Medalowa niedziela w Squaw Valley. Elwira Seroczyńska i Helena Pilejczyk na podium

Elwira Seroczyńska, Helena Pilejczyk i Kazimierz Kalabarczyk

Pierwszy złoty medal zimowych igrzysk olimpijskich dla Polski mogła zdobyć kobieta. Panczenistka, Elwira Seroczyńska. Kiedy na 500 metrów, a więc w swym debiucie olimpijskim, pobiła rekord Polski i zajęła szóste miejsce, zdała sobie sprawę, że znajduje się w życiowej formie.

Zacznijmy od początku. Zimowe igrzyska olimpijskie w 1960 roku były osobliwe z kilku względów. Nigdy w historii mniejsza miejscowość nie dostąpiła zaszczytu organizacji tej wielkiej imprezy. Pierwszy raz w dziejach reprezentacja Polski wróciła do kraju z dwoma medalami, srebrnym i brązowym.

Na dystansie 1000 metrów w Squaw Valley, gdzie łyżwiarstwo szybkie miało swoją premierową odsłonę, rywalizowała w parze z Japonką Yūko Tanaką. To był fenomenalny, równy bieg Polki. Wszystkie pomiary czasowe wskazywały, że pobije rekord świata. I to o kilka sekund! Gdy wychodziła na ostatnią prostą, tuż za wirażem – upadła. I to już był szok.

Wzruszenie i łzy

Przyczyną potknięcia Seroczyńskiej była grudka śniegu, która znalazła się na torze. Tamten niezdobyty złoty medal na długo pozostał w pamięci zawodniczki. Pocieszeniem może być fakt, że dzień wcześniej, 21 lutego 1960 roku panczenistka wywalczyła srebrny, a jej koleżanka Helena Pilejczyk brązowy medal na dystansie 1500 metrów. Złoto przegrała z Lidiją Skoblikową z ZSRR. O 0,5 sekundy…

W „Przeglądzie Sportowym” Bohdan Chyliński tak pisał (pisownia oryginalna):

„Pada strzał. Seroczyńska doskonale wychodzi ze startu jadąc przez pewien czas równo z Amerykanką. Po połowie pierwszego okrążenia Polka jadąc swobodnie i pięknie stylowo, łatwo mija swoją przeciwniczkę. Odległość między zawodniczkami stale się zwiększa. Wśród zgromadzonej publiczności widać wyraźne poruszenie, ludzie zaczynają dopingować Polkę, która już zupełnie nie zagrożona wpada na metę, bijąc rekord Polski i uzyskując świetny wynik zaledwie o 6,2 sek. gorszy od rekordu świata. Na stadionie zrywa się burza oklasków. Padają okrzyki: „Brawo!” Nikt tu nie spodziewał się sukcesu naszej łyżwiarki. Seroczyńska po minięciu mety wolno objeżdża stadion, zbierając wciąż jeszcze oklaski. Stojący obok mnie Amerykanin polskiego pochodzenia jest wyraźnie wzruszony i ma łzy w oczach, próbuje coś do mnie powiedzieć po polsku, ale ze wzruszenia nie może wydobyć z siebie głosu”.

Elwira Seroczyńska i Helena Pilejczyk w 1960 roku

Tego samego dnia swój medal, tyle że brązowy wyjeździła sobie Helena Pilejczyk (na zdjęciu w środku). Ta 28-letnia wtenczas nauczycielka i zawodniczka Olimpii Elbląg, wyszła na lód, by zmierzyć się z dystansem 1500 metrów. Miejsce i okoliczności były wyjątkowe. Olimpijski znicz płonął już jakiś czas. Polka uchodziła za solidną panczenistkę. Ale mało myślał, że daleki wyjazd olimpijski będzie jej wielkim sukcesem. Ba, władze uważały, że nie warto jej wysyłać do USA. Bo nie ma szans. Bo podróż zbyt droga.

|Czytaj też: Kolarz, panczenista i mistrz, który nie chciał wystartować

Helena Pilejczyk: „mam medal!”

Ale Helena, zdobywając tytuł wicemistrzyni świata na 1000 metrów, nie pozostawiła złudzeń. Pierwszy sukces na międzynarodowych zawodach odniosła w roku 1958 na mistrzostwach świata w Norwegii, gdzie wyjeździła piąte miejsce w wieloboju. Pod opieką trenera Kazimierza Kalbarczyka podnosiła swoje umiejętności. Igrzyska jej się zwyczajnie należały…

W decydującym wyścigu mierzyła się z zawodniczką radziecką, Lidiją Skoblikową.

„Na trzecim okrążeniu Skoblikowa wysuwa się pewnie naprzód, uzyskując wyraźną przewagę. Na pół okrążenia przed metą wynosi ona już około 25 metrów. Na wirażu Pilejczykowa zrywa się do finiszu, jedzie doskonale, szybko zmniejszając dzielącą ją od Skoblikowej odległość. Do końca biegu jest jednak zbyt blisko. Pierwsza na metę, bijąc rekord świata, wpada zawodniczka radziecka. 15 metrów za nią mija linię Polka” – czytamy w tej samej relacji.

Jestem trzecia! Mam medal! Rzuciłyśmy się z Elwirą sobie w objęcia. Ona ma srebro, a ja brąz! Cóż za cudowny dzień!” – mówiła na mecie.

Podopieczne Kazimierza Kalabarczyka nie miały łatwych warunków. Trenowały w nocy i nad ranem, kiedy lód był jako tako zamrożony. Ciągłe podróże pomiędzy Elblągiem i Zakopanem były męczące. Ale olimpijski wyjazd działał motywująco.

|Czytaj też: Trzy złota i pomoc dla Sarajewa. Historia Johanna Olava Kossa

Dalsze losy

Helena pojechała też na igrzyska do Insbrucka w 1964. Jej i Seroczyńskiej stworzono świetne warunki treningowe, przynajmniej jak na ówczesne realia. Polki wyjechały do Szwecji i Norwegii, gdzie mogły korzystać z bardzo dobrych torów. U nas takich brakowało, a mimo to, od pań oczekiwano kolejnych sukcesów. W Austrii nie udało się. Ale chyba nie forma sportowa była tu przyczyną. W panczenistkach odzywały się matczyne instynkty. Przecież obie zostawiły na długie sześć tygodni swoje rodziny, dzieci.

Helena Pilejczyk fot. Sławek/CC BY-SA 2.0
Helena Pilejczyk fot. Sławek/CC BY-SA 2.0

Startowała do roku 1972. Była ponadprzeciętnie wytrzymała. I miała w sportowej przygodzie nieocenione szczęście, unikając ciężkich kontuzji. Potem przekazywała swoją wiedzę młodszym pokoleniom, mimo że warunki infrastrukturalne jej ukochanej dyscyplinie nad Wisłą nie sprzyjały. Sam, już amatorsko, nadal jeździła na łyżwach. Do 75 roku życia. Może dlatego dożyła tak pięknego wieku? Bo żyła 92 lata (zmarła w 2023 r.).

Elwira Seroczyńska po udanych igrzyskach konstytuowała karierę do 1964. Później została trenerką reprezentacji, ale po igrzyskach w 1976 roku i krytyce, zrezygnowała ze stanowiska. Zmarła w 2004 roku w Londynie.

0 0 Głosy
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze