Mając 13 lat poddała sobie sportowy świat. Fachowcy określali ją mianem fenomenu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Przecież niezbyt często nastolatka dociera do seniorskiego finału w turnieju tenisa ziemnego. Jej to się udało. Życie Jennifer Capriati, bo o niej mowa, może stać się również przykładem jak z piedestału spaść na dno, odbić się i wrócić.  Istna życiowa sinusoida.

Początki

Jennfer Capriatti 1990

Jennfer Capriatti 1990

Jennifer urodziła się w Nowym Jorku, 26 marca 1976 roku. Od najmłodszych lat jej sportowy talent szlifował ojciec – Stefano, który został jej trenerem. W 1989 roku ich wspólna praca przyniosła pierwszy, znaczący sukces: Capriati zwyciężyła w dziecięcym US Open. Mogła startować i wygrywać kolejne znaczące imprezy w swojej kategorii, ale ambitny ojciec rzucił córkę na głębokie wody. W 1990, zaledwie rok później zagrała w Hilton Head. Więcej! Dotarła tam do finału, gdzie pokonała starszą o 11 lat, sklasyfikowaną w pierwszej dziesiątce rankingu tenisistek – Helenę Sukovą. Wokół nastolatki natychmiast zrobił się medialny szum, który początkowo nie odbijał się na jej grze. Minęło kilka miesięcy i panienka Capriati była już ósmą rakietą świata, a także zagrała w półfinale prestiżowego French Open. Miała wtedy 14 lat.

Do końca 1992 roku Jennifer swoimi wynikami przynosiła ogromną radość nie tylko kibicom, ale przede wszystkim ojcu. Wygrała turnieje w San Juan, San Diego i Toronto. Wystartowała też w igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Dotarła do finału tej imprezy gdzie czekała na nią legendarna Niemka – Steffi Graf. Młodziutka Amerykanka nie przestraszyła się jednak rywalki. Zwyciężyła (3:6, 6:3 i 6:4) i odebrała złoty medal.

Z nieba do piekła i z powrotem

Gdy świat sportu zastanawiał się jak bardzo rozwinie się Capriati, gdy reklamodawcy zaczęli rzucać ogromnymi kwotami za chociażby miłe słówko o swoich firmach, gdy kibice pokochali jej styl gry, ona nagle zgasła. W 1993 roku po wygranej w Sydney zaczął się jej lot „w dół”. Pieniądze, sława, młody wiek w końcu stworzyły mieszankę wybuchową, której nie powstrzymał nawet ojciec. W ciągu dwóch lat Jennifer została oskarżona o kradzież, posiadanie marihuany. Kibice częściej niż na kortach i turniejach widywali ją w dyskotekach. Najpierw przestała wygrywać, a później odmawiała startu w zawodach. Taki tryb życia sprawił, że wielu zaczęło ją skreślać, przykleiło etykietkę „niespełnionego talentu”. Nie wiemy jak potoczyłoby się jej życie, gdyby w porę nie zatrzymała tej pędzącej karuzeli.

W 1997 roku podjęła próbę powrotu na szczyt. Cierpliwie rozegrała setki gemów, by po sześciu „ciemnych” latach odkurzyć swoje nazwisko. W 1999 roku zwyciężyła we francuskim Strasburgu i kanadyjskim Quebec City. Kaliber tych turniejów może nie powalał na kolana, ale samą Capriati ruszył z miejsca. W 2000 roku wygrała turniej w Luksemburgu, a w styczniu 2001, w finale Australian Open pokonała  Martinę Hingis. Drugi raz miała świat u stóp. Jej życiorys stał się symbolem walki ze słabościami, którą doceniali wszyscy. Szczególnie sportowcy. Andre Agassi, legendarny amerykański tenisista powiedział kiedyś, że tenis dał Jennifer kredyt, który ona z pomocą siły woli spłaciła. I to z nawiązką.

Pięć miesięcy po wielkim powrocie wygrała French Open, a w kolejnych ważnych turniejach (Wimbledon i US Open) docierała do półfinałów. Została liderką światowych rankingów. W 2002 roku obroniła tytuł w Australii. Do 2004 roku dość wyraźnie kreśliła swoją tenisową historię, ale zaczęły prześladować ją kontuzje.

W 2005 roku poddała się operacji, a później rehabilitacji schorowanego ramienia. Gdy już wydawało się, że znów wróci… trach! Kolejny uraz i kolejny zabieg. Nadmiar wolnego musiała jakoś spożytkować, a że znała tylko jeden sposób to… demony wróciły: chodziła na randki z gwiazdorem porno, trafiła do szpitala po przedawkowaniu leków, a w 2013 roku stanęła przed sądem. Ponoć na siłowni pobiła swojego chłopaka.

Szkoda, że w parze z niewiarygodnym talentem nie szedł stabilny charakter i konsekwencja. Przecież gdy miała 13 lat większość mówiła, że będzie najlepszą zawodniczką, jaka biegała po tenisowych kortach…

 


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony na etacie w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: