Aleksy Antkiewicz. „Bombardier z Wybrzeża” skrzywdzony w finale?

Aleksy Antkiewicz (z prawej) fot. NAC/domena publiczna

W Helsinkach w 1952 roku Aleksy Antkiewicz otarł się o złoty medal olimpijski. Katowicki „Sport” pisał wtenczas bez wahania, że „Antkiewicz zasłużył swoją postawą i formą na złoty medal”. A jednak, po ogłoszeniu werdyktu wokół ringu słychać było gwizdy, protesty i powszechne poczucie krzywdy…

Później przypominano ten finał. Rozdrapywano niemal jak otwartą ranę. Zbigniew Dudtkowski, wtedy korespondent „Trybuny Robotniczej”, napisał w swojej relacji tak:

„W końcówce Bolognesi rzuca wszystko na jedna kartę i przyjmuje otwarta walkę, okazując się w ostatniej minucie spotkania odrobinę lepszy. Ta minutowa przewaga nie wystarczyła jednak ani w przybliżeniu do zniwelowania wyraźnego dorobku punktowego Antkiewicza, uzbieranego w pierwszych dwóch rundach… Megafon zaczyna już swoją, cokolwiek przydługa zapowiedź: słyszymy odmieniane w czterech językach słowo „zwycięzca” — po którym pada jak piorun z nieba, nazwisko… Bolognesi! Sędziowie punktowali: Eriksson (Szwecja) 58:57 dla Bolognesi. Mason (Anglia) 59:58 dla Antkiewicza, Van Kecken (Belgia) 60:56 dla Włocha…”

W oficjalnym protokole zostało więc srebro. W sercu zaś zadra, a w pamięci osób, które ten pojedynek widziały pozostało przekonanie, że Polak przegrał walkę, której właściwie nie powinien był przegrać.

|Czytaj też: Zygmunt Chychła. Złoty chłopak z Kaszub

Symbol pracowitości

Aleksy Antkiewicz przyjechał do Helsinek jako bokser już doświadczony i odporny na ringowy chaos, zmęczenie oraz sztuczki rywali. W drodze do finału pokonał Filipińczyka Enriqueza, Niemca Wohlersa, Anglika Reardona i Rumuna Fiata. W pojedynkach tych narzucał swoje tempo i skracał dystans czym zmuszał rywali do obrony. Tak boksował od początku kariery i tak boksował wtedy, kiedy stawką było olimpijskie podium. To było jego pięściarskie DNA…

Żeby zrozumieć, skąd się wziął taki styl, trzeba cofnąć się kilka lat wstecz. W międzywojennej Gdyni, urodzony 12 listopada 1923 roku, Aleksy marzył podobno nie o wielkim ringu, lecz o Szkole Morskiej. Wojna pokrzyżowała te plany i zmieniła życie. Zaczęło się od wywózki. Później była przymusowa praca na kolei, a na końcu obóz w Burghausen. I sześcioletnia rozłąka z rodziną.

Aleksy Antkiewicz podczas walki na ringu fot. NAC/domena publiczna
Aleksy Antkiewicz podczas walki na ringu fot. NAC/domena publiczna

Gdy Aleksy wrócił do Polski, był człowiekiem mocno dotkniętym przez wojenną zawieruchę. Ale potrafił z tych ciężkich dni wyciągnąć lekcję.

Po wojnie znów trafił do sportu. Zaczynał w Gromie, potem były gdyńskie: Kotwica i Milicyjny Klub Sportowy w Gdyni. To w tamtym czasie doszło do starcia niemal symbolicznego: w walce pokazowej przed meczem Flota–Gedania naprzeciw niego stanął inny debiutant, Zygmunt Chychła. Wtedy nikt nie mógł przypuszczać, że obaj zostaną później medalistami olimpijskimi i że pomogą polskiemu powojennemu boksowi wejść do europejskiej czołówki. Antkiewicz od początku podobał się też publiczności. Zachwycał ringową agresją, nieustępliwością i siłą. Stąd też wziął się przydomek „Bombardier z Wybrzeża”, który przylgnął do niego na długo i wyjątkowo trafnie oddawał sposób, w jaki walczył.

|Czytaj też: Czytelnia VIP. 19 marca. Imieniny Józefa. I urodziny boksera Kruży. Śmierć synka i… walka życia

Morze zarzutów

W tym samym czasie dostał się pod skrzydła Feliksa Stamma, a to w tamtym czasie znaczyło bardzo wiele. Nie był pięściarzem idealnym technicznie. „Sport” pisał po Helsinkach, że raczej był „wzorem pracowitości”. Umiejętnie pokonywał tym własne ograniczenia. A tych było wiele i nie wiązały się tylko ze sfera sportową. W Polsce powszechna była bieda, a pięściarz wspominał, że realia kadry były ciężkie – na zgrupowaniach chodziło nie tylko o trening, ale i o to, w końcu można było porządnie się najeść…

Na krajowych ringach bardzo szybko zyskał status zawodnika solidnego. Zwycięstwo nad legendarnym Antonim Czortkiem potwierdziło, że jest gotowy na duże wyzwania. W latach 1947–1951 regularnie zdobywał mistrzostwo Polski, najpierw w kategorii piórkowej, potem w lekkiej. Jednocześnie ciągnęła się za nim opinia boksera trudnego do zaszufladkowania. Szczególnie przez dziennikarzy. W 1952 roku „Sport” pisał tak:

„Nie wiadomo, czy jest jeszcze jeden w Polsce pięściarz, któremu od szeregu lat stawia się tyle zarzutów i któremu tak często przepowiadano koniec kariery, jak Aleksemu Antkiewiczowi. Faktem jest, że zawodnik ten nie był godnym polecenia wzorem techniki pięściarskiej, ale co najmniej przesadne było wieczne wytykanie mu wszystkich błędów bokserskich, jakie tylko mogą istnieć na świecie”.

Pierwszym wielkim jego klasy były igrzyska w Londynie w 1948 roku. Polska jechała tam bez jakiś wielkich oczekiwań, raczej z myślą o pokazaniu, że po wojnie wróciła do międzynarodowego sportu. Aleksy wrócił z… pierwszym powojennym polskim medalem olimpijskim w boksie! Wygrał z Tranim, Garcíą i Seo Byeong-ranem, przegrał dopiero w półfinale z Włochem Formentim. Wrócił z brązem.

Ten medal był przełomem nie tylko dla niego, ale i całego polskiego boksu. Bo późniejsze sukcesy Chychły i Antkiewicza nie były dziełem przypadku, lecz efektem kilku lat naprawdę porządnej pracy.

Trener i wychowawca

Po igrzyskach nie zniknął. Nadal walczył, nadal liczył się w Europie, a ostatni duży sukces jako zawodnik przyszedł w 1953 roku wraz z brązem mistrzostw Europy w Warszawie. Dwa lata później zakończył karierę ringową. Bilans miał znakomity: 250 walk, z czego 215 wygranych, tylko 27 przegranych i 8 remisów. W tym ponad pięćdziesiąt zwycięstw przed czasem.

Druga część jego życia sportowego była równie ważna jak pierwsza. Bo postanowił podzielić się wiedzą i doświadczeniem. Najpierw pracował jako trener w Gdańsku, potem związał się ze Słupskiem. I właśnie tam z zyskał status legendy. W 1988 roku w tygodniku „Zbliżenia”, przy okazji 40. rocznicy zdobycia brązowego medalu olimpijskiego, napisano:

„Do niedawna wyprowadzał na ring zespół Czarnych, wtedy widownia skandowała jego nazwisko: Aleksy Antkiewicz! Dziś, gdy z przyczyn zdrowotnych odstąpił od prowadzenia pierwszego zespołu, codziennie można go spotkać w sali treningowej przy ulicy Ogrodowej. Zajął się szkoleniem pięściarskiej młodzieży. Dla tych kilkunastoletnich chłopców jest idolem i wzorem postępowania”.

Uznanie zyskał nie tylko w ringu. W 1948 został laureatem Plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski, a w 1989 Nagrody im. Aleksandra Rekszy. W 1999 nadano mu tytuł honorowego obywatela miasta Słupska. Otrzymał też kilka odznaczeń państwowych.

Zmarł 3 kwietnia 2005 roku.

Dla lwiej części kibiców jest tym, którego skrzywdzono w olimpijskim finale…

0 0 Głosy
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze