Dzisiaj druga część „Kusych historii”, w całości poświęconych skokom narciarskim. Poznasz w nich polskiego skoczka, który marzył o „mamucie”, niemieckiego „Rudzielca” i szwajcarskiego „Harrego Pottera”, których sporo łączy. Dowiesz się także, co zabiera Noriaki Kasai na każdy konkurs olimpijski oraz jak Japończycy przygotowywali się na sukces, którego nie było.

 

Wielkie plany lotnika ze Szczyrku

Antoni Wieczorek – skoczek narciarski i wizjoner, pierwszy Polak, który poszybował na odległość 100 metrów, 15 marca 1948 roku w Planicy. Wynik – jak na owe czasy – palce lizać. Do tego inspirujący: natchniony lotem Wieczorek stworzył później plany budowy skoczni mamuciej w Polsce. Według zawodnika pochodzącego ze Szczyrku, to właśnie jego rodzinna miejscowość miała najlepszą lokalizację na budowę tego typu obiektu. Pan Antoni, z grupą znajomych, wyznaczył dwa miejsca, w których możliwe były prace: pod Przełęczą Salmopolską (w 2017 i 2018 roku obok tego miejsca przejeżdżał peleton Tour de Pologne) lub pomiędzy Małym a Dużym Skrzycznem. Warto zaznaczyć, że wówczas pojęcie skoczni mamuciej nieco odbiegało od współczesnych standardów. W latach 50-tych XX wieku, granica marzeń skoczków i kibiców wynosiła „ledwie” 100 metrów. Właśnie tego typu obiekt mógł powstać w Szczyrku. Niestety śmiałe plany, zaangażowanie i pasja nie miały szans w starciu z szarą powojenną rzeczywistością: Polska dopiero co budziła się z wojennego letargu, a sytuacja finansowa kraju i pewnie samego Szczyrku była ciężka. Obiekt nie mógł więc powstać.

Nie zmienia to jednak faktu, że Antoni Wieczorek był wizjonerem i człowiekiem uwielbiającym sport. To on jako pierwszy wykładał zeskok skoczni słomą, by móc trenować w okresie letnim. Miał też ogromny dar do pracy z młodymi zawodnikami. Jego podopiecznym był chociażby Antoni Łaciak – srebrny medalista mistrzostw świata z 1962 roku.

Antoni Wieczorek źródło: wikimedia.org

Antoni Wieczorek źródło: wikimedia.org


 

Jak Fortuna skradł święto

 

Skok, który jak mantrę powtarzała polska telewizja. Przez 38 lat, do 2010 roku sycił głodnych sukcesów olimpijskich kibiców nad Wisłą. Wojciech Fortuna i jego 111 metrów w czasie konkursu w Sapporo, w 1972 roku. Jak niespodziewane było to zwycięstwo niech świadczy zachowanie gospodarzy przed konkursem.

11 lutego 1972 rok. 50 tysięcy Japończyków oczekuje na zwycięskie skoki swojego pupila Yukio Kasaya. Przygotowano dla niego udekorowany kwiatami samochód, który po zawodach miał zawieźć go prosto przed oblicze wdzięcznego cesarza. Kolejne próby skoczków nagradzane są brawami. Wtedy dzieje się coś niespodziewanego. Skaczący z numerem 29 Polak – Wojciech Fortuna – odpala prawdziwą petardę! Jego 111 metrów wprawia w konsternację nie tylko publiczność. Ostro reaguje czeski sędzia, który składa protest, sugerując że Fortuna jest słabszym zawodnikiem, a skoro on osiąga taką odległość, to co zrobią najlepsi? Żąda powtórzenia pierwszej serii. Ku radości polskich kibiców, protest oddalono. Drugi po pierwszej serii – Niemiec Manfred Wolf – traci do pana Wojtka aż cztery metry. To był psychologiczny nokaut.

W drugiej kolejce Fortuna nieco zepsuł swoją próbę. Tyle, że inni też psuli! Złoto stało się faktem. Nad drugim w klasyfikacji Szwajcarem Steinerem, polski skoczek miał…0,1 punktu przewagi. Załamani Japończycy ponoć 85 razy powtarzali skok Fortuny w państwowej telewizji. Docenili jednak wyczyn Polaka, uznając jego próbę za najpiękniejszą w historii skoków narciarskich. W zamieszczonym poniżej filmie Wojciech Fortuna opowiada o tamtym konkursie. Uwieczniono też moment dekoracji polskiego zwycięzcy.


 

List Noriakiego

 

Osiemnastoletni Japończyk – Noriaki Kasai – pierwszy raz w swojej karierze rywalizuje na skoczni mamuciej. Rzecz dzieje się 25 lutego 1990 roku. Młody zawodnik radzi sobie całkiem przyzwoicie. Skoki na odległość 150 i 151 metrów pozwalają mu ostatecznie zająć 23 miejsce. Kasai skakał jeszcze stylem klasycznym… Dwa lata później, na podobnej imprezie nie będzie miał sobie równych. W czeskim Harrachovie zwycięży. Czy sam wtedy przypuszczał, że na igrzyska olimpijskie pojedzie aż siedmiokrotnie, a do kraju wróci z trzema medalami (srebrnymi: indywidualnie i w drużynie i brązowym w drużynie)? Został też najstarszym indywidualnym i drużynowym medalistą olimpijskim w historii skoków narciarskich. Ale liczby te może jeszcze poprawić. Noriaki bowiem nie ma zamiaru odstawić sprzętu na przysłowiowy kołek.

Być może jego upór ma swoje źródło w niewielkim japońskim miasteczku – Shimokawa. To tam Kasai przyszedł na świat. Tam też dorastał wraz z siostrami, samotnie wychowywany przez matkę. Nie miał łatwo. Dzięki talentowi i imponującej pracy wybił się z biedy i chciał za sobą pociągnąć rodzinę. Dwie wielkie tragedie nie pozwoliły mu jednak w stu procentach zrealizować tego planu.

Najpierw w 1994 roku dowiedział się o ciężkiej chorobie młodszej siostry. Trzy lata później dom, w którym mieszkała jego matka został podpalony. W wyniku obrażeń kobieta zmarła w 1998 roku. Przed śmiercią wysyłała do syna listy, w których dodawała mu otuchy i sił do dalszych treningów. Jeden z nich Noriaki zabiera na każdy konkurs olimpijski. Ile razy jeszcze ów list będzie towarzyszył niezniszczalnemu Samurajowi?


 

Połączeni kontuzją i… wielkim powrotem

 

Rudzielec. Młokos. W swojej dyscyplinie spec jakich mało. Dieter Thoma na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia stał się dla Niemców kimś takim, kim 10 lat później Simon Ammann był dla Szwajcarów. Historie ich pierwszych sukcesów są wyjątkowo zbliżone. I nie chodzi tu o metryki. Wielu pamięta jak przed igrzyskami w Salt Lake City, w 2002 roku, w czasie treningu młodziutki Szwajcar zaliczył groźny upadek. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: wstrząśnienie mózgu. Czasu pozostałego do najważniejszej imprezy roku było jak na lekarstwo. Ammann nie załamał się. Jak wyglądał jego olimpijski występ? Chyba wszyscy pamiętają: dwa złote medale.

Dieter Thoma źródło: welt.de

Dieter Thoma źródło: welt.de

Z Thomą było podobnie. Tuż przez sezonem 1989/1990, urodzony w Schwarzwaldzie zawodnik, przeszedł skomplikowany zabieg. Dwa miesiące przymusowej, treningowej przerwy mogło poważnie odbić się na dyspozycji. Tyle, że nie jego. Pierwsze, poważne skoki Dieter oddał w Turnieju Czterech Skoczni, na obiekcie w Oberstdorfie. Były to loty dające zwycięstwo. Więcej! Niemiec tryumfował w całej imprezie. Kilka tygodni później po upadku na skoczni w Libercu doznał… wstrząśnienia mózgu. Wielu go skreśliło, twierdząc, że do końca sezonu nie usiądzie już na belce. A on jak na złość wrócił. Pozbierał się i na mistrzostwach świata w lotach, w Vikersund, nie dał szans rywalom. Miejsca ustąpić mu musieli nawet ci wielcy: Matti Nykänen i Jens Weissflog.

Piegowaty rudzielec został mistrzem globu. Na przekór wszystkiemu i wszystkim.


Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 30–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: