Ostatni wiraż. Andrzej Zarzecki

Andrzej Zarzecki (w niebieskim kasku)

W zielonogórskim żużlu są daty, które działają, jak nagłe ukłucie. Na pewno należy do nich 24 marca 1993 roku, kiedy środowisko speedwaya obiegła wiadomość o śmierci Andrzeja Zarzeckiego. Miał ledwie 22 lata. Był jednym z najzdolniejszych zawodników młodego pokolenia. Kimś, kto dopiero zabierał się do poważnej kariery…

Zaczęło się podczas towarzyskiego meczu żużlowego w Zielonej Górze, gdzie KS Morawski mierzył się z Unią Leszno. W piątym wyścigu doszło do groźnego karambolu. Upadek wyglądał dramatycznie, ale początkowo wydawało się, że obrażenia, choć poważne, nie muszą oznaczać najgorszego. „Gazeta Nowa” relacjonowała:

„W niedzielę 21 marca podczas towarzyskiego meczu żużlowego KS Morawski — Unia Leszno w Zielonej Górze, w piątym wyścigu doszło do tragicznego karambolu. Po starcie na prowadzeniu była dwójka zielonogórzan: Maciej Jaworek i Andrzej Zarzecki, a za nimi jechali zawodnicy Unii, Paweł Jąder i Dariusz Łowicki. Na wyjściu z drugiego łuku „postawiło” motocykl prowadzącego Jaworka, a w tylne koło jego motocykla uderzył Jąder. Następnie motocykl zawodnika z Leszna „ściął” jadącego po zewnętrznej Zarzeckiego”.

|Czytaj też: Pierwszy mistrz. Jerzy Szczakiel, legenda Opola

Walka o życie

Andrzej Zarzecki doznał złamania prawego obojczyka. Stwierdzono także krwawienie do płuca i obrażenia klatki piersiowej. Trafił do szpitala wojewódzkiego w Zielonej Górze. Najpierw przebywał na chirurgii, później przewieziono go na oddział torakochirurgiczny. Lekarze walczyli o jego życie. W rodzinie żużlowej narastało napięcie. Okazało się, że zwykły sparing stał się sprawą życia i śmierci.

Andrzej Zarzecki - jedno z ostatnich zdjęć, wykonane w marcu 1993 roku, fot. "Tygodnik Żużlowy" nr 15/1993
Andrzej Zarzecki – jedno z ostatnich zdjęć, wykonane w marcu 1993 roku, fot. „Tygodnik Żużlowy” nr 15/1993

We wtorek stan zawodnika zaczął się pogarszać. Pojawiły się objawy narastającej duszności, sinica i niewydolność układu oddechowego. Przeniesiono go na oddział intensywnej terapii. Mimo wysiłków lekarzy nie udało się go uratować. Zmarł nad ranem, 24 marca 1993 roku, o godzinie 4.15. Sekcja zwłok wykazała rozległe obrażenia płuc jako bezpośrednią przyczynę śmierci. Sportowy świat pogrążył się w żałobie.

|Czytaj też: Odchodzili, ale i wracali. Imiona ciszy…

Kult pracy

Najbardziej porusza jednak to, kim Andrzej Zarzecki był, zanim jego nazwisko trafiło do nekrologów i dramatycznych relacji prasowych. Żużel zaczął uprawiać w 1987 roku. Był wychowankiem trenera Wiesława Pawlaka. Jego idolem był Andrzej Huszcza, klubowa legenda, do której chciał się zbliżyć. A może z czasem ją dogonić? Był ambitny. Wspominano, że chciał pokazać, jak wielkie ma możliwości. I że wierzył, iż ciężką pracą może dojść naprawdę daleko. W jego postawie widziano rzadką u młodego zawodnika mieszaninę sportowej pokory i zdecydowania. W „Tygodniku Żużlowym”, kilka dni po jego śmierci, tak go wspominano:

„Przygodę ze speedwayem rozpoczął jako czternastolatek w szkółce żużlowej Falubazu. Miał niespełna 17 lat, gdy debiutował w ekstraklasie. Początki jego kariery nie obfitowały w olśniewające sukcesy. Podczas gdy jego rówieśnicy z innych klubów (rocznik 1971) mieli już na swoim koncie znaczące triumfy na żużlowych torach, on wciąż walczył jeszcze o miejsce w drużynie klubowej. Jego kariera nie od razu rozwijała się błyskotliwie. Nie był talentem samorodnym. Do sukcesów na torze dochodził powoli, systematycznie podnosząc swoje umiejętności”.

Nie był jeszcze gwiazdą wielkiego formatu, ale też nie można było określać go „anonimowym żużlowcem”. Zdążył zaistnieć jako obiecujący zawodnik. Reprezentował Polskę w kadrze juniorów. Był z tego dumny. Mocno przeżywał sam fakt występów w narodowych barwach. Wiele znaczyło dla niego także spotkanie z Ole Olsenem, żywą legendą światowego żużla. To były chwile, które dla młodego żużlowca były potwierdzeniem, że jest na właściwej drodze.

Mówiono o nim „Tygrys”, choć, jak wspominali bliscy, sam nie bardzo się z tym przydomkiem utożsamiał. Wolał być po prostu Andrzejem. Chciał pozostać sobą. Może dlatego jego śmierć została odebrana tak boleśnie. Odszedł przecież ktoś bardzo młody, ale już rozpoznawalny. Ktoś, z kim wiązano nadzieje…

W artykułach prasowych publikowanych po jego śmierci powracały dwa wątki. Pierwszy to bezsilność – medycyna przegrała bowiem walkę o życie młodego człowieka. Drugi to pytanie o cenę żużla. Speedway od zawsze był sportem widowiskowym, a zarazem okrutnym. Nie wybaczał błędu ani chwili zawahania. Każdy wypadek przypominał, że to dyscyplina balansująca na granicy ryzyka. Śmierć Zarzeckiego brutalnie o tym przypomniała…

0 0 Głosy
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze