www.historiasportu.info

Historia sportu w internecie. Nie znajdziesz tutaj samych wyników, statystyk i liczb. Bo sport i jego historia to coś więcej.

Don Thompson
Igrzyska olimpijskie Lekkoatletyka Momenty Igrzysk

Don Thompson. Z łazienki po medal

Podziel się:

Włosi nazywali go „Il Topolino” – Myszką Miki. Zapewne przez strój, który przywdział przed najważniejszym startem w karierze i sposób w jakim się poruszał. Brytyjski chodziarz Don Thompson do historii igrzysk olimpijskich przeszedł też z innych względów. Był mistrzem adaptacji treningowej, a do odwzorowania warunków panujących na trasie wykorzystywał… własną łazienkę.


Rzym, rok 1960. Pięćdziesięciokilometrowa trasa i temperatura przekraczająca 30 st. C wystarczyły, by na olimpijskiej trasie chodu sportowego doszło do niespotykanego przesiewu. Zawodnicy, którzy początkowo prowadzili i narzucali mocne tempo albo odpadali, albo słabli na tyle, że przestawali liczyć się w stawce. Rzymska aura nie brała jeńców.

Świadomy zalet i wad


Tuż po starcie lekkoatleci pokonali półtora okrążenia i ruszyli na okoliczne ulice. Jednym z ostatnich, którzy opuszczali stadion był Don Thompson, w charakterystycznym nakryciu głowy i okularach. Facet, który cztery lata wcześniej z kretesem poległ w Melbourne, na twarzach włoskich kibiców wywoływał uśmiech. Nie chodziło tylko odzienie, ale i karkołomną technikę. Żaden racjonalnie myślący fan sportu nie dawał mu szans. On jednak miał plan i ogromną świadomość własnego ciała, własnych wad i zalet.

Thompson miał wrodzoną wytrzymałość, która pozwalała mu utrzymywać narzucone tempo przez wiele kilometrów. Nie radził sobie na krótszych dystansach, na których liczyła się szybkość, ale gdy w grę wchodził wyścig pięciokrotnie dłuższy, to jego szanse znacząco rosły. Chodem sportowym zainteresował się po kontuzji ścięgna Achillesa. Poruszanie się po miejskich skwerach i ulicach miało pomóc mu w odbudowie formy, a stało się elementem codzienności.

Rzym. Igrzyska olimpijskie. Chód na 50 km

W latach 50. wystartował w prestiżowym, dorocznym wyścigu na 53 mile z Londynu do Brighton i choć za pierwszym podejściem zajął dopiero drugie miejsce, to kolejne osiem edycji wygrał. Pewnego razu jego zwycięstwo było tak dobitne, że był w stanie udać się do swojego pokoju hotelowego, wykąpać się, przebrać i wrócić na metę, aby powitać i pochwalić swojego brata, który był trzeci.

Czytaj też: Moje podium: Piotr Choduń


Z łazienki do Rzymu

Wytrzymałość była kluczem, który miał otwierać kolejne bramy i Thompson doskonale o tym wiedział, dlatego ze stadionu wyszedł ostatni. Wszystko policzył i trzymał się swojego planu. Nie przyśpieszał, nie zwalniał. Na 20. kilometrze rzymskiej rywalizacji zaczął „kasować” przeciwników. No może poza jednym, Szwedem Johnem Ljunggrenem, z którym stoczył później pasjonującą walkę o końcowy tryumf. Walkę dla „Il Topolino” zwycięską.

Skąd u Dona wspomniana świadomość własnego ciała? Otóż po porażce w 1956 r. przewidział, że w Rzymie swoje piętno na rywalizacji odciśnie upalna aura. Wobec tego Brytyjczyk wpadł na szalony pomysł i skonstruował coś na kształt domowej sauny.

John Ljunggren, Don Thompson, Abdon Pamich - podium olimpijskie w Rzymie fot. domena publiczna
John Ljunggren, Don Thompson, Abdon Pamich – podium olimpijskie w Rzymie fot. domena publiczna

— Chociaż rozpoczęcie wyścigu zaplanowano na późne popołudnie, wiedziałem, że nadal będzie upalnie, więc odtworzyłem wilgotność Rzymu w domu moich rodziców. Najcieplejszym miejscem, jakie udało mi się znaleźć, była łazienka, w której znajdował się zamontowany na ścianie grzejnik elektryczny, ale sam w sobie nie był wystarczająco gorący. Włożyłem ręczniki wokół drzwi i okna, przyniosłem kuchenkę Valor oraz parujące garnki i czajniki z wodą, po czym włączyłem grzejnik na maksymalną temperaturę – wspominał.

Jak wyglądał trening przyszłego mistrza olimpijskiego? Trzy, cztery razy w tygodniu, po tym, jak temperatura w łazience sięgnęła około 50 kresek powyżej zera, Thompson ubierał kurtkę mamy, wchodził do pomieszczenia i przez około pół godziny maszerował od wanny do toalety i z powrotem. Oczywiście pot lał się po wtenczas strumieniami, ale efekty były zadziwiające. „Domowy Rzym” zdał egzamin.

Kiedy już po igrzyskach opowiedział o swoim reżimie treningowym, Brytyjczycy byli nim zauroczeni. Naród, który lubi ekscentryczne rozwiązania, był z niego dumny. Choć wcześniej nieco z niego szydził.

Czytaj też: Bojkoty, stracone szanse i polityka. Zimna wojna na igrzyskach


Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Ciągle jeszcze młody, 33–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny, ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x