Dziś opowiem Wam o boksie, ale tym serwowanym przez PRL. Przyznam się też ile „zielonych” zgarnąłem za olimpijskie złoto i co z nimi zrobiłem. No i dlaczego Meksyk i 1968 rok tak bardzo mnie bolą. Podsumuję też krótko moją pięściarską – pozwólcie, że użyję tego słowa – karierę.

Do części 1 Do części 2

Boks i pieniądze w PRL

Tak to już jest, nawet w dzisiejszych czasach, że politycy lubią sukcesy sportowe. Lubią do tego stopnia, że się nimi żywią. Wszyscy wiemy, że bez pożywienia umieramy. W PZPR też o tym wiedzieli. Dostawaliśmy państwowe odznaczenia, panowie rządzący wówczas naszym krajem szczycili się naszymi osiągnięciami, być może nawet na arenie międzynarodowej. Często pokazywali się z nami. Takie to niestety były czasy, że Zachód i Wschód rywalizowały na każdej możliwej płaszczyźnie. Sukces gwarantował działania propagandowe, propaganda gwarantowała tworzenie, niekiedy złudnego poczucia sukcesu. Klasyczne błędne koło, w którym tak naprawdę nie było miejsca dla zwykłych, szarych ludzi. My sportowcy, dopóki czegoś nie zdobyliśmy, to właśnie tak byliśmy traktowani. Nawet po pięknych zwycięstwach nadal byliśmy tylko tanim narzędziem. Dlaczego tanim zapytacie. Bo w tamtych czasach materialnych korzyści za złote medale olimpijskie nie mieliśmy. Ja za swój krążek otrzymałem 30 dolarów. Jeden dolar kosztował wtedy, chyba 24 złote. W sumie wychodziło około siedmiu stów. Niedużo, prawda? Wiecie co stało się z tymi pieniędzmi? Poszły na „przelew”. Zainwestowałem je w wysoki procent. Ale warto było, bo cieszyłem się wtedy z ludźmi, którzy w jakimś sensie byli mi bliscy. A sukcesy w życiu w jakiś sposób świętować należy. I kropka.

Boks w PRL miał się dobrze.

Boks w PRL miał się dobrze. Nie tak jak futbol, ale jednak. źródło zdjęcia: Budka Medialna

Skoro już poruszyłem temat pieniędzy, to trochę go jeszcze pociągnę. Zrobię to tylko i wyłącznie ze względu na moich rodaków. Chytrych i inteligentnych Polaków. My tu w tym swoim krajowym piekiełku potrafimy się strasznie ze sobą kłócić. Ale jak już przyjdzie trochę cięższy czas, a takim niewątpliwie był komunizm, to wychodzą z nas dobre nawyki. Potrafimy się jednoczyć. Pomagać sobie nawzajem. Potrafimy też skutecznie kombinować. Starsi pewnie pamiętają, ile można było kupić w sklepie. Puste lady, kolejki i deficyt wszystkiego. Wiele z tych osób, które miały możliwość zagranicznych wyjazdów, czasami za oszczędności całego życia, zaopatrywało się na Zachodzie w różnej maści towary, by potem z zyskiem sprzedać je w kraju. Pamiętam, jak mój dobry przyjaciel, saneczkarz Edziu Fender, wrócił z igrzysk olimpijskich w Innsbrucku, w 1964 roku. Z torby podróżnej wyciągnął kilka płaszczy, które kupił w Austrii. Klientów na taki odzieżowy rarytas szukać nie musiał. Chętnych nie brakowało, a sam trochę zarobił. Takich jak on było wielu. W całym kraju.

Trochę inaczej sytuacja finansowa wyglądała w klubach. Najlepiej miały się te resortowe. Górnicze, milicyjne, wojskowe i tak dalej. Kilka sekcji, wśród których najwięcej przeznaczano na piłkę nożną. Ale to też nie były jakieś kokosy. Piłkarz na etacie milicjanta zarabiał – powiedzmy – dwa tysiące złotych. To była jego podstawa. Dwukrotność tej sumy mógł zgarnąć za wygrany mecz. Za porażki działacze nie przewidywali premii. Jeszcze większe sumy wchodziły w grę, jeśli mierzyły się kluby z resortowym zapleczem. Wtedy jednak grano o coś więcej. O prestiż. Czy kluby bokserskie funkcjonowały na podobnych warunkach? Mogę wam powiedzieć, że po części tak. Kiedy byłem trenerem w pierwszoligowym Górniku Pszów, formalnie byłem górnikiem. Trochę gorzej opłacanym niż mój kolega piłkarz, ale jednak. Na naszą pięściarską sekcję wydawano za to znacznie mniej niż na trzecioligową drużynę futbolistów. Choć rywalizowaliśmy z najlepszymi w kraju. Pewnie wiązało się to z popularnością obu dyscyplin. Nie wiem. Trochę tamtego rozwiązania nie rozumiem i cieszę się, że wyrzucono go do lamusa. Niech każdy klub, tak jak i jego zawodnicy, pracują sami dla siebie. Dobra dosyć już tego politykowania. Bo chcę jeszcze opowiedzieć Wam o turnieju, do którego byłem przygotowany najlepiej, a który zakończył się pechową porażką. Odbył się on w 1968 roku, w Meksyku, gdzie pojechałem obronić tytuł mistrza olimpijskiego.

Niezły Meksyk z pękniętymi gaciami

Od razu muszę zaznaczyć jedną rzecz: nie tłumaczę się! To nie jest tak, że Marian Kasprzyk wyleje teraz żale, że pójdzie drogą na skróty i winą za całą sytuację obarczy wszystko i wszystkich dookoła. Nie. Ja wiem i wy zaraz też się dowiecie dlaczego przegrałem tamten olimpijski turniej. Tak jak wcześniej wspomniałem wiem też w jakiej byłem wówczas dyspozycji. Co robiłem na sparingach z Niemcami, Kubańczykami w trakcie przygotowań. Jak mocno potrafiłem grzmotnąć. Byłem też pewny siebie – w końcu dwa medale olimpijskie już zawisły w mojej domowej  gablocie. Trzeci wydawał się być tylko postawieniem kropki nad i. W Meksyku chciałem to zrobić, ale otrzymałem od losu, że tak to ujmę: wypisany długopis.

Armando Muñíz

Armando Muñíz – do 1968 roku – dla mnie zupełnie obcy facet.

Gdy przybyliśmy na miejsce, w październiku 1968 roku, wszyscy członkowie bokserskiej kadry rozpoczynali indywidualne przygotowania do swoich walk. Bardziej chodziło o kwestie mentalne, bo przecież siłę, szybkość czy wytrzymałość trenowaliśmy wcześniej. Każdy też poznał swojego pierwszego, eliminacyjnego rywala. Moim był Amerykanin Armando Muñíz. Szczerze mówiąc nic mi jego nazwisko nie mówiło. Wiem tylko, że był siedem lat młodszy ode mnie. Nasze starcie ktoś tam zaplanował, tylko nikt z biało-czerwonego sztabu nie wiedział na kiedy dokładnie. Nikt. Czekałem na tę walkę parę dni. W tym czasie – choćby Józek Grudzień – zdążył stoczyć swój trzeci pojedynek. Ja żadnego. Pamiętam, że poszedłem do trenera Stamma zapytać, czy może on ma jakąkolwiek informację. Nie miał. Z dnia na dzień moje nerwy zdawały się grać coraz głośniej, a ich melodia nie była wesoła. Traciłem motywację. Po tygodniu, ktoś podszedł do mnie i powiedział, że boksuję. Najpierw była mowa, że walka odbędzie się w godzinach porannych. Później znów ktoś ją przełożył na popołudnie. Serial trwał nadal, ale ja musiałem być gotowy. Rozpocząłem impulsywne przygotowania do starcia. Najpierw wiadomo – rozgrzewka. Później owijanie dłoni bandażami i oklejanie ich plastrami. Na końcu tak zwana „tarcza”. Pierwsze ruchy były swobodne: prawa, lewa i unik. Kilka kombinacji i odskok. Gdy już szykowałem się do kolejnych ciosów ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakby ktoś zamiast – sprawnych jeszcze przed chwilą – nóg, założył mi protezy. Nie mogłem się ruszyć! Nie wiem jak długo to trwało, ale gdy  chłopcy ze sztabu kazali mi już wychodzić do ringu – chwilowo się ocknąłem. W głębi duszy wiedziałem jednak, że coś jest nie tak…

Stając między linami spojrzałem na przeciwnika. Nie panikował. Gdzieś w tle usłyszałem gong. Podszedłem do niego i zaczęliśmy wymianę. Jeden, drugi, trzeci cios i nagle trach! Pękły mi spodenki! Sędzia ringowy nie pozwolił mi dalej walczyć, dopóki nie wymienię tych uszkodzonych na nowe. Miałem na to minutę. Szybko udałem się do narożnika, a tam okazuje się, że na stoliku leżą zapasowe rękawice, koszulka, ale brakuje… no właśnie gaci! W mojej głowie w momencie pojawiły się dziesiątki myśli. I wtedy, w tym całym zamieszaniu, z pomocą przyszedł mi Staszek Zalewski, nasz masażysta. Zdjął swoje spodenki i rzucił je w moją stronę.

Łap Marian! Tylko szybko! Szybko je ubieraj! Czas się kończy! – wykrzyczał

Koledzy zrobili mi taką imitację parawanu. Chyba z ręcznika. Wskoczyłem za niego i przebrałem wadliwy element garderoby. Ruszyłem szybko w kierunku sędziego, meldując gotowość do dalszej walki. Tylko wiecie co? Wcale nie byłem gotowy. Tamta sytuacja całkowicie mnie rozkojarzyła. Przeboksowałem z Muñízem wszystkie rundy i przegrałem po werdykcie sędziów: 4-1. Amerykanin po starciu ze mną dostał chyba wiatru w żagle, bo odpadł dopiero w ćwierćfinale. A ja? Kilka godzin po tamtej walce nadal byłem zły. Do dziś uważam, że była to najboleśniejsza porażka w mojej karierze. Gdybym nie był przygotowany, gdybym odwalał pięściarskie „dziadostwo” – to może jakoś bym to sobie wytłumaczył. Niektórzy pytają mnie o inny, nieco mniej przykry fakt: otóż w swojej karierze sportowej nigdy nie zostałem mistrzem Polski. Byłem naprawdę blisko, choćby w 1970 roku, ale przegrałem w finale z Zakrzewskim – młodym pięściarzem „Wybrzeża”. To niepowodzenie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Po prostu trafiałem na pięściarzy klasowych, których w Polsce było wielu. Ta olimpijska porażka, w eliminacjach, z przeciętnym bokserem odbija mi się czkawką. Układam ją w myślach. Nawet dziś. Ale nie potrafię.

Brązowy medal mistrzostw Europy 1961

Brązowy medal mistrzostw Europy 1961. Tylko mistrzostwa Polski nie dały mi medali. Ehh…

Rękawice na kołku

Po olimpiadzie w 1968 roku wychodziłem między liny jeszcze kilka lat. Otrzymałem nawet propozycję startu w czwartych igrzyskach, w Monachium. Miałem wtedy 33 lata, ale wiedziałem, że natury nie oszukam. Starość nie radość – jak to mawiają. Jeśli miałbym tam jechać i przeżyć kolejne rozgoryczenie to wolałem zostać w kraju i pomóc kolegom w przygotowaniach. Sparowałem z nimi i uwierzcie mi – łatwo nie mieli. Zdawałem sobie też sprawę, że mój czas powoli się kończy. Ostatecznie z boksem – jako zawodnik oczywiście – skończyłem w 1974 roku. Miałem wtedy 35 lat. Nigdy jednak nie rozstałem się z pięściarstwem definitywnie. Oj nie! To była, jest i będzie moja wielka miłość. Taka obustronna, której też wiele zawdzięczam i dzięki której osiągnąłem spełnienie. Nie chodzi tu tylko o sukcesy jako zawodnik, czy później trener. Bardziej o ludzi, uczucia, sytuacje, które przynosiła bokserska codzienność. Ale o tym przeczytacie za tydzień. Dziś czas krótko podsumować tę moją zawodniczą karierę. Mimo istnej sinusoidy, która jej towarzyszyła – jestem z niej dumny! Jak cholera!

Marian Kasprzyk

Nazywam się: Marian Krzysztof Kasprzyk

Pseudonim: Polski Papp

Urodziłem się: 22 września 1939 roku w Kołomani

Kluby, które reprezentowałem: Sparta Ziębice, Nysa Kłodzko, BBTS Bielsko, Górnik Wesoła, Górnik Pszów

Trenerzy: Antoni Zygmunt, Feliks Stamm

Największe sukcesy: brązowy medal olimpijski w Rzymie (1960), brązowy medal mistrzostw Europy w Belgradzie (1961), złoty medal olimpijski w Tokio (1964)

Największa porażka: błyskawiczne i pechowe pożegnanie się z turniejem olimpijskim w Meksyku (1968)


Marian Kasprzyk - złoty medal olimpijski

Ostatnia część „Spowiedzi mistrza: Marian Kasprzyk” za tydzień, w czwartek 5 lipca 2018 roku. Będziecie mogli zgarnąć koszulkę i rękawice z moim podpisem.


 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: