas korespondentowi „Przeglądu Sportowego”:
„Całą zimę trenowałem w strzelnicy na Zielenieckiej w Warszawie. Pogoda nie robi mi żadnej różnicy. Przyznam się, że nawet ucieszyłem się, że nasze strzelanie w Berlinie wypadło w dzień ciemny i pochmurny. Tegoroczny swój urlop zużytkowałem częściowo na obóz treningowy, a częściowo spędziłem na letnisku w Małopolsce Wschodniej. Urządziłem tam sobie prymitywną strzelnicę i pukałem, kiedy miałem wolną chwilę”.
Bo nie zgasił światła
Olimpijczycy podzieleni są na trzy grupy. Pierwsza rozpoczyna zmagania o 8:30. Druga o 11:00, a trzecia o 15:00. Niebo nad Berlinem tego dnia jest zachmurzone. Siąpi deszcz. Dopiero przed południem rozjaśnia się. Ale pogodą Polak niezbyt się przejmuje. Strzelać potrafi przecież w każdych warunkach atmosferycznych.
Gorzej z jego samopoczuciem fizyczno-psychicznym…
W nocy przed startem śpi krótko. I nie, nie chodzi o nerwy, bo te trzyma na wodzy.
„Spałem tylko 4 i pół godziny, gdyż sąsiad mój do późnej nocy czytał gazetę i mimo prośby mej nie chciał zgasić światła” – zrelacjonuje później.

W strzelectwie takie detale są decydujące. Zmęczenie bowiem może ciążyć bardziej niż karabin.
Rywalizacja układa się zdumiewająco równo. Ale od początku widać jednego faworyta, Willy’ego Rogeberga. Norweg strzela metodycznie, prawie bez zmian taktyki. Po każdej próbie na moment zamyka oczy i odpoczywa. W ten sposób uspokaja organizm. Może dziś brzmi to jak anegdota, ale… czas pokazał, że miało to sens.
Kiedy inni łapią pojedyncze ósemki i dziewiątki, Rogeberg buduje przewagę. Strzela do znudzenia powtarzalnie, a jego trzydzieści prób daje wynik idealny: 300 punktów na 300 możliwych. To nowy rekord świata! Willy jest bezkonkurencyjny. Ale inni prezentują równie wysoki poziom.
Od srebra milimetr
Za plecami Rogeberga zaczyna się właściwy konkurs. Walka o resztę medali. Na tablicy wyników robi się tłoczno. Po serii strzałów różnice są minimalne, a w końcowym rozrachunku aż sześciu zawodników kończy zmagania z wynikiem 296 punktów! Są to: Karaś, Węgier Ralph Berzsenyi, Meksykanin Gustavo Huet, Brazylijczyk José Mello i Francuz Jacques Mazoyer oraz Filipińczyk Martin Gison. Pozostali Polacy, Palcha i Wrzosek, nie gubią się całkiem, ale ich 289 i 288 punktów daje miejsca 40. i 44.
Na strzelnicy w berlińskiej dzielnicy Wannsee presja jest niemalże namacalna : długie czekanie między seriami, szelest papierowych dokumentów, które należy wypełnić, kontrola broni czy spojrzenia rywali. W takich warunkach czas płynie inaczej. Rogeberg potrzebuje około dwóch godzin, by zamknąć konkurs perfekcyjnym wynikiem. Reszta przeciąga rywalizację jeszcze bardziej, bo dogrywki i oględziny tarcz nie pozwalają przyśpieszyć. Zawody kończą się bez fajerwerków. Olimpijczycy są zmęczeni.
Gdy pada ostatni strzał, jeszcze nie ma pewności, jak zostaną rozdzielone miejsca od drugiego do siódmego. Regulamin przewiduje dogrywkę, a w niej – znów – liczy się nie tylko liczba punktów, ale i szczegóły trafień. Komisja sędziowska, pod przewodnictwem płk. Lindego, ogląda tarcze. Trzeba mierzyć, sprawdzać i porównywać ślady po kulach. I dopiero wtedy wychodzi na jaw, że srebro od brązu dzieli nie punkt, nawet nie pierścień, ale milimetry. Kula Węgra jest bliżej środka. Karaś zostaje trzeci. Kusocińskiemu powie:
„W każdym razie o zajęciu przeze mnie drugiego czy trzeciego miejsca zdecydował ostatni strzał, ponieważ mieliśmy jednakową ilość punktów. Widocznie jednak mój przeciwnik trafił bliżej środka, bo ja miałem również 10-tkę, tylko z prawej strony…”.
Ambitne podejście kapitana to jedno. Spokój i opanowanie – drugie. Uchodzi bowiem za mężczyznę niezwykle stonowanego i cierpliwego. Cechy te wykorzystuje na strzelnicy. Może właśnie dzięki nim po roku treningów sięgnął po olimpijski krążek?
|Czytaj też: Czesław Zając — najstarszy polski olimpijczyk i jego niezwykła historia
Oficerska ocena
Nad Wisłą wiadomość o jego sukcesie niesie się dość prędko. Informują o nim największe gazety w kraju. Dziennikarze podkreślają, jak dużą, ale i przyjemną niespodziankę dał kibicom. Piszą również, że w końcu to mężczyzna stanął na podium, bo wcześniej zaszczyt ten spotkał tylko nasze lekkoatletki: Wajsówną i Kwaśniewską.
Ten polski brąz w strzelectwie jest „dopiero początkiem”, tak też napiszą gazety. Ma również wielkie znaczenie, bo to pierwszy olimpijski medal dla polskiego strzelectwa sportowego w całej jego historii.
Sam bohater wraca z Wannsee z medalem i z listą… zastrzeżeń do własnego występu.
„Z miejsca swego i medalu jestem bardzo zadowolony, z wyniku – nie. Powinienem był uzyskać przynajmniej 298 punktów, zamiast 296-ciu”– powie kilka godzin później.

W rozmowach po starcie kapitan Karaś nie gryzie się w język. Powtarza, że kierownictwo „zbyt mało troszczyło się o nasz stan psychiczny, który w strzelectwie decyduje o wyniku”. Dodaje, że na stanowisku każde niedociągnięcie odbija się od razu na rezultatach. I nie jest to retoryka człowieka, który szuka wymówki. Raczej oficera, który ocenia zadanie i wyciąga wnioski. Zaś na pozostałych polskich olimpijczyków jego medal działa mobilizująco. Bo skoro on mógł?
Z Berlina Władysław Karaś przywozi dobre wspomnienia i przyrzeczenie lepszego miejsca – „przy następnej okazji”. W 1936 roku brzmi to jak rozsądny plan sportowy. Karaś bierze udział w kolejnych zawodach. Jest kandydatem do olimpijskiego startu w 1940 roku. Ale wybucha II wojna światowa i sportowa rywalizacja staje się jedynie wspomnieniem. A Karaś swoje umiejętności wykorzystuje najlepiej jak potrafi walcząc o wolną Polskę. Wojny nie przeżył, został rozstrzelany podczas masowej egzekucji w Magdalence pod Warszawą w nocy z 27 na 28 maja 1942 roku. To jego pozasportowe życie to opowieść na osobny artykuł. Albo i książkę…
|Czytaj też: „Ten spokojny Polak”. Adam Smelczyński na igrzyskach w Melbourne
I jeszcze na koniec…
Z olimpijskim startem kapitana Władysława Karasia w Berlinie wiąże się kilka nieścisłości. Pierwszą z nich jest przynależność klubowa. W wielu opracowaniach podaje się bowiem Strzelca Warszawa, a sam zawodnik mówił Kusocińskiemu:
„Organizacyjnie należę od Związku Strzeleckiego i do klubu Legia”.
Drugą ciekawostką, jest imię sportowca, które w wielu przedwojennych publikacjach prasowych w ogóle się nie pojawiało! Jeśli spojrzeć na tytuły, choćby relacji poolimpijskich, to w większości pojawia się „Kpt. Karaś”. To również dowód na to, jak bardzo nieznany w środowisku sportowym był brązowy medalista olimpijski. Dopiero Zygmunt Głuszek w książce „Polscy olimpijczycy” ustalił i podał jego imię…
Bibliografia:
- Przegląd Sportowy. R. 16, 1936, nr 68, s. 6.
- Ilustrowany Kuryer Codzienny. 1936, nr 221, s. 21.
- Kurjer Warszawski. R. 116, 1936, nr 217, s. 22.
- https://www.olympedia.org/results/51636 (dostęp: 26 lutego 2026).
- The XIth Olympic Games Berlin, 1936 Official Report, s. 825-826.
- P. Woźniak, Nadzieje i rozczarowania – polscy sportowcy na XI Nowożytnych Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie w 1936 roku – analiza przypadków.
- https://sportowcywmundurach.instytutlukasiewicza.pl/historia/1939-1945-ofiara-sportowcow-zolnierzy/ (dostęp: 26 lutego 2026).
- https://legionisci.com/news/80755_Wladyslaw-Karas-pierwszy-indywidualny-medaLista-IO.html (dostęp: 26 lutego 2026).
- Przegląd Sportowy. R. 16, 1936, nr 71, s. 4.
