Faktycznie, było przed ósmą… Sonny Liston – Cassius Clay 1964

Sonny Liston i Cassius Clay w 1964 roku fot. domena publiczna

Sonny Liston był faworytem bukmacherów. Cassius Clay, znany z ciętego języka, miał zostać „zjedzony” przez mistrza. 25 lutego 1964 roku sport pokazał jednak ludzką twarz. Kolejny już raz…

Miami Beach, Convention Hall. 25 lutego 1964 roku. Zanim padł pierwszy gong mówiono o wojnie nerwów. Sonny Liston – urzędujący mistrz – miał, przynajmniej według bukmacherów, zrobić z młodszego Cassiusa Claya „worek treningowy”. Bo dysponował on piekielnie mocnym ciosem. Poprzedniego mistrza, Floyda Pattersona, załatwił szybko. Zakłady stały więc początkowo 7:1 na korzyść Listona, ale im bliżej walki, tym bardziej liczby te zaczęły się kurczyć. Na kilka dni przed pojedynkiem przyjmowano już 4:1 na obrońcę tytułu. Starcie przestawało mieć status oczywistego.

„Musi paść w ósmej”

Swoje zrobiło też ważenie. Z protokołu wynikało, że mistrz ważył 97,744 kg, a pretendent był lżejszy ledwie o 22 dekagramy. Niby detal, a jednak wystarczył, żeby w głowach kibiców rysowała się myśl: skoro młokos dorównał mistrzowi masą, to może i rzeczona różnica klas jest wyolbrzymiona. Krążyła jeszcze jedna plotka. Nie wiadomo, ile było w niej prawdy. Twierdzono bowiem, że Sonny był o ponad trzy kilogramy lżejszy, niż zapiski w dokumentach. Szeptano, że ktoś umyślnie mówił o wyrównanej wadze, by podbić zainteresowanie.

A ono i tak było ogromne.

Plakat promujący starcie: Sonny Liston-Cassius Clay w 1964 roku fot. domena publiczna
Plakat promujący starcie: Sonny Liston-Cassius Clay w 1964 roku fot. domena publiczna

Clay nie przebierał w słowach. Twierdził na przykład, że „tego Listona wyniosą z ringu nogami do przodu”. Przepowiadał też, że pojedynek zakończy w ósmej rundzie. O ile podobne proroctwa były nieodłącznym elementem wielu walk, o tyle sposób ich przekazu przez pretendenta już nie. Cassius kupił bowiem autobus, na którym kazał umieścić napis: „Liston Must Go In Eight” (pol. Liston musi paść w ósmej”). Więcej, w dniu podpisania kontraktu pojechał nim pod dom Listona w Denver, budząc go o 3:00 nad ranem krzykiem: „Wychodź stamtąd. Zaraz cię zleję”. Gra psychologiczna weszła więc na nowy poziom i miała sprawić, że Sonny będzie wściekły na Clay’a. Że nie będzie myślał o taktyce, tylko w ringu poniosą go złe emocje. Zresztą, mistrz wszedł w tę grę. Zapowiedział, że „szczeniak Clay nie wstanie po gongu na czwartą rundę”.

|Czytaj też: Cassius Marcellus Clay Junior droga do mistrzostwa i Muhammada

Nie taki pewny…

Co ciekawe, na kilka dni przed starciem obaj nagle zmienili ton i przestali mówić o sobie lekceważąco. Przygotowywali się w ciszy, każdy na swój sposób. Sonny starannie przestudiował filmy z trzech ostatnich pojedynków Claya, wypatrując stylu, odruchów i słabych stron. Clay w tym czasie oglądał… westerny. Zapytany, dlaczego to robi, skoro rywal śledzi nagrania, odpowiedział z przekąsem, że zna już na pamięć mocne i słabe strony Listona, więc byłoby to zajęcie zbyteczne.

Poza kamerami jednak obraz pewnego siebie pretendenta pękał. Clay był przed walką niezwykle zdenerwowany, do tego stopnia, że jego lekarz miał mu podać środki uspokajające. Po latach przyznał:

„Nie będę kłamał, byłem przestraszony… Przeraziła mnie sama świadomość, jak mocno uderzał. Ale nie miałem innego wyjścia, jak wyjść i walczyć”.

Do hali Clay przyjechał jako pierwszy, ponad godzinę przed pierwszym gongiem. Mistrz zjawił się kwadrans później, otoczony grupą przyjaciół i zwolenników. Jeden z nich – właściciel dużego hotelu – miał podobno deklarować gotowość postawienia na Sonny’ego całego majątku.

Na trybunach zasiadło około ośmiu tysięcy widzów. Ceny też mówiły wiele o randze wydarzenia, bo miejsce w jednym z trzech pierwszych rzędów kosztowało 250 dolarów. Ale prawdziwe pieniądze – jak to najczęściej bywa – nie pochodziły z kas biletowych, tylko z kamer. Szacowano, że walka wygeneruje około 5 milionów dolarów, z czego sama telewizja zapłaciła grubo ponad 4 miliony za prawa do zamkniętej bezpośredniej transmisji, czyli do sal kinowych. Honoraria? Liston miał dostać około 2,5 miliona dolarów brutto (ponad połowę pochłonęły mu podatki). Clay zaś zainkasował około miliona. Wpływy łączne określono wprost jako rekordowe. I to w całej dotychczasowej historii boksu zawodowego.

Sonny Liston – Cassius Clay 1964: atak i… stabilizacja

Wreszcie nadeszła walka. Z zapowiedzi wynikało, że Liston da challengerowi dwie, najwyżej trzy rundy. Clay miał swoje deklaracje – góra ósma runda. I okazało się, że to on miał rację…

Sonny Liston ruszył do ataku od pierwszego gongu. Zgodnie z przewidywaniami narzucił mocne tempo i presję. Widać było, że chciał szybkiego zakończenia. Ale Clay nie pękał. Bronił się skutecznie i bez większego szwanku przetrzymał napór. W defensywie, kiedy mistrz ruszył jak burza, to pretendent skupił się na tym, by przetrwać falę uderzeń, wytrącić go z rytmu i nie dać się zepchnąć w narożnik. I taktyka ta okazała się skuteczna. W pierwszej rundzie Clay długo pozwalał się trafić. Dopiero pod koniec starcia Liston dopadł go, ale nie potrafił zadać decydującego ciosu. Ba, po pojedynku ludzie od Sonny’ego mówili, że prawdopodobnie to ta runda była najgorszą w jego karierze.

W drugim starciu nastąpiło to, czego wielu nie przewidywało. Clay przeszedł do ataku! Szybkie akcje pretendenta miały wprowadzić mistrza w zakłopotanie. Jednocześnie mistrz olimpijski z Rzymu wciąż walczył nerwowo. Często nawet chaotycznie. Ale przewagę w tej rundzie miał wyraźną. Wygrał ją. Trzecia odsłona była już bardziej „na styk”. Obaj pięściarze trochę się „wystrzelali”, więc tempo się ustabilizowało. Kluczowe więc było to, co miało stać się w następnych odsłonach. Dłuższy dystans sprzyjał przecież młodszemu i szybszemu…

W czwartej i części piątej rundy Sonny próbował odzyskać kontrolę nad wydarzeniami metodą najprostszą z możliwych. Wydawało się, że stawia wszystko na jedną kartę. Podjął szturm, kilkakrotnie trafiał Claya, ale ten znów mądrze bronił. Czekał na odpowiedni moment. I to mimo kłopotów z widzeniem, które go dopadły. Zresztą, na ten temat pojawiło się kilka teorii. Jedna z nich mówi, że sekundanci Listona celowo wysmarowali go substancjami, które przy klinczu dostawały się w okolice oczu przeciwnika i powodowały kłopoty ze wzrokiem. Jak było? Nie wiadomo. Za to wiemy, że Cassius pozbierał się.

Przyszła rudna szósta. Przełomowa. Mistrz sprawiał wrażenie zmęczonego. Atakował dużo, zadawał wiele ciosów, ale nie miały już one takiej mocy, jak te pierwsze. I w sporcie ten moment jest zabójczy. Ten, kiedy w głowie pojawia się myśl o porażce. Albo gdy zawodnik zaczyna wątpić w swoje siły.

|Czytaj też: Czytelnia VIP. 19 marca. Imieniny Józefa. I urodziny boksera Kruży. Śmierć synka i… walka życia

„Już nie mogę”

Clay zaczął ranić rywala mocnymi uderzeniami. Na sekundy przed końcem rundy wyprowadził lewy hak, po którym Listona od liczenia uratował gong. Mistrz wrócił do narożnika kompletnie wyczerpany, ledwo siedział na stołku. Według biografa Aliego, Davida Remnicka, po szóstej odsłonie powiedział swoim ludziom, że „to już koniec”. Miał też wypluć ochraniacz na szczękę. Tyle że było coś jeszcze. Bark bolał Sonny’ego niemiłosiernie. Tak mocno, że nie wyszedł już na ring. Sędzia zapytał go wprost, czy może walczyć dalej. Odpowiedź była krótka i brzmiała jak kapitulacja:

„Nie. Niestety już nie mogę”.

Oficjalnie więc Clay został nowymi mistrzem świata. Liston przegrał przez nokaut techniczny, spowodowany wspomnianym urazem. Pojawiła się sugestia, iż bark mógł zostać nadwerężony już wcześniej, nawet w pierwszej rundzie, a Sonny bił się nie tylko z rywalem, ale i z kontuzją. Nie brakowało też opinii, że ex-champion zwyczajnie nie dał rady i uraz wymyślił. Po badaniach okazało się, że miał zerwane ścięgno…

Cassius Clay po zwycięstwie nad Sonny Liston'em w 1964 roku fot. Bob Bailey/domena publiczna
Cassius Clay po zwycięstwie nad Sonny Liston’em w 1964 roku fot. Bob Bailey/domena publiczna

W tej jednej z największych walk w dziejach nie było klasycznego nokautu. Była rezygnacja w narożniku. Sport znów pokazał ludzką twarz.

Po walce pisano o największej niespodziance w boksie od 1935 roku, kiedy to Jim Braddock zdetronizował „murowanego” faworyta Maxa Baera (tam obstawiano 10:1). Nie obyło się również bez kontrowersji. Jednym z najpoważniejszych oskarżeń było to o ustawienie walki. Nie znalazło ono potwierdzenia.

U sędziów? Wyrównane starcie!

Jedno jest pewne. Clay uznawał ten bój za jeden z najcięższych w karierze. Liczby też o tym mówiły.

Po sześciu rundach sędziowie widzieli ten pojedynek różnie. Arbier ringowy, Barney Felix, oceniał go remisowo; sędzia Bunny Lovett miał wskazać na karcie przewagę Listona, a Gus Jacobson – przewagę Claya. Innymi słowy: gdyby nie kontuzja i odmowa wyjścia do kolejnej rundy, trudno byłoby przewidzieć końcowy wynik.

Po pojedynku sporo pytań od polskich dziennikarzy otrzymał Zbigniew Pietrzykowski, który walczył z Clay’em w finale olimpijskim w Rzymie. Polak od tamtego starcia niezwykle doceniał umiejętności Amerykanina. Mówił tak:

„Mam pewną satysfakcję z tego, że Clay wygrał, nie przegrałem w Rzymie z jakimś patałachem! Gdy po turnieju olimpijskim oświadczyłem, że uważam wywalczenie przeze mnie srebrnego medalu za duży sukces, usłyszałem z niektórych ust w odpowiedzi, że może dla innego boksera srebrny medal to dużo, ale jak dla mnie, to mało. A przecież nie uległem jakiemuś ułomkowi. Clay, moim zdaniem, zrobił szybszą karierę i prędzej i doszedł do największa go sukcesu niż kiedyś Petterson. Jego zwycięstwo jest jest sukcesem umiejętności nad siłą”.

5 1 Głosuj
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze