www.historiasportu.info

Historia sportu w internecie. Nie znajdziesz tutaj samych wyników, statystyk i liczb. Bo sport i jego historia to coś więcej.

Historia biegów narciarskich
Historie Sporty zimowe

Kuse historie: biegi narciarskie – Bronia pionierka i geneza „łyżwy”

Kuse historie: biegi narciarskie, a w nich: o Broni, która zdominowała przedwojenne trasy, o wielkim polskim sukcesie w fińskim Lahti, o facecie, który rozpowszechnił „łyżwę” i o wielkim mistrzu, który gratulował pokonanemu.


Bronisława Staszel-Polankowa – przedwojenna mistrzyni

Prekursorka. Pierwsza nieoficjalna, pochodząca z Polski mistrzyni globu w biegach narciarskich. I niech was nie zmyli „niesportowy” strój, w którym pozuje fotografowi. To była naprawdę mocna babka: Bronisława Staszel-Polankowa – mistrzyni, której nie dane było ruszyć olimpijską trasą.

Bronisława Staszel-Polankowa - Biegi narciarskie historia
Bronisława Staszel-Polankowa

Urodzona w 1912 roku, w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, nie miała sobie równych w krajowych zmaganiach. Z resztą, osiem tytułów mistrzyni Polski mówi samo za siebie. Co było źródłem sukcesów? Dzisiejsi specjaliści nazwali by to niespotykaną wydolnością. Kiedyś mówiono, że Bronia ma „płuca”. Że biegi narciarskie do są dlań idealne. Choć nie tylko w tej dyscyplinie potrafiła się odnaleźć. W 1934 roku ruszyła na rowerze w trasę dookoła Polski. W sumie jakieś 4 tysiące kilometrów. Celem wyprawy była popularyzacja Tatr, jej ukochanych gór. Życie przepełnione sportem zmieniło się nagle we wrześniu 1939 roku. Wobec agresji Niemiec, a później ZSRR narciarka wstąpiła w szeregi AK. W sierpniu 1944 roku walczyła w Powstaniu Warszawskim.

Po zakończeniu II wojny światowej Staszel-Polankowa dała jeszcze o sobie znać. W 1951 roku, po kilku latach przerwy spróbowała swoich sił w mistrzostwach Polski w Zakopanem. Na linii startu wraz z nią stały 73 zawodniczki. 39-letnia wówczas Bronia jeszcze raz udowodniła, że ma płuca ze stali. Zajęła czwarte miejsce! Podium przegrała z rywalkami dużo, dużo młodszymi. Sporo w życiu wygrała. Nigdy jednak nie było jej dane uczestniczyć w igrzyskach olimpijskich. Szkoda, bo będąc w szczytowej formie mogła nawet pokusić się o medal. I to Może ten najcenniejszy.

Bronisława Staszel-Polankowa zmarła w 1988 roku. Na zawsze pozostanie tą, która przetarła szlaki kolejnym pokoleniom.


Józef Łuszczek – pierwszy mistrz z Polski

Skoro piszę o Polce, która wybornie biegała na nartach, to by sprawiedliwości płciowej stało się zadość, przypomnę pewnego biało-czerwonego biegacza.

22 lutego 1978 rok. Lahti – miejscowość szczególnie przyjazna polskim sportom zimowym. To właśnie tam Józef Łuszczek zdobył pierwszy w historii Polski, złoty medal mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym.

15 kilometrowy bieg, miał być popisem legendarnego Fina Juho Miteo. Miał za sobą wszystko: kibiców, trasę, którą doskonale znał i ogromny sportowy potencjał. Tego dnia zabrakło mu jednak odrobiny szczęścia. Pupila gospodarzy o 3 sekundy wyprzedził reprezentant ZSRR Jawgienij Bielajew. I gdy wszystkim wydawało się, że to on zostanie mistrzem świata, na końcowych metrach pojawił się czas Polaka, Józefa Łuszczka. Wrodzona wytrzymałość i ogromna praca na finiszu sprawiły, że biegacz znad Wisły uzyskał rewelacyjny wynik: 49:09:37, o 2 sekundy lepszy niż Bielajew. Sensacyjne zwycięstwo! Radości nie było końca.


Historia Kocha. Historia techniki łyżwowej

Można mocno naciągnąć fakty i nazwać go Janem Boklövem biegów narciarskich. Tyle, że podana przez niego technika była już znana wcześniej. On został jej nośnikiem i ogromnym popularyzatorem. Amerykanin Bill Koch, przez wielu błędnie uważany za twórcę popularnej dziś „łyżwy”.

Coś musi się skończyć, aby nowe się zaczęło. W wypadku urodzonego w 1955 toku Kocha, przełomowym momentem były starty w europejskich maratonach biegowych. Szlifujący w ten sposób formę biegacz dostrzegł fińskiego kolegę po fachu Pauli Siitonena, który kolejne metry pokonywał znacznie szybciej niż większość stawki. W miękkim śniegu Fin zostawiał jedną nartę na torze, a napędzał się drugą nartą, odpychając się wielokrotnie, tak jak prymitywni myśliwi robili wieki wcześniej, używając krótkiej narty Andor. Wyglądał przy tym jak łyżwiarz szybki mknący po lodowej tafli. W głowie Kocha zapaliła się żarówka, a biegi narciarskie czekała rewolucja.

Na początku lat 80-tych XX wieku udoskonalił tę technikę i z powodzeniem zaczął stosować ją w zawodach, ewidentnie poprawiający przy tym wyniki. Jego ruchy nie umknęły jednak konserwatywnym wyznawcom stylu klasycznego. Szczególnie wrażliwi okazali się Norwegowie. Ot chociażby Ivar Formo, złoty medalista olimpijski z 1976 roku, chciał zakazać jazdy na łyżwach tak szybko, jak to możliwe, i miał zdecydowane poparcie swoich kolegów-rodaków. Liczący się z głosem „ojców” narciarstwa działacze wprowadzili pewne regulacje, które miały uratować technikę klasyczną.

Los jednak spłatał tradycjonalistom figla. Ofiarą tamtego sprzeciwu, jak na ironię, był Norweg Ove Aunli. W 1984 roku na zimowych igrzyskach olimpijskich w Sarajewie, w 30-kilometrowym wyścigu, Aunli zanotował trzeci czas, który mógł dać mu brązowy medal. Został jednak zdyskwalifikowany. Powód? Tak bardzo umiłował nowe rozwiązanie, że używał łyżwy zbyt często i w obszarach niedozwolonych.

Biegi narciarskie historia: Bill Koch na trasie
Bill Koch na trasie

A co z Kochem? W sezonie 1981/1982 zdobył Kryształową Kulę, praktycznie nie korzystając z techniki klasycznej. W 1982 roku, w trakcie mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym, o zgrozo (!) rozegranych w Oslo, wykorzystując „łyżwę”, zdobył brązowy medal w biegu na 30 kilometrów. Biegał szybciej niż rywale. Ci nie chcąc zostać w tyle na lata, kopiowali Amerykanina. I tej spirali nie mógł zatrzymać żaden protest.

Nie można jednak nazwać Kocha ojcem tego stylu. Technika łyżwowa była bowiem wykorzystywana na długo przed jego karierą. Ba! Stosowano ją niemal od zawsze. Ciężki sprzęt i nieubite trasy nie pozwalał jednak wypłynąć jej na szersze wody.


 

Bjørn Dæhlie i Philip Boit: mistrz i pokonany

Kenia równa się bieganie. W wersji letniej na pewno. Inaczej rzecz ma się z kenijskimi występami na zimowych igrzyskach olimpijskich. Dopiero w 1998 roku, w Nagano niejaki Philip Boit został pierwszym kenijskim zawodnikiem biorącym udział w tego typu imprezie. I od razu zapadł w pamięci wielu.

Norweski multimedalista Bjørn Dæhlie w biegu na dystansie 10 kilometrów stylem klasycznym był najlepszy. Odbierał gratulacje od dziesiątek ludzi. I czekał. Jak się później okazało, chciał pogratulować swojemu rywalowi. Był nim właśnie Boit, który linię mety minął jako ostatni, z ponad dwudziestominutową stratą do lidera. Kenijczyk nie krył radości i zdziwienia. Wszak wielka gwiazda zrobiła coś takiego specjalnie dla niego. Z miejsca stał się swego rodzaju „.maskotką”. Po igrzyskach startował jeszcze w kilku biegach i zawsze przykuwał uwagę kibiców.

Bjørn Dæhlie? Tamtym zachowaniem udowodnił, że mistrzostwo to nie tylko medale i rekordy, a biegi narciarskie mogą dostarczyć kibicom emocjonalnych obrazków.


Podziel się:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Ciągle jeszcze młody, 31–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny, ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.