www.historiasportu.info

Historia sportu w internecie. Nie znajdziesz tutaj samych wyników, statystyk i liczb. Bo sport i jego historia to coś więcej.

David Purley
Cykle Dyscypliny Kuse historie Legendy Sporty motorowe

Kuse historie: Formuła 1 – David Purley, Mario Andretti i James Hunt

David Purley, Mario Andretti i James Hunt. Trzej kierowcy Formuły 1, których historie są nieszablonowe. Jeden ratował kolegę z płonącego bolidu, drugi dzieciństwo spędził w obozie dla przesiedlonych, a trzeci musiał łączyć talent z miłością do imprez.


David Purley – przyjaciel i bohater

Człowiek, który za swoim przyjacielem skoczył w ogień. Dosłownie. Kierowca, którego w krótkim czasie dopadły adrenalina, bezsilność, smutek i pustka. I trzymały go długo. Latami. Niemal do końca życia David Purley próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, co tamtego feralnego dnia poszło nie tak? Czy zrobił wszystko, by pomóc koledze? On tak. Świadczą o tym choćby liczne odznaczenia. A inni? No właśnie – inni nie do końca.

 

David Purley źródło: https://f1.fandom.com/

Niedziela, 29 lipca 1973 roku. Holenderscy kibice znów mogli obejrzeć wyścig Formuły 1 w swoim kraju. Po rocznej przerwie do kalendarza powróciły bowiem zmagania na zmodernizowanym torze Zandvoort. Na linii startu pojawiło się dwudziestu trzech kierowców. Wśród nich para brytyjskich przyjaciół, jeżdżąca dla zespołu March Ford: David PurleyRoger Williamson. Panowie poznali się jeszcze w Formule 3. Później los połączył ich w Formule 1. Obaj młodzi i utalentowani, ale i niedoświadczeni. Dość powiedzieć, że dla 25-letniego Rogera był to dopiero drugi wyścig w karierze.

Światło zmieniło kolor na zielony. Zaczął się wyścig. Wspomniani Brytyjczycy startowali z dalszych pozycji: Williamson z 18, a Purley z 21. Po przejechaniu ośmiu okrążeń w bolidzie Rogera nastąpiła eksplozja opony. Kierowca stracił panowanie nad maszyną, która najpierw odbiła się od barierek, a następnie obróciła się i sunęła po asfalcie. Kilka sekund później stanęła w ogniu.

David Purley zobaczył bolid swojego przyjaciela. Zdawał sobie sprawę, że Roger nie wyjdzie z niego sam. Druh potrzebował pomocy, a on – były żołnierz – chciał mu ją zapewnić. Wyskoczył ze swojego wozu i ruszył w kierunku uwięzionego Williamsona. Najpierw próbował przewrócić płonący pojazd. Zabrakło mu jednak sił. Gdy wokół niego pojawiła się grupa mężczyzn, wyrwał jednemu z nich gaśnicę i z jej użyciem próbował pokonać ogień. Bezskutecznie. Usłyszał też jak Roger woła:

„Na litość boską, David wyciągnij mnie stąd!”.

Ruszył raz jeszcze. Wraz z towarzyszącymi mu mężczyznami, znów chciał przewrócić bolid. Jedno, drugie, trzecie pchnięcie. Ten ani drgnął.

Poparzony i sfrustrowany David zostaje odciągnięty od konającego przyjaciela. Swój gniew wyładowuje na facecie łapiącym go za rękę. Uderza go. Następnie opuszcza głowę. Jest bezsilny i załamany. Siada na skraju jezdni i płacze. Kilka minut później ciało Rogera Williamsona wydobędą z wraku strażacy.

Na nagraniu dokładnie widać, że w trakcie akcji ratunkowej, kolejne samochody mijają Purley’a. Organizatorzy nie przerwali wyścigu nawet po informacji, że Williamson zginął. Ale nie był to jedyny błąd. Tamtego dnia doszło do splotu kilku, fatalnych w skutkach decyzji. Weźmy choćby służby ratunkowe, które pomimo kłębów ciemnego dymu, unoszących się nad Zandvoort, na ratunek zostały wysłane za późno. Początkowo ktoś stwierdził, że Roger opuścił samochód i jest bezpieczny. Dopiero heroiczna akcja jego kolegi z zespołu uświadomiła organizatorów, że coś jest nie tak.


 

Mario Andretti – z obozu dla przesiedleńców do Formuły 1

Urodził się w trakcie II wojny światowej. Jego rodzina na własnej skórze odczuła przemiany, jakie zaszły w Europie po zakończeniu tego konfliktu. Dorastał w obozie dla uchodźców. Kochał samochody. Przeszedł drogę z piekielnych otchłani wprost do nieba. Swojego nieba. Tego wymarzonego. Do wyścigów Formuły 1.

Mario Andretti (wraz z bratem bliźniakiem) urodził się w lutym 1940 roku w Montona. Jego rodzina miała włoskie korzenie. W tej historii jest to o tyle ważne, że po zakończeniu II wojny światowej, miejscowość ta przypadła Jugosławii. Był rok 1948, gdy rodzina Anderetti opuściła ją, przekroczyła granicę i znalazła się na terytorium Włoch. Skierowano ją do obozu dla przesiedleńców w Lukce. Na siedem długich lat.

Mario Andretti źródło: pinterest.com

Dzieciństwo Mario było trudne, ale nie tragiczne. Wszystko za sprawą ojca, który starał się, tworzyć aurę normalności. Po latach jego syn tak wspomni tamten okres:

„Mój ojciec zostawił wszystko, wyszliśmy z domu i zabraliśmy to, co mogliśmy nosić. Pojechaliśmy dalej do Włoch. Tam przyjęli wszystkie rodziny i utworzyli obozy. My zostaliśmy wysłani do miejsca w Toskanii. Życie było wtedy trochę dziwne, a jedyną czynnością, którą regularnie robił mój ojciec było dbanie o nas. Jako dzieci nigdy nie było nam zimno, nigdy nie byliśmy głodni, chodziliśmy do szkoły. On zawsze starał się nam zapewnić dobrobyt.”1

W 1955 roku, dzięki staraniom wuja, bliźniacy Mario i Aldo razem i ich rodzice, wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Osiedlili się w mieście Nazareth w stanie Pensylwania, w dolinie rzeki Lehigh. Ponoć w kieszeni taty znajdowało się wówczas 125 dolarów. Chłopcy, chcąc dołożyć się do domowego budżetu, po zajęciach szkolnych pracowali w warsztacie swojego wujka. Początkowo ich rola ograniczała się do przepakowywania samochodów. To w tym miejscu Mario pierwszy usiadł za kółkiem.

„Kiedy pierwszy raz odpaliłem samochód, poczułem, jak drży silnik. To było uczucie, którego nie potrafię opisać. Mam go nadal, za każdym razem, gdy wsiadam do samochodu wyścigowego.”

Do aut wyścigowych wsiadał regularnie. Mario zadebiutował w serii USAC National Championship w 1964 roku i już w następnym w sezonie został mistrzem. Brał udział w wielu różnych kategoriach wyścigowych, włącznie z wyścigami dragsterów. W 1969 wygrał Indianapolis 500, Daytona 500 i 12 godzin Sebring.

Wcześniej, bo w 1968 roku, trafił do Formuły 1, gdzie w swoim pierwszym poważnym sprawdzianie, w Grand Prix Stanów Zjednoczonych wywalczył pole position. Dziesięć lat później został mistrzem świata.

Kochał wyścigi. Był uosobieniem prędkości.


 

James Hunt – mistrz, rywal i imprezowicz

Jeździł tak jak żył: szybko, intensywnie, niekiedy na granicy ryzyka. Kochał ryk silnika, ale czy bardziej niż wino, kobiety i śpiew? James Hunt – mistrz świata Formuły 1 z 1976 roku.

Jego kariera sportowa nie była specjalnie długa. Trwała raptem sześć lat (1973-1979). Mimo to, w 1976 roku, w wyniku czasowej absencji wielkiego Nikiego Laudy, Hunt zdobył tytuł mistrza świata. Austriaka wyprzedził o jeden punkt. Tamtą rywalizację dodatkowo rozdmuchały wydarzenia, które miały miejsce w czasie Grand Prix Niemiec. Wtedy to Lauda uległ ciężkiemu wypadkowi, w którym otarł się o śmierć.

Po kilku tygodniach powrócił jednak do ścigania. Kibice byli w euforii. Gdzieś tam po ludzku życzyli Nikiemu tytułu mistrzowskiego. Pragnęli zobaczyć też najpiękniejszy powrót w dziejach Formuły 1. Na drodze tych wszystkich nadziei stanął właśnie Hunt: playboy, imprezowicz. Ale i ogromny talent.

Niki Lauda i James Hunt
Niki Lauda i James Hunt źródło: https://i.redd.it/

Podobny sezon już nigdy Brytyjczykowi się nie przytrafił. Może to właśnie brak tego typu sukcesów pomógł mu podjąć decyzję o przedwczesnym zakończeniu kariery. Znów zrobił to szybko. Nie inaczej wyglądało jego życie prywatne. Imprezował, lubił przechylić kieliszek i często zmieniał kobiety. Taki tryb doprowadził go do alkoholizmu, a później depresji. Nigdy jednak nie żałował tego jak żył. Lubił, gdy porównywano go z Georgiem Bestem, Irlandczykiem z Północy, który egzystował w podobny sposób.

Zmarł nagle. Mając zaledwie 45 lat. Jednak nawet po śmierci chciał, by żegnano go według jego zasad: w testamencie zażyczył sobie, aby pożegnano go wielką imprezą. I takowa się odbyła.

Niki Lauda darzył go ogromną sympatią. Po latach tak wspominał druha Hunta:

„To była fantastyczna osobowość. Był zabawnym człowiekiem. To jedna z nielicznych osób, o której mogę powiedzieć, że mam wrażenie jakby nadal była wśród nas, choć przecież minęło tyle lat od śmierci Jamesa. Zresztą, nigdy nie zapomnę ludzi, którzy z jakiegoś powodu zajęli szczególne miejsce w moim życiu. Jakąś cząstka Jamesa żyje teraz we mnie”.2


źródła cytatów:

  1. https://sportowefakty.wp.pl/formula-1/717239/niki-lauda-wspomina-jamesa-hunta-jego-czastka-zyje-we-mnie
  2. https://en.wikipedia.org/wiki/Mario_Andretti

 

Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Ciągle jeszcze młody, 31–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny, ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x
()
x