historiasportu.info

Remanent 4. Portrety na polu karnym – fragmenty

Podziel się:

Futbolu, najpopularniejszego sportu w dziejach, nie można sprowadzać jedynie do rywalizacji na trawie. Trzeba patrzeć na niego znacznie szerzej. Udowodnił to Jerzy Chromik, który wymyślił cykl „Portret na polu karnym” i na łamach tygodnika „Sportowiec” gościł gwiazdy polskiego piłkarstwa, nieoczywiste legendy i graczy nieco zapomnianych.

W czwartym tomie „Remanentu” wyszedł więc znów daleko poza świat piłki nożnej. Są tutaj rozmowy o życiowych wartościach, marzeniach, sukcesach i porażkach. A ponadto kolejne korespondencje, tym razem z turnieju Euro ’96. To one, jak wehikuł czasu, przenoszą nas do meczów z niezapomnianymi dryblingami Karela Poborský’ego, stałymi fragmentami Christo Stoiczkowa i spektakularnymi zagraniami „Gazzy”. Przypomnimy sobie też o złotym golu Olivera Bierhoffa…


Znajdziemy tu odpowiedzi na ciekawe pytania. Który piłkarz przekonał się, jak to jest znaleźć się w skórze Włodzimierza Lubańskiego? Skąd wziął się pseudonim „Valdano” Marka Leśniaka? Jaki napis miał na szybie lancii turbo Mirosław Okoński? Ile rękawic zniszczył David Seaman w trakcie mistrzostw Europy? I dlaczego Old Trafford w latach 90. sprawiało najlepsze wrażenie ze wszystkich stadionów?

"Remanent 4. Portrety na polu karnym", która ukazała się w serii #SQNOriginals
„Remanent 4. Portrety na polu karnym”, która ukazała się w serii #SQNOriginals

„Remanent 4. Portrety na polu karnym” to nie dodatek nadzwyczajny do trylogii, ale przede wszystkim kolejna bezcenna lekcja dla adeptów dziennikarstwa od kogoś, kto sam uczył się pisać od mistrzów tego fachu. Dzięki temu opanował do perfekcji sztukę wywiadu i udowodnił, że w tym zawodzie można uniknąć sztampy i sprawić, by bohaterowie byli zawsze autentyczni.

Autorowi czwartego już „Remanentu” zawsze zależało na poszukiwaniu w drugim człowieku głębi, niuansów osobowości, a nie opisywaniu suchych faktów.

Czytaj też: Ciąg dalszy REMANENTU. Od korupcji do dopingu i z powrotem

Marek Koniarek

Ponad 100 goli w polskiej lidze. Król strzelców z 29 bramkami dla Widzewa. Niedoceniany przez kolejnych selekcjonerów reprezentacji Polski.

Historię Marka Koniarka opisał w tygodniku „Sportowiec” w grudniu 1986 roku Jerzy Chromik. Cały tekst znajduje się w książce pt. „Remanent 4. Portrety na polu karnym”, która ukazała się w serii #SQNOriginals i jest dostępna na

https://bit.ly/historia-remanent4

Fragment książki:

Marka pan Krystian zabierał na mecze, gdy ten ledwo skończył trzy lata. Dzisiaj nie jest skory do pochwał, ale przyznaje, że najważniejszą cechą, która odróżniała syna od rówieśników, był posłuch. Wierzył w słowa ojca, wierzył, że praca doprowadzi go do zaszczytów. Senior Koniarek realnie ocenia walory piłkarskie syna. Na pewno dysponuje lepszą szybkością, ale techniki mógłby się jeszcze uczyć od „głowy” domu. Niepokoi go to trochę. Piłka sprzed lat nie znała luksusu wolnego czasu, piłkarzy zwalniano z pracy na treningi dopiero o dwunastej, a ci, którzy mieli rodziny, musieli po zajęciach szkoleniowych dorabiać przy tokarce czy szlifierce lub na popołudniowej szychcie w kopalni. A dziś, mimo że zawodnicy mogą oddać się treningom bez reszty, mają aż tyle braków…

Starszemu Koniarkowi, który w trzeciej lidze grał w Siemianowiczance na środku ataku, imponował zawsze Robert Gadocha. Podpatrywał więc jego sposób gry i sztuczki techniczne. Niewielu było w naszej piłce skrzydłowych zdolnych do opanowania piłki przy linii bez zawężania pola manewru. Gadocha mógł zawsze wybrać dowolny wariant minięcia bocznego obrońcy. Pomagała mu w tym również umiejętność prowadzenia piłki bez wlepiania w nią wzroku. Marek mógłby wiele przejąć z arsenału słynnego polskiego lewoskrzydłowego. Ojciec jest zdania, że repertuar zwodów syna jest wciąż zbyt skromny. Jeszcze do niedawna miał swój popisowy numer na skrzydle, ale nie wiadomo dlaczego zatraca tę umiejętność. Klasowego napastnika senior porównuje do linoskoczka. Jeśli chce w cyrku zbierać brawa, to musi codziennie chodzić kilka godzin po linie. Skrzydłowy na boisku też musi swobodnie poruszać się po „marginesie”.

Marek Koniarek
Marek Koniarek fot. widzew.com

Wydaje się, że Markowi bliższy jest styl Grzegorza Laty. I to wcale nie dlatego, że mielczanin najczęściej absorbował obrońców swoją obecnością na prawej stronie boiska. Po prostu Markowi, jak Grześkowi, odpowiada długa piłka na dobieg i mijanie przeciwników przy pełnej szybkości. Pan Krystian nie jest zachwycony takim stylem gry, bo wynika on z ubóstwa innych sposobów wymanewrowania rywala. Nie wierzy, że gaz załatwi wszystko w meczu.

Marek upiera się, że gra dla publiczności. Widownia przy ulicy Bukowej w Katowicach wybaczy nawet stratę piłki, jeśli Koniarek podejmie próbę zaatakowania bramki i szturmowania pola karnego. Natomiast zawsze narazi się na obelżywe okrzyki i gwizdy, jeśli zagra do tyłu, wstrzyma dynamiczną akcję. Nawyki piłkarza są czasem pochodną oczekiwań ludzi, którzy płacą za bilety i zjeżdżają za niego pod ziemię. Oni poniekąd decydują, jak kto ma grać…

Młody Koniarek nie popadł w samouwielbienie. Spora liczba goli na jego koncie trochę fałszuje obraz sezonu, bo Marek nie jest wcale zadowolony ze spotkań tej jesieni. Był skuteczny, ale bramki nie dają pełnej satysfakcji. Pozostał pewien niedosyt…

Mama nazywa Marka „Skrzydełkiem”, bo to właściwie chuchro. Jak każda rodzicielka bardzo przeżywa, gdy syn przewraca się po ostrym starciu i zwija z bólu. Podczas transmisji z meczu Polska – Irlandia martwiła się, bo Marek dość długo trzymał się za rękę. Gdy po powrocie okazało się, że była to zagrywka taktyczna obliczona na zyskanie na czasie, usłyszał sporo gorzkich słów. Bo tak szczerze mówiąc, matka ma już dosyć udziału w zmartwieniach, których przysparza 24-letni kawaler.

Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Facebook
Archiwa

Warto zobaczyć

Janusz Kierzkowski

Janusz Kierzkowski – torowa ledenda

Podziel się:

Wokół jego startu na igrzyskach olimpijskich w 1968 roku działo się tak wiele, że swoimi „przygodami” mógłby obdzielić kilku innych kolarzy. Najważniejszym jest fakt, że zdobył medal – brązowy na 1000

Podziel się:
Czytaj więcej
Dan Jansen fot. https://www.facebook.com/danjansenfoundation

Dan Jansen: braterska obietnica

Podziel się:

Rok 1994. Lillehammer. Dan Jansen, amerykański panczenista, staje na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Ze wzruszeniem słucha kolejnych nut hymnu. A potem spogląda w niebo i oddaje salut. Gest ten jest

Podziel się:
Czytaj więcej
0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x
Scroll to Top