W lutym 1939 roku Zakopane stało się stolicą światowych skoków narciarskich. W cieniu nadciągającej wojny, przy wypełnionej po brzegi Wielkiej Krokwi i w atmosferze sportowych emocji oraz politycznych napięć, po złoto mistrzostw świata sięgnął Josef Bradl.
„Z pierwszego skoku jestem zadowolony. Skocznia jest dobrze przygotowana, nary wysmarowane tip, top, byle drugi skok ustać! Skoczę zapewne mniej, dla pewności, bo jednak zeskok jest trochę twardy i można się sypnąć” – mówił Josef Bradl po pierwszej serii konkursu o mistrzostwo świata w skokach narciarskich.
Tłumy pod Krokwią
Był 19 lutego 1939 roku. Zakopane nie pamiętało podobnego dnia. Już od rana pod Tatry ciągnęły tłumy. Pociągi przywiozły tysiące ludzi. Zajęte były wszystkie pensjonaty, prywatne kwatery, a nawet wagony kolejowe. Od godziny dziesiątej w stronę Wielkiej Krokwi sunęły nieprzerwane szeregi samochodów, sań, dorożek i pieszych. Na godzinę przed rozpoczęciem konkursu stadion był już pełny.
„Bilety bezpłatnego wstępu były bardzo poszukiwane. Przez biuro zawodów przesunęły się całe gromady ludzi, którzy wyciągali najrozmaitsze preteksty, aby tylko zdobyć biało-czerwoną czy biało-zieloną kartę wstępu i gotówkę przeznaczyć na inne, bardziej konkretne cele. Kontrola była jednak surowa a funkcjonarjusze biura nieubłagani. Ale i tak liczbą osób, które bezpłatnie znaleźli się na stadjonie pod Krokwią, można by obsadzić niejeden dobry mecz ligowy” – pisał sprawozdawca „Raz, Dwa, Trzy”.
Mówiono o ponad dwudziestu pięciu tysiącach widzów. Słońce grzało. Śnieg skrzył się pod nogami. Ta niedziela miała być ostatnim dniem fisowskiego czempionatu.

Ale warunki na skoczni były trudne. W nocy przyszedł mróz i spadł świeży śnieg. Twardy zeskok posypano solą i rozbijano grabiami. Wyznaczanie belki startowej przeciągało się. Dość powiedzieć, że pierwszy skoczek zakończył próbę upadkiem. To potęgowało wrażenie, że skocznia jest niebezpieczna i że potrzeba odwagi, by pójść „na całość”.
Początkowe skoki nie zrobiły na publiczności większego wrażenia. Widzowie, rozbudzeni wynikami z treningów, czekali bowiem na rekordy. Szmer przebiegł po trybunach dopiero, gdy spiker zapowiedział Norwegów, słynnych braci Ruud. Starszy z nich, Biger, miał 72,5 metra – trochę krótko, jak na jednego z faworytów. Młodszy, Asbjoern, wylądował ponad cztery metry krócej. Zawód? Trochę tak…
Później był ich rodak, Arnholdt Kongsgaard, który uzyskał 76 metrów i podniósł poprzeczkę. Eriksson ze Szwecji dołożył do tego jeszcze dwa metry. Gdy Sepp Bradl poleciał na 80 metr, a Hilmar Myhra na 79, stało się jasne, że walka rozegra się między nimi i Norwegami.
|Czytaj też: Jak skoczek Jan Kula bił Josefa Bradla
Nie ten Kula
Ludzie czekali też na Polaków. Najpierw zamieszanie wywołał skok Stanisława Kuli. Krótki, bo sześćdziesięciometrowy. Część widzów jęknęła wręcz z niedowierzania! Nie wiedziała, że startuje dwóch zawodników o tym samym nazwisku. Gdy ten „prawdziwy”, Jan Kula, osiągnął 75 metrów, rozległy się już brawa. Chwilę później na rozbiegu stanął Stanisław Marusarz. Otrzymał wielkie brawa, lecz jego próba (74 m) była niewystarczająca. Po pierwszej serii nadzieje publiczności mieszały się więc z niepokojem. Bo Staszek znał przecież Wielką Krokiew jak własną kieszeń. Mogło zdarzyć się wszystko.
Druga kolejka rozpoczęła się od zachowawczej decyzji jury. Rozbieg skrócono o pięć metrów. Teraz wszystko miało zależeć od odwagi i stylu. Birger Ruud, który wcześniej skakał ostrożnie, tym razem postawił wszystko na jedną kartę. Wybił się z progu z rozmachem, błyskawicznie opanował lot i wylądował pewnie na 81,5 metrze. Nikt nie skoczył tego dnia dalej. Publika nagrodziła go gromkimi oklaskami. To był skok, który miał namieszać w czołówce.

Kongsgaard uzyskał 79 metrów i nadal liczył się w walce. Bradl ruszył zdecydowanie, lecz odbił się słabiej niż poprzednio i wylądował na 76 metrze. Nie poprawił swojej odległości, ale suma obu skoków – 156,5 metra – dawała mu realną szansę na triumf. Norweg Myhra nie sprostał oczekiwaniom. Marusarz również nie zdołał odrobić strat, ale skoczył naprawdę pięknie – 78,5 metra. Tyle że w miarę jak pojawiały się kolejne długie skoki, stało się jasne, że Polak wypadnie poza podium.
Decyzja należała do sędziów, którzy oceniali styl. Bradl miał najwyższą sumę metrów po obu próbach. Ruud nadrabiał technicznym. Różnice punktowe były minimalne – między pierwszym a czwartym zawodnikiem ledwie półtora punktu!
|Czytaj też: Antek! Taki muzykant nart ze Szczyrku… – wspomnienie Antoniego Łaciaka
Kontrowersje
Werdykt? Zwyciężył Josef Bradl. Norwegowie i Szwed zajęli kolejne miejsca. Marusarz był piąty. Dla Niemców był to wielki, kolejny już dzień mistrzostw. W pierwszej dziesiątce mieli czterech swoich reprezentantów. Ale nie obyło się bez kontrowersji. Chodziło o rzeczone oceny za styl, które przyznał sędzia niemiecki. Ruud otrzymał słabsze niż – zdaniem obserwantów – otrzymać powinien. Zresztą, najdosadniej sytuację tę opisał wysłannik „Nowego Dziennika”:
„Otóż sędzia niemiecki daje w drugim skoku Ruudowi notę 17,5, gorszą od pierwszej noty, gdzie skakał on stylowo słabiej. Ta wymowa cyfr była w sferach fachowych bardzo komentowana. Gdy wieczorem rozstawaliśmy się w kwaterze prasowej, jeden z dziennikarzy zagranicznych dorzucił na ten temat krótki komentarz:
– Ja się temu sędziemu niemieckiemu nie dziwię. Wiedział, że Bradl może tak wygrać. Wiedział czym to pachnie, jeśli da Ruudowi wyższą notę. Zamiast obozu koncentracyjnego, wybrał lepszą okoliczność”.
Wieczorem pod Wielką Krokwią rozbłysły reflektory. Rozdanie nagród trwało niemal godzinę. Orkiestra grała hymn FIS, a sztandary zwycięzców wciągano na maszty. W trakcie uroczystości zaczął prószyć śnieg, który z minuty na minutę przechodził w zawieję. Gdy major Oestgaard ogłosił zamknięcie zawodów, nad skocznią zapłonął wielki napis FIS, wystrzeliły fajerwerki i ognie bengalskie.
Mistrzostwa, które zaczęły się w deszczu – zakończyły się śnieżycą. W „Raz, Dwa, Trzy” pisano:
„Narciarze opuszczając Zakopane, żegnali się słowami: do widzenia za rok w Norwegji. Czeka nas zatem rok pracy, który można wykorzystać do tego, aby w Trondheim i w Hohnenkolen pójść w ślady Niemców. Czy nam się to uda?”.
Nie udało się. Wybuchła wojna, a sport zszedł na dalszy plan.
A kim był nowy mistrz świata?
Josef Bradl? Kontrowersyjny skoczek
Urodzony w 1918 roku Josef Bradl, oprócz złota z Zakopanego, jest też pierwszym zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni z 1953 roku. Drugiego w klasyfikacji generalnej Halvora Næsa z Norwegii wyprzedził wtedy o 1,1 punktu. Jest też pierwszym człowiekiem, który przeskoczył magiczną granicę 100 metrów. Karierę zakończył w 1956 – po ponad dwudziestu latach – i objął stanowisko trenera reprezentacji Austrii.
Co ciekawe, w trakcie II wojny światowej Bradl był czynnym zawodnikiem. W relacjach prasowych można znaleźć opisy jego startów. Choćby ten z 1941 roku, gdy rywalizował na skoczni olimpijskiej w Garmisch-Partenkirchen:
„Podczas gdy mistrzostwa Tyrolu w Kitzbühel zgromadziły niemiecką czołówkę zjazdowców, towarzyskie zawody skoków ST w Garmisch na Małej Skoczni Olimpijskiej w Garmisch-Partenkirchen zgromadziły całą elitę skoczków. Mistrzowi świata Josefowi Bradlowi zwycięstwo nie przyszło łatwo. W pierwszej serii uzyskał 77 metrów w dobrym stylu, lecz zawodnik z Innsbrucka Palme odpowiedział skokiem na 78 metrów. Po wydłużeniu rozbiegu Bradl w drugiej serii osiągnął 81 metrów”.

Josef mógł sobie na to pozwolić, bo był sturmbannführerem i oddanym obywatelem hitlerowskich Niemiec. A i dla władz był cennym „narzędziem”…
Wojciech Fortuna w swojej biografii „Skok do piekła” wspominał nawet, że kiedy Polacy przyjeżdżali do Mühlbach trenować, Bradl chwalił się telegramem z gratulacjami od Hitlera, a także pokazywał portret swojego wodza, który „zdobił” jedną ze ścian jego gabinetu. Było to prawie 30 lat po wojnie…
Zmarł w 3 marca 1982 roku.
