Bułgarzy byli o dwa punkty od mistrzostwa świata, a hala w Sofii szykowała się do świętowania. Wtedy stało się coś, co do dziś uchodzi za jeden z najbardziej nieprawdopodobnych zwrotów akcji w historii siatkówki. NRD wyszarpało złoto w meczu, którego nie miało prawa wygrać…
Finały, bez względu na dyscyplinę, przechodzą do historii. O części z nich mówi się krótko: „nudne”, „do zapomnienia”. O innych dyskutuje się latami. Decydujący mecz mistrzostw świata siatkarzy w Sofii z 2 października 1970 roku należy do tej drugiej grupy. Warto zaznaczyć, że nie był on typowym finałem, a ostatnim meczem drugiej, decydującej fazy rozgrywek. Los chciał, że akurat w tym momencie spotkały się zespoły, które w tabeli zajmowały czołowe miejsca i biły się o tytuł.
|Czytaj też: Montreal 1976. Złoci siatkarze
Gotowi na święto
Bułgaria była gospodarzem tamtego siatkarskiego mundialu. Grała przed własną publicznością. Ku jej uciesze miała złoto na wyciągnięcie ręki, bo w piątym secie prowadziła tak wysoko, że właściwie nikt nie wyobrażał sobie innego zakończenia. W pewnym momencie na tablicy pojawił się nawet wynik 10:1 dla gospodarzy. A jednak! Mistrzami świata nie zostali Bułgarzy. Zostali nimi siatkarze NRD.
Ten mecz w końcowym fragmencie pokłócił się z logiką. Wymknął się z jej ram.
W hali w Sofii wszystko było już gotowe do świętowania. Gospodarze zyskiwali przewagę. Napędzali się każdą udaną akcją, a do tego trybuny stały za nimi murem. W tie-breaku, z wspomnianego 10:1, gospodarze wyszli na 13:5. Od złota dzieliły ich więc ledwie dwa punkty. W siatkówce, na takim poziomie, to powinna być formalność. A nie początek katastrofy.
Te dwa okazały się… przekleństwem.
Bułgaria w całym turnieju wyglądała bardzo dobrze. Gospodarze szli przez turniej bardzo pewnie. W fazie wstępnej nie stracili seta, wygrywając z: Belgią, Włochami, Izraelem, Jugosławią i Iranem. W rundzie finałowej pokonywali kolejnych mocnych przeciwników, budując atmosferę coraz większego narodowego uniesienia. Im bliżej końca, tym mocniej wydawało się, że Bułgaria po prostu musi zdobyć złoto.

Ale zawodnicy z NRD statystami nie byli. To był zespół uporządkowany. Na parkiecie prezentował dyscyplinę i psychiczną odporność. Nie grał może najbardziej efektownej siatkówki, ale tą organizacją mógł imponować. Prowadzony przez Herberta Jentera potrafił cierpieć, wytrzymać presję i czekać na moment. W całych mistrzostwach przegrał tylko raz, z Japonią (2:3). Do decydującego spotkania Niemcy dotarli więc nieprzypadkowo.
|Czytaj też: Zapomniana bohaterka sportu i wojny. Danuta Stefańska-Majewska oddała życie za wolność
Rudi Schumann, przerwa i wielki zwrot akcji
Sam mecz od początku miał temperaturę wielkiego widowiska. Pierwszy set wygrali siatkarze NRD 15:11. Bułgarzy szybko odpowiedzieli i wzięli drugą partię 15:13. Trzeci set znów należał do Niemców ze Wschodu, którzy zwyciężyli 15:7. Kiedy jednak gospodarze rozbili rywali w czwartym secie aż 15:4, wydawało się, że przejęli już pełną kontrolę nad grą. Hala eksplodowała. Publiczność poczuła krew, a sami Bułgarzy weszli w decydującą partię niespotykana energią.
Przeciwnicy, mający do odrobienia aż osiem punktów, wyglądali na załamanych. I właśnie wtedy stało się coś niewyobrażalnego.
Rudi Schumann, rozgrywający i lider mistrzów świata, wspominał po latach:
„Nie zapomina się takiego dnia jak 2 października 1970 roku. W piątym secie przegrywaliśmy beznadziejnie 1:10 i 5:13. Bułgarzy byli wtedy praktycznie mistrzami świata. Ale my walczyliśmy o każdy punkt. Nagle wszystko szło po naszej myśli, a Bułgarów opuściło szczęście. Nie zdobyli jednego punktu”.
Ważny był też pewien istotny szczegół. W najbardziej nerwowym momencie doszło do przerwy, według części źródeł związanej z awarią prądu. To miało rozstroić bułgarską maszynę. W innych podkreśla się znaczenie zmian dokonanych przez trenera Jentera. Szczególnie zdjęcie Juergena Freiwalda i posłanie na plac boju Schumanna.
Zmiennik i bohater zapamiętał też słowa, które podczas ostatniej przerwy miał wypowiedzieć trener:
„Jeśli rezygnujesz z gry, rezygnujesz z siebie!” – krzyczał w kierunku swoich chłopców.
I po wejściu na boisko NRD zaczęło pogoń. Punkt po punkcie odrabiali stratę. Nagle na tablicy pojawił się wynik 12:13. Bułgarzy byli nie tyle załamani, co przestraszeni. Mecz całkowicie wymknął im się spod kontroli. Chłodne dotąd głowy, nagle rozpaliły emocje. Niemcy ich blokowali, a gdy już udało się im się przebić piłkę na drugą stronę, to lądowała ona poza boiskiem. Później był remis. Kolejne akcje i Niemcy mają meczbola. A potem koniec. NRD wygrało decydującego seta 15:13.
Kiedy ostatnia piłka spadła po stronie gospodarzy, świat siatkówki dostał jedną z największych dotychczasowych sensacji. NRD pierwszy – i jedyny – raz zostało mistrzem globu. Rudi Schumann został bohaterem turnieju i jego MVP. Bułgarzy byli załamani. Chowali twarze w dłoniach. Nic nie było w stanie ich pocieszyć.
Ale Niemcy ze Wschodu, po czasie radości, również mieli powody do zmartwień. Może nawet i do smutku.
Po latach Schumann wracał do tamtego triumfu nie tylko z dumą. Można było wyczuć u niego pewną gorycz. Bolało go, że sukces drużyny NRD bywał później spychany na margines wspomnień o niemieckiej siatkówce. Szczególnie po zjednoczeniu kraju.
„Nie byliśmy prawdziwymi Niemcami” – rzucał z rozgoryczeniem, gracz urodzony w Lipsku.
Nic i nikt nie zabierze ani jemu, ani jego kolegom z drużyny fantastycznego powrotu i odwróceniu losów meczu, w którego mieli już nie wygrać.
