Samotność szachisty. 83. rocznica urodzin Bobby’ego Fischera

Bobby Fischer thierry ehrmann/CC BY 2.0

83 lata temu, 9 marca 1943 roku, na świat przyszedł Bobby Fischer. Do historii przeszedł jako genialny szachista, który rozbił radziecką koalicję. Był też człowiekiem kontrowersyjnym i – w głębi duszy – samotnym…

W świecie sportu zdarzają się mistrzowie wielcy. Zdarzają się także ludzie trudni i nieprzewidywalni. Rzadko jednak te dwie cechy splatają się tak mocno jak w przypadku Bobby’ego Fischera – szachisty, który potrafił jednocześnie zachwycić świat geniuszem i zaskakiwać życiowymi poczynaniami.

Robert James Fischer zetknął się z szachami bardzo wcześnie. Miał ledwie sześć lat, gdy poznał zasady gry. Początkowo nie wyróżniał się szczególnym talentem, lecz z czasem zaczął rozwijać się w błyskawicznym tempie. W wieku trzynastu lat zdobył mistrzostwo juniorów Stanów Zjednoczonych, zaś rok później zwyciężył w mistrzostwach kraju. Ten sukces powtarzał jeszcze wielokrotnie.

W wieku piętnaście lat uzyskał tytuł arcymistrza i znalazł się wśród pretendentów do najwyższego szachowego tronu. Był jednym z najmłodszych arcymistrzów w historii tej gry. Właśnie wtedy poczuł, że świat stoi przed nim otworem. Szachownica stała się jego sceną, a kolejne turnieje – dowodem na przeogromny talent.

W latach 60. Bobby Fischer zwyciężał w turniejach na całym świecie. W 1961 roku w Bled ustąpił jedynie mistrzowi świata Michaiłowi Talowi. Rok później zremisował w meczu z innym legendarnym szachistą – Michaiłem Botwinnikiem. Wyniki te potwierdziły, że Amerykanin może w przyszłości sięgnąć po najwyższy tytuł w tej dyscyplinie.

Oprócz starć przy szachownicy był także popularyzatorem gry. Opublikował książkę „Bobby Fischer uczy szachów”, a potem kolejne dzieło – „60 moich najważniejszych gier”. Obie publikacje szybko zdobyły ogromną popularność. Dziś są klasyką literatury szachowej. Propagował też szachy, których figury rozstawiane są losowo, a rozwiązanie to miało zabić schematy i dać graczom nieograniczone możliwości rozwiań.

|Czytaj też: Michaił Botwinnik – Bobby Fischer. Starcie „starości” z „młodością”

Nieprzewidywalny

Jednocześnie w życiu Bobby’ego zaczęły pojawiać się pierwsze przejawy jego niezwykle trudnej osobowości. Sława i pieniądze rosły, a razem z nimi także przekonanie, że to świat powinien dostosować się do jego oczekiwań. Pierwszym wyraźnym buntem Fischera było porzucenie szkoły i całkowicie oddanie się szachom. W jego głowie liczyła się już tylko jedna rzecz – zwycięstwo, za każdym razem.

Prawdziwa legenda Fischera narodziła się w latach 70. Po serii spektakularnych zwycięstw w turniejach eliminacyjnych stanął w 1972 roku do walki o mistrzostwo świata z radzieckim arcymistrzem Borisem Spasskim.

Robert "Bobby" Fischer w 1956 roku fot. domena publiczna
Robert „Bobby” Fischer w 1956 roku fot. domena publiczna

Cały świat z zapartym tchem obserwował, jak dwaj najwięksi szachiści tamtych czasów mierzą się w „meczu stulecia”. Wydarzenie to było o tyle niepowtarzalne, że odbywało się w czasie zimnej wojny, a każdy ruch figur miał jakby podtekst polityczny. Z jednej strony młody i buntowniczy Fischer, reprezentujący demokratyczny Zachód, z drugiej zaś stateczny i doświadczony Spasski, symbol radzieckiego systemu. Co więcej, szachiści z ZSRR byli wówczas najlepsi na świecie. Seriami wygrywali ważne turnieje. Gdy pojawił się Fischer w Moskwie zrozumiano, że „tłuste lata” mogą się skończyć.

Bobby Fischer – Boris Spasski: „Meczstulecia”

Nie wszystko w „meczu stulecia” było czarno-białe. Ba, początkowo, biorąc pod uwagę zmienny temperament Fischera i liczne prośby z jakimi zwracał się do organizatorów, obawiano się, że mecz w ogóle nie dojdzie do skutku! Ponoć Bobby dał się namówić dopiero po telefonie od Henry’ego Kissingera, który zagrał na jego patriotyzmie. Ale nie tylko, bo w grę miały wejść również pieniądze. Chyba najlepiej znaczenie tamtego wydarzenia określił Bobby, mówiąc:

„Ta sprawa między mną a Spasskim przerodziła się niemal w bombę”.

Po wielu perturbacjach, w końcu się udało. Panowie usiedli naprzeciw siebie.

Już początek meczu zapowiadał dramatyczną historię. Fischer przegrał pierwszą partię, a do drugiej… w ogóle nie chciał przystąpić! Tłumaczył, że dekoncentruje go hałas kamer telewizyjnych na sali gry. Sędziowie nie przyjęli tej argumentacji i przyznali punkt Spasskiemu walkowerem. Wydawało się, że Amerykanin pogrzebał swoje szanse na tytuł.

Stało się jednak inaczej. Po dwóch porażkach Fischer wrócił do gry. Znalazł w sobie ogromne pokłady motywacji. Kolejne partie rozgrywał już w swoim stylu – agresywnie, odważnie i z ogromną precyzją. Ostatecznie wygrał sześć partii i zdobył tytuł mistrza świata. I jeszcze jedno: po raz pierwszy od wielu lat korona szachowa trafiła poza Związek Radziecki. Było coś jeszcze…

W normalnych okolicznościach, rywalizujący ze sobą szachiści zachowują kamienną twarz, nie ujawniając żadnych emocji. Ale tym razem gra przeciwnika wprawiła w zachwyt Spasskiego, dlatego zrobił on coś nieoczekiwanego: wstał od stołu, spojrzał na Fischera i… zaczął klaskać. Tak, tak! Bił brawo człowiekowi, którego kilka godzin wcześniej określano jego wrogiem.

Media na całym świecie podchwyciły tę chwilę. Było to na tyle niecodzienne, że od razu przyciągnęło uwagę nie tylko społeczności szachowej, ale i szerokiej publiczności. Przypomniało, że nawet w obliczu największych podziałów i napięć, istnieją uniwersalne wartości, które jednoczą ludzi. Gest Spasskiego nie tylko stał się znakiem fair play w sporcie, ale także znalazł swoje odbicie w kulturze. Był tematem licznych artykułów, książek i filmów. Zrobił też wrażenie na Fischerze, który nazwał rywala „prawdziwym sportowcem”.

Jakże wymowna jest też późniejsza historia wielkich rywali. Spasski po dotkliwej porażce wrócił do Moskwy w niesławie. Przeszedł szybką drogę od bohatera, do zera. Fischer, ekstrawagancki i nieco szalony postanowił, że tytułu bronić nie będzie… Nie pierwsza i nie ostatnia to decyzja genialnego szachisty, która wywołała lawinę komentarzy

Sława, pieniądze i… ekscentryczność

Triumf w Reykjaviku uczynił z niego światową gwiazdę. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych proponowano mu występy w telewizji, kontrakty wydawnicze i liczne przedsięwzięcia reklamowe. Według jego prawnika w ciągu kilku lat mógł zarobić nawet dziesięć milionów dolarów.

Ale Bobby Fischer nie był człowiekiem, który łatwo podporządkowuje się oczekiwaniom innych. Kiedy burmistrz Nowego Jorku planował powitać go uroczystą paradą z orkiestrą i konfetti, szachista odrzucił ten pomysł. Odpowiedział krótko:

„Nie wierzę w bohaterów”.

Zamiast korzystać ze sławy, nagle zniknął z życia publicznego. Pojawił się w kilku popularnych programach telewizyjnych, a potem – ku zdumieniu opinii publicznej – wycofał się z szachów i niemal całkowicie zniknął z pola widzenia.

W tym czasie związał się z religijną organizacją znaną jako Wszechświatowy Kościół Boży. Jej członkowie przestrzegali surowych zasad życia. Obowiązywał ich zakaz palenia tytoniu, picia alkoholu czy rozwodów. Wierni oddawali także dziesięć procent swoich dochodów na rzecz organizacji.

Fischer przez pewien czas żył w środowisku tej sekty, interesował się jej członkami i całkowicie odsunął się od świata szachów. Ale i z tej opcji prędko zrezygnował.

Kolejne zniknięcia

Kaprysy Fischera były znane od dawna. Ale sława i pieniądze, jak zauważali komentatorzy, mogły jeszcze bardziej wpłynąć na jego charakter. Fischer miał również kompleksy związane z brakiem formalnego wykształcenia. Zdarzało się, że przejmował się drobnymi sprawami – na przykład tym, że nigdy nie został zaproszony do Białego Domu. Nienawidził komunistów. Był zagorzałym antysemitą. Wyczekiwał końca świata, a gdy go nie doczekał to zamknął się w domu i wychodził tylko po zmroku. Znikał na całe miesiące. Nikt nie wiedział, gdzie przebywa.

Jednocześnie pozostawał jednym z największych geniuszy w historii tej gry. Znał na pamięć setki partii wielkich arcymistrzów i potrafił analizować je z niezwykłą dokładnością. Jego styl gry był dynamiczny i bezkompromisowy – zawsze dążył do zwycięstwa, nawet jeśli wymagało to ryzyka.

Po zdobyciu tytułu świat oczekiwał kolejnego wielkiego pojedynku – obrony mistrzostwa w 1975 roku. Bobby jednak nie spełnił wszystkich formalności wymaganych przez międzynarodową federację szachową. Sam stawiał warunki. W rezultacie tytuł został mu odebrany administracyjnie. Paradoks polegał na tym, że przy szachownicy nikt go nigdy nie pokonał. Robert Fischer utracił więc koronę, lecz nie przegrał meczu o mistrzostwo świata. Pewnie dlatego wielu szachistów uważało i nadal uważa go za prawdziwego mistrza. Był geniuszem, który pojawił się nagle, zdominował świat szachów, a potem równie nagle zniknął.

Rewanż w Jugosławii

Przez wiele lat wydawało się, że nie wróci. W świecie szachów krążyły o nim różne historie – jedni twierdzili, że wciąż intensywnie analizuje partie, inni byli przekonani, że całkowicie zerwał z grą.

Po ponad dwóch dekadach milczenia on zaskoczył wszystkich. W 1992 roku zgodził się rozegrać rewanżowy mecz z dawnym rywalem, Borisem Spasskim. Pojedynek odbył się w byłej Jugosławii i natychmiast przyciągnął uwagę całego świata. Na Jugosławię nałożone były wówczas międzynarodowe sankcje gospodarcze. Udział w meczu oznaczał naruszenie tych ograniczeń. Fischer wiedział o tym, bo przed rozpoczęciem spotkania otrzymał oficjalne ostrzeżenie władz Stanów Zjednoczonych, aby nie brał udziału w zawodach.

Fischer uważany jest za jednego z najlepszych szachistów w historii fot. Bundesarchiv, Bild 183-76052-0335 / Kohls, Ulrich / CC-BY-SA 3.0
Fischer uważany jest za jednego z najlepszych szachistów w historii fot. Bundesarchiv, Bild 183-76052-0335 / Kohls, Ulrich / CC-BY-SA 3.0

Tym samym znalazł się w konflikcie z amerykańskim prawem. Za złamanie sankcji groziła mu kara nawet dziesięciu lat więzienia oraz wysoka grzywna. Szachista postanowił więc nie wracać do ojczyzny. Rozpoczął się długi okres życia w ukryciu, który tylko pogłębił aurę tajemnicy otaczającą jego postać.

Przez lata Bobby zmieniał miejsca pobytu. Przebywał między innymi w Japonii oraz na Filipinach. Pomagali mu tamtejsi szachiści. Wciąż jednak pozostawał postacią rozpoznawalną, a jego każde pojawienie się wywoływało zainteresowanie mediów i środowiska szachowego.

Historia ta miała dramatyczny finał w 2004 roku. Wówczas Fischer został zatrzymany na lotnisku w Tokio. Japońskie władze aresztowały go na podstawie amerykańskiego nakazu, który wciąż obowiązywał po meczu rozegranym w Jugosławii.

|Czytaj też: Jak pretendent „zgasił” mistrza. Aleksander Alechin − José Capablanca

Tak naprawdę samotny

Zatrzymanie jednego z największych szachistów w historii wstrząsnęło środowiskiem sportowym. Wielu jego dawnych rywali i przyjaciół apelowało o pomoc dla byłego mistrza świata. Nie brakowało głosów, że człowiek, który tak wiele zrobił dla popularyzacji szachów, nie powinien kończyć życia w cieniu konfliktów politycznych i prawnych.

Sam Fischer reagował na sytuację bardzo emocjonalnie. W wywiadach oskarżał władze Stanów Zjednoczonych o prześladowanie i twierdził, że jest ofiarą politycznych rozgrywek. Jednocześnie starał się znaleźć kraj, w którym mógłby bezpiecznie zamieszkać i uniknąć ekstradycji.

Przyjaciele Fischera podkreślali, że mimo sławy i pieniędzy jego życie było w istocie bardzo samotne. Człowiek, który potrafił pokonać najlepszych szachistów świata, poza szachownicą często pozostawał zagubiony. Jeden z jego znajomych, arcymistrz Eugene Torre, mówił wprost: Fischer chciał jedynie znaleźć miejsce, w którym mógłby spokojnie żyć, z dala od polityki i sporów prawnych. Pod koniec życia osiadł w Reykjavíku, gdzie zmarł 17 stycznia 2008 roku. Ponoć przed śmiercią miał powiedzieć:

„Nic tak nie koi bólu jak ludzki dotyk”.

5 1 Głosuj
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze