Kuse historie, czyli cykl, w którym przedstawiam dzieje sportu, w formie niedługich wpisów. Wszystkie połączone będą tematycznie. Być może staną się inspiracją do głębszego zbadania opisywanych wątków. Dzisiaj koszykówka. Czy wiesz, że w Polsce początkowo traktowano ją jako sport dla kobiet? Tak przynajmniej wynika z przekazów dotyczących historii tej dyscypliny. Poznaj też Charlesa Barkley’a, czyli król zbiórek i barowych rzutów. Na koniec przypomnienie, jak wiele może wydarzyć się na parkiecie w ciągu zaledwie 3 sekund: mecz USA-ZSRR z 1972 roku.

Historia koszykówki w Polsce – kobieca gra

Może ciężko w to uwierzyć, ale powstanie i początkowy rozwój koszykówki w Polsce – nieodłącznie związane są z kobietami. I nie to jest dziwne, że akurat płeć piękna zabrała się za rzucanie piłki do kosza. Bardziej chodzi o powszechnie panującą opinię, że gra ta jest wolna od brutalności i uwzględnia wrodzoną niewieścią łagodność. Tak koszykówkę przedstawiały przekazy pisemne z początku XX wieku. Jak było naprawdę?
Wszystko rozpoczęło się – a jakżeby inaczej – we Lwowie. To tam w 1909 roku otwarto Park Towarzystwa Zabaw Ruchowych. W trakcie imprezy cztery żeńskie drużyny zaprezentowały zgromadzonym grę, której przez kilka poprzednich tygodni uczyła ich Maria Germanówna. Trenerka, która rok wcześniej sama pobierała nauki, tyle że w Anglii. Jej podopieczne grały z resztą według angielskich zasad tej gry (nettball): placem gry była trawiasta murawa, do koszy pozbawionych tablic rzucano piłkami używanymi do gry w piłkę nożną. Odmiana ta cieszyła się dużą popularnością wśród uczennic Lwowa, Krakowa i Tarnowa.
Warto też zaznaczyć, że bliższa nam współcześnie odmiana amerykańska – czyli basketball – znalazła swych pierwszy miłośników w Polsce również w 1909 roku. Niejaki Włodzimierz Świątkiewicz „przywiózł” ją z Chicago, gdzie miał okazję obejrzeć koszykarskie spotkanie.

Koszykarki - początek XX wieku

Koszykarki – początek XX wieku źródło zdjęcia: Kronika Sportu


 

„Rzut” Charlesa Barkley’a

Charles Barkley – dowcipny i lubiany. Gdy jednak wkraczał na parkiet stawał się prawdziwym wojownikiem. Jego naturalną, niepodważalną bronią była skoczność. Pozwoliła mu w sezonie 1986/1987 zostać najniższym królem zbiórek NBA. Miał też inny, wielki plus. Perfekcyjny rzut. Nie tylko na boisku. Przekonał się o tym rzezimieszek, który w pewnym barze wdał się z nim w pyskówkę…
Nim jednak doszło do całej sytuacji, Charles nieźle radził sobie w lidze. W sezonie 1992/1993 został wybrany najlepszym graczem sezonu zasadniczego. Doprowadził też Phoenix Suns do finału NBA, gdzie „Słońca” zostały pokonane przez rozpędzone Chicago Bulls. Barkley zagrał też w słynnym „Dream Teamie” w czasie barcelońskich igrzysk. Po paśmie sukcesów przyszyły jednak chude lata, pełne kontuzji i dołków formy. Jak na złość uraz spowodował też zakończenie jego kariery (przełom 1999 i 2000 roku).
Charles Barkley jeden ze swoich najbardziej znanych rzutów wykonał w 1997 roku, w Orlando. To tam w czasie barowej sprzeczki został trafiony szklanką z drinkiem. Szybko doszedł do siebie i dorwał agresora. Następnie podniósł go i rzucił przez okno. Nigdy nie okazał skruchy. Gdy całą sprawą zajął się sąd, bez emocji przyznał, że jedyne czego żałuje to fakt, że pub znajduje się na pierwszym piętrze, a nie wyżej…

Charles Barkley (z lewej) źródło zdjęcia: nba.com

Charles Barkley (z lewej) źródło zdjęcia: nba.com


 

USA – ZSRR: trzy sekundy trawione przez lata

Trzy sekundy. Dla jednych – krótka chwila. Dla innych – cała wieczność. Alexander Belov i radzieccy koszykarze bezwzględnie należeli do tej drugiej grupy. Pal licho, że ich olimpijskie zwycięstwo do dziś wywołuje spory, że wokół ostatnich trzech sekund finałowego meczu z USA wyrósł las niedomówień i interpretacji, że rywale nigdy nie odebrali srebrnych medali. Oni wykorzystali dany im czas i spełnili swoje marzenia: zostali mistrzami olimpijskim. Czy sprawiedliwie?

9 wrzesień 1972 rok. Monachijska Rudi-Sedlmayer-Halle zapełnia się niemal do ostatniego krzesełka. Naprzeciw siebie staje dwóch godnych rywali: Amerykanie, którzy od 1936 roku zwyciężyli w 63 meczach olimpijskich(!) i nigdy w czasie igrzysk nie schodzili z parkietu pokonani oraz rosnący w siłę zespół ZSRR – etatowy zdobywca srebrnych medali. Jeśli doprawimy tamto spotkanie szczyptą polityki, która siłą rzeczy, zawsze pojawia się przy okazji meczów tych reprezentacji, to można stwierdzić, że los zaserwował publice nieprzeciętne danie. Takie, które po ciężkiej konsumpcji, trawiono latami.

Pierwsza połowa pojedynku przebiegała pod wyraźne dyktando drużyny radzieckiej. Team złożony z robotników zatrudnionych w fabrykach na fikcyjnych etatach (w ten sposób ZSRR łamało zasadę amatorstwa na igrzyskach), zdominował studentów z USA. Prowadził 26:21. Jednak ambitna pogoń Amerykanów, którą urządzili sobie w drugiej odsłonie, mogła zakończyć się sukcesem. Na trzy sekundy przed końcem Doug Collins został nieprzepisowo zatrzymany przez Zuraba Sakandelidze. Arbiter odgwizdał faul i nakazał Collinsowi udać się na linię rzutów osobistych. Przy stanie 48:49 dla ZSRR, amerykański gracz miał wszystko w swoich rękach. Wystarczyło tylko dwukrotnie trafić. Sytuacja idealna? No nie do końca.
Po pierwszym trafionym rzucie, Doug przygotowywał się do kolejnej próby. W tym momencie zabrzmiał dźwięk sygnalizujący przerwę dla trenera ZSRR. Sędzia Renato Righetto zlekceważył całą sytuację i Collins trafił drugi raz. W tym momencie Siergiej Baszkin, drugi trener Sowietów, ruszył w kierunku stolika sędziowskiego i gorączkowo tłumaczył, że sztab radziecki, zgodnie z przepisami, zażądał przerwy pomiędzy rzutami Collinsa, a ta nie została im przyznana. W tle, koszykarze z ZSRR próbowali jeszcze zdobyć punkty, ale główny arbiter postanowił zatrzymać czas i udać się do stolika, przy którym trwała ostra wymiana zdań. Na zegarze odmierzającym czas wyświetliła się wówczas cyfra jeden.

USA-ZSRR 1972 rok: przedwczesna radość koszykarzy z USA.

USA-ZSRR 1972 rok: przedwczesna radość koszykarzy z USA. źródło zdjęcia: dailymail.co.uk

Sędziowie po burzliwej debacie (warto zauważyć, że sędziowie przy stoliku byli Niemcami, a arbiter główny pochodził z Brazylii, co nie ułatwiało kontaktu) postanowili utrzymać swoją decyzję. Gra została wznowiona, a gracze radzieccy w ciągu sekundy, długim podaniem i prędkim rzutem próbowali zmienić wynik spotkania. Nie udało się. Amerykanie wybiegli na parkiet i rozpoczęli świętowanie. Radosne podskoki, mocne uściski zostały jednak przerwane. Renato Righetto uniósł dłoń, która wskazywała trzy palce. Amerykanie stanęli osłupieni. Gra – kolejny raz – została wznowiona. Tym razem koszykarze Vladimira Kondrashina otrzymali trzy sekundy na rozegranie akcji. Czas ten przyznano im w wyniku interwencji sekretarza generalnego FIBA, Renato Williama Jonesa, który stwierdził, że zamieszanie przy stoliku po rzutach wykonywanych przez Collinsa miało wpływ na przebieg ostatniej akcji meczu i zdekoncentrowało Sowietów. Świadkowie twierdzili jednak, że wykorzystał on swoje wpływy, w wyniku interwencji Jurija Ozierowa, byłego trenera i działacza zza „Żelaznej Kurtyny”.
Zawodnicy znów powędrowali na swoje pozycje. Koszykarze z ZSRR ponownie zastosowali podobny wariant taktyczny: długie podanie powędrowało do rąk Alexandra Belova, ten wykonał zwód i wpakował piłkę do kosza. W tym momencie zabrzmiała syrena kończąca mecz. Belov biegł w stronę swoich kolegów, Amerykanie natomiast – w kierunku sędziów. Na nic jednak zdały się ich protesty. Wynik 51:50 dla ZSRR został utrzymany.

Po tym wydarzeniu jeszcze wiele lat rozważano kto wówczas miał rację. Każda ze stron przedstawiała swój punkt widzenia. Zawodnicy USA, brutalnie zrzuceni z olimpijskiego tronu nie odebrali srebrnych medali. Ba! Niektórzy z nich nawet w testamencie przykazywali swoim dzieciom i wnukom, by nigdy, pod żadnym pozorem krążków nie odbierały. Przykre były również losy radzieckiego bohatera – Belova, który zmarł na rzadką odmianę raka, mając zaledwie 26 lat.


Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: