Trenerski fach – ciężka sprawa, ale spróbowałem. Kibicowałem od zawsze. Komu najbardziej? Jak się ma polski boks? O tym w czwartej, ostatniej części „Spowiedzi mistrza”.

Marian kumpel. Marian trener

Kumpel. Facet, przy którym nigdy nie będziesz czuł się samotnie. Nigdy nie poczujesz się odmieńcem. Miałem kilku takich. Połączył nas boks. Chociażby z Józkiem Grudniem, Jurkiem Kulejem, Wieśkiem Rudkowskim. Gdzieś tam w ringu odkrywaliśmy później inne wspólne cechy, które w ostatecznym rozrachunku scementowały te przyjaźnie na lata. Z resztą, jestem otwartym człowiekiem. Staram się podchodzić do każdego życzliwie i z szacunkiem. Nie oceniać po pozorach. Może również dlatego po zakończeniu kariery te (i kilka innych) znajomości przetrwały. Tak mi teraz przemknęło przed oczami jak my – byli bokserzy – witamy się ze sobą. Chłopy, które lały się po gębach, po latach te same gęby potrafią sobie wycałować. Wyściskać się. Dane mi było zobaczyć wielu sportowców, z różnych dyscyplin, ale taką chemię jaką potrafiło stworzyć pięściarstwo jeszcze kilka lat temu – wierzcie lub nie – spotyka się niezwykle rzadko. Mówię kilka lat temu, bo już będąc trenerem zauważyłem pewną różnicę pomiędzy dzisiejszymi zawodnikami, a tymi sprzed dekady. Teraz większość relacji utrzymuje się drogą elektroniczną. Kiedyś trochę inaczej to wyglądało.

Wspomniałem coś o tym, że byłem trenerem. No tak. Po zakończeniu każdej sportowej kariery przychodzi taki moment, że musisz sobie odpowiedzieć na pytanie: co dalej? Jedni definitywnie kończą ze sportem i całą jego otoczką, drudzy bawią się w działaczy. Są też tacy, których spotkać możemy w telewizyjnych analizach, studiach. Ja wybrałem trenerkę. Od zawsze – w pewnym sensie – mnie kręciła. Lubiłem popatrzeć jak młody adept pięściarstwa stosuje moje rady, a później cieszy się z sukcesu. Rola szkoleniowca pozwoliła mi również być najbliżej moich sportowych korzeni. Kochałem harmider i hałas bokserskich sal i nie potrafiłbym ot tak się z tym rozstać. Na szczęście na mojej drodze pojawili się ludzie z Pszowa.

Tamtejszy Górnik zakotwiczył w II lidze. A że ambicje miał spore, trzeba było wymyślić strategię, jak znaleźć się szczebel wyżej. Schedę przejąłem po dobrze mi znanym Antku Zygmuncie. Był rok 1974. W Pszowie było kilku bardzo dobrych pięściarzy, dlatego cel jakim był awans udało nam się zrealizować błyskawicznie. Równie szybko, bo już kilka miesięcy później, spadliśmy z bardzo mocnej I ligi. Przetarcie jednak miałem całkiem niezłe. Z Pszowem zawsze kojarzyć mi się będzie Bogdan Gajda, którego miałem zaszczyt prowadzić. Boguś został później mistrzem Europy w kategorii lekkopółśredniej. Ile ja z nim stoczyłem sparingów! Dobry był. Szybki. Trzeba było go jeszcze trochę podszkolić od tej technicznej strony. Często przerywałem jego treningi, żeby na gorąco wskazać błąd. Instruowałem, kiedy i jak wychodzić z ciosem. Hamowałem takie ganianie w kółko po ringowych deskach – bo to nic mu nie dawało. Może w 1977 roku, gdy sięgał po tytuł, pamiętał jakieś wskazówki trenera Mariana. Kto wie?

Dobre nawyki i wyuczone ruchy w boksie mogą w dużym stopniu zniwelować braki fizyczne.

Kolejnym trenerskim przystankiem był Knurów. Tam dopiero poznałem co to znaczy szkolić zawodników w ówczesnym systemie polityczno – społecznym. Na ligowe mecze Górnika przychodziły tłumy. Gdzieś nawet przeczytałem, że w niedzielny poranek najpierw ludzie pędzili do kościoła, a po mszy na boks. Fakt, popyt był ogromny. Co z tego, skoro w tym śląskim miasteczku zetknąłem się z wieloma trudnościami. Uwierzcie mi, że codzienny dojazd autobusem z Bielska-Białej do klubu (trasa liczyła około 70 kilometrów w jedną stronę), był przyjemnością przy tym jakie przeprawy serwowali mi niekiedy niektórzy działacze Górnika. Jako trener nie mogłem sobie pozwolić, żeby osoby odpowiedzialne za organizację czy finanse wtykały cały swój nochal w sprawy szkoleniowe, które były im całkiem obce. Gdyby tak nie było, to przecież mogli sami prowadzić treningi. Nie potrzebowaliby trenera. Pamiętam nawet pewną sytuację, która może coś wam uzmysłowi. W czasie ćwiczeń wziąłem na stronę pewnego podopiecznego. Pogadaliśmy jak trener z zawodnikiem i nikt do nikogo nie czuł urazy. Taka rozmowa dyscyplinarna, po której ów zawodnik miał sobie coś przemyśleć. Wiedziałem, że na kolejnym treningu się nie pojawi. Sam mi to powiedział. Ale jeden z towarzyszy nie wiedział. Podczas kolejnych zajęć wpadł na salę i zaczyna krzyczeć:

– Gdzie on do diabła jest? Czemu go nie ma! Komu powiedział, że dziś nie będzie trenował – darł się działacz.

– Rozmawiałem z nim. Powiedział mi, że musi sobie coś przemyśleć – odpowiedziałem

 

Wtedy ów pan wpadł w szał. No bo jak to możliwe, że on o niczym nie wie? On miał o wszystkim wiedzieć! Wszyscy patrzyli na tę scenę z lekkim zdumieniem. Nie była to z resztą pierwsza taka sytuacja. Nawet moi współpracownicy mówili:

– Marian ty się nimi nie przejmuj. Rób swoje! Trenuj, decyduj.

Ale jak się miałem nie przejmować? Nacisków było bezliku. Niektórzy działacze przychodzili do mnie i prosili, żeby uczulić zawodników na wysokie zwycięstwa w meczach ligowych. Miało ich nie być. Chcieli, żeby Górnik wygrywał, ale nieznacznie. Wiecie dlaczego? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi – a jakżeby inaczej – o kasę. Wyraźne triumfy, według panujących wówczas zasad, były lepiej wynagradzane finansowo. Zawodnicy chcieli coś zarobić i ja im miałem tego zabronić? Nic z tych rzeczy. Pozbierałem swój sprzęt i odszedłem. Bez jakiś wielkich pretensji, bo co ja zwykły trener miałem zrobić? Walczyć z całym systemem? Z odgórnie narzuconymi strukturami? No nie. Tylko tych moich chłopaków trochę szkoda. W życiu różnie bywa. Czasami są problemy, które wiązały się z czasowym odwieszeniem rękawic na kołek. Jeśli taki zawodnik udał się do bezdusznego prezesa, a dodatkowo był utalentowany, to często szantażowano go, że ma etat górnika i skoro nie chce trenować to jazda pod ziemię. Nie mówiąc już o takich, którzy zwyczajnie się wypalili. Też byli stawiani pod ścianą. Niestety moi niektórzy koledzy po fachu też wykorzystywali tę strategię. Często nie potrafiąc w inny sposób wpłynąć na podopiecznego. To była metoda „albo – albo”. Każdy w ten sposób wybierał boks. Dla mnie to jest największy paradoks: jak w tamtym ustroju, z tamtymi przepisami i zwyczajami, z niektórymi ludźmi udało się zbudować taką pięściarską potęgę? I jak to się stało, że po 1989 roku ten sport, jak i kilka innych dyscyplin, runęło niczym domek z kart. Niewytłumaczalne.

Knurów, pomimo tamtych scysji z niektórymi ludźmi, wspominam bardzo ciepło. Nadal przy nadarzającej się okazji odwiedzam to miasto. Sporą część mojego serca zajmuje też Bielsko-Biała. Tu poznałem miłość swojego życia, tu walczyłem jako zawodnik. Nie powinno więc dziwić, że gdy BBTS zaoferował mi funkcję szkoleniowca to przyjąłem ją bez wahania. Starałem się nauczyć, każdego zawodnika nawyków. Boks to taka dyscyplina, w której automatyzm i pewne wyuczone zachowania decydują o wynikach. Oczywiście talent też jest ważny. Jeśli na treningu powtarzam podopiecznemu żeby ustawił nogę w taki, a nie inny sposób i on robi to niemal z marszu, a później wykorzystuje w sparingu, to mogę założyć, że ma bokserskie zacięcie. Gorzej jeśli muszę o tym ustawieniu przypomnieć mu dziesięć razy.

Marian – kibic i Andrzej Gołota

Zawodnik, trener – te role starałem się odegrać jak najlepiej. Jest jeszcze jedna, która nasiąknięta jest emocjonalnym ładunkiem i nie sposób jej kontrolować. Jestem też kibicem. Nie tylko boksu. Pika nożna, lekkoatletyka? Proszę bardzo! Skoki narciarskie albo siatkówka? Również z chęcią obejrzę. Lubuję się w biało-czerwonych sukcesach. Jest mi smutno po porażkach, ale nie tracę wiary. Bo to porażki kształtują późniejszych zwycięzców. Bardzo często ludzie pytają mnie – kibica – o współczesnych pięściarzy. Komu kibicuję? W kim upatruję szans na przyszłość? Mówię wtedy, że owszem jest kilku młodych, zdolnych, ale talent czystej wody, taki który rodzi się raz na kilka pokoleń, już był. Nazywał się Andrzej Gołota. On był naprawdę wyjątkowy. Silny i szybki. Jak patrzę po latach na te jego grzmoty w walkach z Riddickiem Bowe. Uff… on go okładał i z każdym ciosem wybijał mu boks z głowy. Obie walki, aż do tych nieszczęsnych strzałów poniżej pasa, należały do Andrzeja. Nie rozumiem tylko, czy kogoś się bał, że dopuścił się fauli? Czy musiał przegrać wygrane walki? W latach 90-tych waga ciężka była u szczytu. Walczyło w niej kilku zawodników z papierami i umiejętnościami mistrzowskimi. Gołota był w tym gronie. Tylko zawsze czegoś mu brakowało. Mówią, że zawiodła psychika. Ale ja to widzę trochę inaczej. Andrzej walczył z tyloma świetnymi pięściarzami, że musiał ponieść koszty. Ci wielcy, silni zawodnicy i kolejne boje o tytuł stopniowo go rozbijały. Jakość pięściarstwa tamtej dekady go pokonała. Fizycznie i psychicznie. Z resztą nie tylko jego. Największą szansę na mistrzostwo świata „Andrew” miał tak naprawdę pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Notabene po przegranej walce z Lewisem. Miał już wtedy doświadczenie, przyciągał tłumy i fizycznie prezentował się bardzo dobrze. Zlał Witherspoona. Miał Granta na widelcu i ale go nie zjadł. To był ten jego moment. Potem były jeszcze próby. Bardzo nieszczęśliwe i niesprawiedliwe – jak ta z Ruizem. Koniec końców nie udało się. Strasznie mi tego Gołoty szkoda. Kibicowałem mu zawsze. Całym sercem. Mam trochę przeżytych wiosen, wielu zawodników już widziałem i śmiem twierdzić, że Andrzej był najlepszym ciężkim w historii polskiego boksu. Mógłbym przywołać jeszcze kilku, choćby jego imiennika Biegalskiego, który miał „kopyto” w rękach, ale „Andrew” zawsze będzie nieco wyżej w tym moim prywatnym rankingu. On oprócz siły, którą ma niemal każdy „ciężki”, miał jeszcze wachlarz umiejętności. Dobre sierpy, świetne podbródkowe.

Andrzej Gołota – lepszego ciężkiego w Polsce nie było.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Polska będzie miała boksera jego pokroju. Ale żeby to się stało trzeba szkolić. Trzeba też studzić w młodych, zdolnych pięściarzach tą gorącą chęć pogoni za pieniądzem. Zauważyłem, że w dzisiejszych czasach bardzo szybko podsuwa się zawodnikom kontrakty. Niektórzy mają po 20 lat i już nazywają się zawodowcami. Jeszcze parę lat temu było to nie do pomyślenia. Zdarzały się wyjątki, ale większość młodych bokserów kroczyła ścieżką amatorską. Tam zbierała doświadczenie, które miało procentować w przyszłości. Profesjonalnymi pięściarzami zostawali ci niemal w stu procentach ukształtowani. Dziś to wszystko za szybko się dzieje. Ba! Teraz to nawet nie trzeba być sportowcem, żeby powalczyć i nieźle przy tym zarobić. Ale to jest zgubne. To zabija tych prawdziwych pasjonatów, którzy latami trenują i czekają na swoją szansę. Nie dziwcie się zatem, że medale olimpijskie dla Polski – w boksie – w sporcie, który był ich wylęgarnią są już tylko historią.

I na koniec…

Na koniec chciałem Wam podziękować. Za to, że tą moją spowiedź przeczytaliście. Starszy człowiek już jestem i coś muszę Wam jeszcze powiedzieć. Życie jest jak boks. Naprawdę. Bokser wchodzi między liny sam. Wyprowadza ciosy, broni się sam. Tylko on nokautuje przeciwnika świetnym ciosem i tylko on po podobnym ciosie może upaść. Wokół niego jest jednak kilka osób, które go wspierają, przygotowują do walk i pomagają po nich. Podobnie jest w życiu. Najważniejsze boje i decyzje należą do Nas. Odpowiadamy też za nie. Więc nie obwiniajmy wszystkich wokół za swoje jakieś niepowodzenia, skoro mamy na nie wpływ! Tak samo nie przypisujmy wszystkich życiowych sukcesów tylko sobie, skoro wokół tylu życzliwych ludzi Nas wspiera. Trzymajcie się. Cześć!

Dziękuję Wam Czytelnicy!

 

Do 1 sierpnia potrwa konkurs, w którym do wygrania będą rękawice z podpisem Mariana Kasprzyka i koszulka. Aby wziąć udział wystarczy w komentarzu pod tym wpisem lub pod facebookowym postem napisać, który sportowiec i dlaczego mógłby znaleźć się w kolejnych częściach „Spowiedzi”. Wybiorę ten,  który spodoba mi się najbardziej i skontaktuję się z jego autorem.


Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: