24 lutego 2002 roku w Salt Lake City Kanada nie grała tylko o złoto. Grała o zdjęcie pięćdziesięcioletniej klątwy i domknięcie historii, która zaczęła się jeszcze w Oslo w 1952 roku. W finale olimpijskim przeciwko USA „Klonowy Liść” zwyciężył 5:2, a drużynę do triumfu poprowadził kapitan – Mario Lemieux. Dla „Super Mario” był to medal, który dopiął jedną z najbardziej niezwykłych karier w historii hokeja.
W niedzielne popołudnie, 24 lutego 2002 roku, w Salt Lake City rozpoczynał się olimpijski finał. Naprzeciw siebie wyjechały hokejowe reprezentacje Kanady i USA. Dla Kanadyjczyków stawką był nie tylko złoty medal. Oni mieli jeszcze do zrzucenie brzmień pięćdziesięciu lat oczekiwania olimpijski triumf. Tak, jedna z najlepszych drużyn świata, mająca bogate tradycje i wielkich graczy, pół wieku czekała na złoto. Ostatni raz zdobyła je w Oslo w 1952 roku.
Dodatkowa presja… okazała się mobilizująca!
Kanada-USA 2002
Finałowy pojedynek od pierwszych sekund toczył się w zawrotnym tempie, a na tafli nie było miejsca na błędy. Amerykanie rozpoczęli mecz z ogromnym impetem, co przyniosło im prowadzenie już w dziewiątej minucie spotkania. Tony Amonte wykorzystał zamieszanie pod bramką Martina Brodeura i precyzyjnym strzałem otworzył wynik, wprawiając w euforię miejscowych kibiców. Kanadyjczycy nie stracili jednak rezonu. Cierpliwie budowali swoje akcje. W piętnastej minucie Paul Kariya doprowadził do wyrównania. Jeszcze przed końcem pierwszej tercji, na niespełna dwie minuty przed syreną, Jarome Iginla znalazł lukę w ustawieniu Mike’a Richtera i wyprowadził Kanadę na prowadzenie 2:1.
Druga tercja była pokazem twardej, męskiej gry. Każda ze stron miała swoje szanse. Ale to Amerykanie zdołali wyrównać za sprawą Briana Rafalskiego, którego strzał z dystansu niefortunnie odbił się od jednego z obrońców i kompletnie zaskoczył kanadyjskiego bramkarza. I to było ostatnie „ukłucie” gospodarzy. Po nim do bramki trafiali już tylko hokeiści „Klonowego Liścia”.
Gdy zabrzmiała syrena kończąca mecz Kanada wygrywała 5:2. Wybuch radości był ogromny. Pół wieku czekania też zrobiło swoje. Wśród nowych mistrzów olimpijskich dumnie paradował kanadyjski kapitan. On też przeszedł wyboistą drogę, by w ogóle w finale wystąpić.
|Czytaj też: Hokej na letnich igrzyskach olimpijskich? Antwerpia 1920
Z tęsknoty do gry
Nazywał się Mario Lemieux. Kariera chłopaka urodzonego w Montrealu, który na łyżwach stanął po raz pierwszy w wieku trzech lat, zakrawała o geniusz. Przez dwanaście sezonów w barwach Pittsburgh Penguins Lemieux torpedował linie defensywne. Był zawodnikiem kompletnym, łączącym potężną posturę z niezwykłą delikatnością dłoni i boiskową inteligencją. Jednak pod tą maską sportowej dominacji krył się człowiek toczący nieustanną walkę o zdrowie. W 1993 roku u szczytu formy zdiagnozowano u niego ziarnicę złośliwą, czyli chorobę Hodgkina. Lemieux poddał się morderczej radioterapii, a świat obiegła legenda o tym, jak po ostatnim zabiegu prosto ze szpitala pojechał na lotnisko, by dołączyć do drużyny i zdobyć bramkę w meczu przeciwko Philadelphia Flyers.
Rak nie był jednak jedynym przeciwnikiem; chroniczne bóle kręgosłupa były tak silne, że Mario często nie był w stanie samodzielnie zawiązać łyżew, a sztab medyczny musiał wkładać go w specjalne gorsety, by w ogóle mógł wyjechać na lód. W kwietniu 1997 roku, po przegranej serii z Flyers, trzydziestodwuletni wówczas kapitan uznał, że jego czas dobiegł końca. Odszedł na emeryturę jako legenda. Ale w sercach kibiców zostawił ogromną pustkę. Przez 44 miesiące zajmował się sprawami biznesowymi, ratując m.in. Pittsburgh Penguins przed bankructwem i stając się właścicielem klubu.

Tęsknota za grą oraz marzenie o olimpijskim złocie okazały się jednak silniejsze od fizycznego bólu. W 2000 roku ogłosił sensacyjny powrót. Trenował, by dość do pełni formy. Dwa lata później jako kapitan reprezentacji Kanady w Salt Lake City, stanął na najwyższym stopniu podium.
Choć nie miał już dawnej szybkości, to jego asysta przy bramce Sakica i sposób, w jaki dyrygował zespołem, były kluczowe. Lemieux pokazał całemu światu, że prawdziwego mistrza nie definiują jedynie statystyki, ale zdolność do powrotu z najgłębszego nawet mroku. Ten oczekiwany złoty medal olimpijski był ostatnim brakującym elementem, który dopinał tę wielką karierę. I chyba czuł, że to może być jego czas. Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju powiedział przecież:
„Moim priorytetem w tym roku był występ na igrzyskach olimpijskich, dlatego też nie rozegrałem zbyt wielu meczów, zwłaszcza w ostatnich tygodniach”.
„Super Mario” był liderem z prawdziwego zdarzenia. A tylko taki mógł prowadzić kolegów do zdjęcia półwiecznej klątwy.
|Czytaj też: Była godzina policyjna w Szwecji… Ingemar Stenmark kończy 69 lat
