Za najpiękniejszym uśmiechem w świecie brytyjskiego futbolu krył się niewyobrażalny ból. Paul Gascoigne po latach wreszcie zrzuca maskę. W autobiografii „Szalona ósemka” opowiada, jak wyglądała jego jazda bez trzymanki przez osiem skrajnych emocji. Ta opowieść wstrząśnie każdym fanem piłki nożnej, ale ostatecznie da też nadzieję. Rusza przedsprzedaż książki, która do polskich księgarni trafi 25 marca.
Zamów książkę „Paul Gascoigne. Szalona ósemka. Autobiografia” w przedsprzedaży na LaBotiga.pl:
https://bit.ly/gascoigne-historiasportu
– książka w pakiecie z kubkiem z charakterystyczną ósemką
– z kodem SQN2550 rabat 25% na drugi lub 50% na trzeci produkt Wydawnictwa SQN
Fragment książki:
Jeden z naszych skautów, doświadczony trener Howard Wilkinson, poinformował nas, że z Kamerunem uporamy się bez trudu. Dotychczas byli niespodzianką tego turnieju, w pierwszym meczu wygrali z Argentyną, a jedną z gwiazd tych finałów został ich 38-letni napastnik, Roger Milla. Duża część ich podstawowych zawodników nie mogła grać z powodu kartek, więc Howard stwierdził, że mamy niemalże wolny los do półfinału.
Kiedy ten mecz już się skończył, Chris Waddle siedział w szatni z Bobbym Robsonem i cały zlany potem mówił: „Trenerze, koniec z pieprzonymi wolnymi losami. To był najtrudniejszy mecz w moim życiu!”.
Zaczęliśmy nieźle, David Platt strzałem głową wyprowadził nas na 1:0, jednak w przerwie Bobby nie był zadowolony. „Grajcie tak dalej, a przegramy ten mecz”. Miał rację. Ani się obejrzeliśmy, jak sędzia dyktował jedenastkę dla Kamerunu, ponieważ sfaulowałem Rogera Millę w polu karnym. Zapewniam, że w tamtym momencie chciało mi się płakać, byłem zdruzgotany. Potem przez naszą obronę przebił się Ekéké i dał prowadzenie 2:1 Kameruńczykom. Znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji, a ja byłem w szoku. Na dziesięć minut przed końcem Gary Lineker wywalczył dla nas karnego, który pozwolił nam wyszarpać dogrywkę. Znów jakimś sposobem znalazłem w sobie resztki sił, by podać do Linekera, który uzyskał jeszcze jeden rzut karny. Wpakował piłkę do bramki, a potem zdołaliśmy utrzymać wynik 3:2 już do końca. Genialny rezultat, ale jakże ciężko wypracowany – od tamtej pory minęło wiele lat, a ja nadal uważam, że w tamtym meczu pokazaliśmy więcej serca i odwagi niż w którymkolwiek innym starciu.
W półfinale mistrzostw świata mieliśmy zmierzyć się teraz z Republiką Federalną Niemiec. Po raz pierwszy w historii dotarliśmy tak daleko na mundialu rozgrywanym za granicą.
Rankiem przed tym meczem w Turynie wezwał mnie do siebie Bobby Robson i oznajmił:
– Dzisiaj zagrasz przeciwko najlepszemu pomocnikowi na świecie, Lotharowi Matthäusowi, kapitanowi RFN-u.
– Trenerze, trener się nie martwi. Trener sobie spokojnie pyka to swoje cygaro, a ja się nim zajmę.
Słowa dotrzymałem, tego wieczoru na boisku spisałem się dobrze, zresztą wszyscy tak zagraliśmy. Do tego momentu Republika Federalna Niemiec była najlepszą drużyną turnieju, ale w regulaminowym czasie gry na boisku to my prezentowaliśmy się lepiej. Mimo to wynik 1:1 zapowiadał dogrywkę. Wtedy jednak wszystko się u mnie posypało. Zmierzałem z piłką w kierunku linii bocznej, ale odrobinę za mocno ją sobie wysunąłem i odebrał mi ją Thomas Berthold. Ruszyłem na niego, chcąc mu ją odebrać, ale podczas tej próby trąciłem go prawą stopą.
W tej samej chwili on poleciał na murawę i padł na nią jak worek ziemniaków, jak gdybym go z całej siły staranował, co nie miało miejsca. Nie stanowił żadnego większego zagrożenia na boisku, chciałem mu tylko odebrać piłkę. Berthold kontynuował jednak swój teatrzyk, toczył się po ziemi, jak gdybym usiłował go zabić. Uznałem, że sędzia dopatrzy się w tym faulu. Momentalnie uniosłem ręce w geście poddania się i podszedłem do wijącego się nadal Bertholda, chciałem mu pokazać, że to przypadek i że nie miałem żadnych złych zamiarów.
Piszczał jak zarzynane prosię, więc spróbowałem wetknąć mu palce w gębę, żeby go zamknąć. No i wtedy ją zobaczyłem – żółtą kartkę, która oznaczała koniec moich marzeń o występie na mistrzostwach świata. Pierwszą żółtą kartkę dostałem w meczu z Belgią, więc ta druga kartka oznaczała, że w ewentualnym finale nie zagram.
Stałem na boisku załamany, a z trybun dobiegał ryk kibiców. Gary Lineker delikatnie otoczył mnie ramieniem. Odwróciłem się do niego plecami, byłem zbyt przybity, by cokolwiek powiedzieć.
Dolna warga mi drżała i nic nie mogłem na to poradzić. Zacząłem szlochać, ale nie dlatego, że byłem aż tak zdruzgotany, jak podejrzewała większość ludzi. Miałem dopiero 23 lata i jeszcze nigdy nie doświadczyłem tak wielkiej radości, jaką dał mi tamten turniej. Znakomicie bawiłem się tam z kumplami i podświadomie przeczuwałem chyba, że w życiu trudno o chwile, które byłyby lepsze od tej.
Spadły na mnie wszystkie emocje naraz, może nawet wszystkie osiem. Po prostu poczułem się całkowicie przytłoczony. Dzisiaj powiedziałbym, że płakałem bardziej z radości i z miłości do futbolu niż ze smutku – choć, owszem, dla mnie był to koniec.
O książce:
Łzy na włoskim mundialu, magia na Wembley i demony codzienności. Oto prawdziwy Gazza.
Pamiętasz mistrzostwa świata w 1990 roku? Jego płacz pod koniec półfinału poruszył cały piłkarski świat. Pamiętasz genialne uderzenie z woleja w meczu ze Szkocji na Euro 1996 i cieszynkę w „fotelu dentystycznym”? Paul Gascoigne – magik z piłką przy nodze i najbardziej utalentowany angielski gracz swojego pokolenia – to piłkarz, który uosabiał czystą radość czerpaną z futbolu. Jest żywą legendą, która rozkochała w sobie tłumy w Newcastle, Londynie, Rzymie i Glasgow.
Ale za szerokim uśmiechem krył się czasem ogromny ból. Życie Gazzy to nie tylko blask fleszy, lecz również brutalny zjazd w przepaść. W tej książce Gascoigne przestaje się wreszcie kryć za maską wiecznego żartownisia. Boleśnie i szczerze pisze o demonach, które zepchnęły go na samo dno: wyniszczającym alkoholizmie, samotności, paranoi i lękach. A także o tym, jak najpierw stracił zaufanie najbliższych, a później nieomal życie.
Szalona ósemka to podróż przez osiem skrajnych emocji, które ukształtowały życie Paula Gascoigne’a, od niepohamowanej radości po obezwładniający strach. To opowieść surowa, wzruszająca, a ostatecznie – bardzo inspirująca. Wejdź do głowy piłkarskiego geniusza. Poznaj człowieka, który oddał futbolowi całe swoje serce.
Zobacz go takim, jakim nikt go jeszcze nie widział.
|Czytaj też: Francja – Brazylia 1998. Wielki wieczór „Zizou”, tajemnica Ronaldo i wypracowanie wygrzebane po latach
Książkę polecają:
Gazza w szczycie formy ośmieszał każdego obrońcę na świecie, ale poza boiskiem był bezbronnym dzieciakiem, przemielonym przez ohydną machinę tabloidów. Jego życie to baśń, która przerodziła się w koszmarną opowieść o tym, jak z największego talentu w historii angielskiego futbolu stać się wrakiem człowieka, istotą osaczoną i przepełnioną lękiem. Bardzo mocna lektura.
Przemysław Rudzki, CANAL+Sport / Kanał Zero
Ta książka pokazuje, z jakimi demonami mierzy się Gascoigne. I choć czasami przegrywa, to dla wielu osób pewien pamiętny wieczór w 1990 roku wciąż sprawia, że mamy nadzieję, że mu się uda. Musi się udać. Legenda.
Piotr Kędzierski

W jakimś sensie wolałbym, żeby ta książka nigdy nie powstała. Żebyśmy, myśląc o jej autorze, mogli się ograniczyć do wielkich meczów, wspaniałych bramek, niezapomnianego uśmiechu i równie niezapomnianych łez. No ale skoro powstała, skoro Paul Gascoigne zdecydował się opowiedzieć historię swojego życia jeszcze raz, po prostu trzeba czytać. Oto człowiek.
Michał Okoński
Gdyby nie Paul Gascoigne, nie byłoby ani Premier League, ani Ligi Mistrzów. Brzmi dziwnie, ale to wcale nie przesada. „Gazza” miał w sobie coś tak wyjątkowego, że jego słynny płacz podczas Italia 90 przyciągnął do piłki masę sponsorów. Gascoigne doprowadził w zasadzie do rewolucji w futbolu. Jak to zrobił? Na czym polega jego fenomen? Książka, którą masz w ręku, pozwoli to zrozumieć.
Jarosław Koliński, Przegląd Sportowy Onet
