historiasportu.info

Gordon „Gordie” Howe. Bramki, asysyty i… bójki

Gordon "Gordie" Howe fot. Attribution-NoDerivs (CC BY-ND 2.0)
Podziel się:

Był długowieczny, a przy tym wierny. Gordon „Gordie” Howe karierę w NHL rozpoczynał w 1946 roku, będąc osiemnastolatkiem. Kończył, gdy licznik życia wskazał 52 wiosny. Przez ćwierć wieku grał dla Detroit Red Wings. Do tego w swoim ostatnim sezonie miał u boku najwierniejszych kompanów – synów: Marty’ego i Marka.

Był fenomenem. Był też idolem.

Wielki Wayne Gretzky otwarcie mówił, że to jego wzór. Zauroczył się nim w dzieciństwie, gdy na Boże Narodzenie otrzymał bluzę z jego nazwiskiem. Co z tego, że wełnianą, gryzącą? Skoro to była bluza z napisem „Howe”.

„Mój kark robił się cały czerwony, ale to nie miało znaczenia. Zakładałem ją zawsze, gdy grałem na lodowisku w ogrodzie. Gordie miał wtedy swoją kolumnę w gazecie, a mój ojciec czytał ją na głos. Howe pisał między innymi o tym, jak Sid Abel nauczył go pewnej rzeczy: „Gdy tylko widzisz bramkę, masz chcieć ją przestrzelić na wylot”. W trakcie sezonu w radiu puszczano też piosenkę Nie Ma Lepszego od Howe’a Gordiego autorstwa Boba Daviesa. Gdy wiązałem łyżwy lub szedłem do szkoły, lub gdy mój ojciec gdzieś mnie zawoził, patrzyłem przez okno i odtwarzałem tę piosenkę w głowie” – pisał w „Opowieściach z tafli NHL”.

Gretzky przyszedł na świat, gdy Howe był u szczytu kariery. Idol na placu gry nigdy nie ustępował, czym budził ogólny szacunek. Urodzony w ostatnim dniu marca 1928, w czasach wielkiego kryzysu, od dziecka łatwo nie miał. Rodzina jakoś wiązała koniec z końcem. Luksusów jednak nie miała, bo do wykarmienia była dziewiątka dzieciaków. Dość powiedzieć, że jego pierwsze łyżwy były mocno zużyte, bo Gordie kupił je od sąsiada, który co jakiś czas wyprzedawał swoje rzeczy, by podreperować swój budżet. Na nowe nie było go stać.

Siłę, którą później prezentował na lodzie, zyskał przy pracy murarskiej. Nieustępliwość pewnie też. Szybko do niej trafił, bo równie szybko rzucił szkołę. Chciał pomóc rodzicom. Na budowie też imponował. Młokos, a bez problemu nosił po dwa czterdziestokilogramowe worki cementu. Rósł i rozwijał się szybciej niż rówieśnicy, przez co lekarze – profilaktycznie dbając o jego kręgosłup – zalecili mu codzienne podciąganie na drążku.

Gordon "Gordie" Howe (po lewej) fot. Attribution-NoDerivs (CC BY-ND 2.0)
Gordon „Gordie” Howe (po lewej) fot. Attribution-NoDerivs (CC BY-ND 2.0)

Miał też wielki temperament. Przez całą karierę lekarze założyli mu około 300 szwów. Przeciwnicy wiedzieli, że jak już się „zagotuje”, to.. bijatyka pewna. Nie unikał takich starć. Doszło nawet do sytuacji, w której władze Red Wings zapowiedziały, że za kolejne machanie pięściami zostanie wyrzucony ze składu. Straszyli go. Próbowali utemperować. Ale nikt racjonalnie myślący nie zrobiłby tego. Bo Gordie Howe niósł drużynę na swoich skrzydłach.

Przez dwie dekady zawsze znajdował się w gronie pięciu najlepszych strzelców ligowych. Jego drużyna w połowie lat 50. czterokrotnie zdobywała Puchar Stanleya. Nazywany „Mr. Hockey” często określany jest najbardziej kompletnym graczem, jaki kiedykolwiek grał w hokeja na lodzie. Potrafił uderzyć z obu rąk. W pojedynkach „jeden na jeden” był praktycznie nie do ogrania. Do tego z niespotykaną lekkością, z zachowaniem techniki, prowadził szarże z prawego skrzydła. Kiedy przeszedł na emeryturę te jego 801 goli, 1049 asyst i 1850 punktów były rekordami NHL. Pobił je ten, który był w niego wpatrzony, Wayne Gretzky. Do tego Howe zagrał imponujące 1767 meczów w lidze.

Gordon „Gordie” Howe z ludzką twarzą

Miał też ludzką stronę. Nie był przecież niezniszczalnym cyborgiem. Gdy miał piętnaście lat New York Rangers zaprosili go na obóz przygotowawczy. Pojechał. Ale tak bardzo tęsknił za bliskimi, że postanowił wrócić. Innym razem, gdy Gretzky bił jego rekord strzelecki, usiadł na trybunie i szczerze się cieszył. Ba, był wręcz dumny, że akurat on wyprzedzi go w dziejowej klasyfikacji.

Na początku lat 50. wyjeżdżał na lód w skórzanym kasku. Robił to, bo tak zalecili lekarze po ciężkiej kontuzji głowy. Przeszedł wtedy operację, po której został mu tik nerwowy. Bo Howe mrugał częściej niż przeciętny człowiek. Ze swoim rywalem Eddiem Shackiem, hokeistą niebywale twardym i zaczepnym, ścierali się wiele razy. Jakby w myśl zdania, które niegdyś wyraził:

„Wszyscy hokeiści są dwujęzyczni. Znają angielski i wulgaryzmy”.

Raz nawet Gordon wylądował w szpitalu. W pewnym momencie chyba obaj zdali sobie sprawę, że przesadzają i zawarli dżentelmeńską umowę. Od tamtej pory mieli „dać sobie spokój”. I, jak na dżentelmenów przystało, postanowień nie złamali. Nawet, gdy trenerzy sugerowali, by rywala zaczepić.

I jeszcze jedno. Ktoś kiedyś połączył ten jego talent z temperamentem i puścił w eter określenie „hat-trick Gordiego Howe’a”. Na wyczyn ten składały się: bramka, asysta i bójka…

Miał też momenty, w których chciał powiedzieć pass. W 1971, po 25 sezonach, postanowił przejść na sportową emeryturę. Dwa lata wytrzymał. Potrzeba rywalizacji sprawiła, że wrócił. Poprowadził drużynę Houston Erosdo do mistrzostwa WHA i zdobył miano Najbardziej Wartościowego Zawodnika, zaś syna Marka uznano za najlepszego debiutanta.

11 kwietnia 1980 roku w wieku 52 lat i 11 dni rozegrał swój ostatni regularny mecz w NHL. Ale nie ostatni w ogóle. Ten miał miejsce 17 lat później. Tym samym zagrał w sześciu różnych dekadach!

Potem wspólnie z żoną Colleen założył fundację, która wspierała biedne dzieci pasjonujące się hokejem. Wierny był nie tylko na tafli, ale i w małżeństwie. Colleen poznał w 1950 i był z nią do końca. Ona zmarła najpierw, w roku 2009. On siedem lat później, po ciężkiej chorobie.

Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Facebook
Archiwa

Warto zobaczyć

Janusz Kierzkowski

Janusz Kierzkowski – torowa ledenda

Podziel się:

Wokół jego startu na igrzyskach olimpijskich w 1968 roku działo się tak wiele, że swoimi „przygodami” mógłby obdzielić kilku innych kolarzy. Najważniejszym jest fakt, że zdobył medal – brązowy na 1000

Podziel się:
Czytaj więcej
Dan Jansen fot. https://www.facebook.com/danjansenfoundation

Dan Jansen: braterska obietnica

Podziel się:

Rok 1994. Lillehammer. Dan Jansen, amerykański panczenista, staje na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Ze wzruszeniem słucha kolejnych nut hymnu. A potem spogląda w niebo i oddaje salut. Gest ten jest

Podziel się:
Czytaj więcej
0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x
Scroll to Top