W tym artykule:
"Reprezentacyjna strzelnica wojskowa we Lwowie od szeregu miesięcy ulepszana, w chwili obecnej stoi na zupełnej wyżynie – czytamy w popularnym tygodniku "Raz, Dwa, Trzy". - Wielki teren strzelnicy przedstawia się imponująco: jest to prawie największy i najważniejszy ośrodek strzelecki, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Dziewięć wielkich pawilonów strzeleckich obejmuje ogółem 78 stanowisk, pozwalających na jednoczesne strzelanie 78 uczestnikom".
Na reprezentacyjnym placu prowadzącym do stanowisk strzeleckich ustawiono maszty, na których powiewało osiemnaście flag państwowych. Jedna z relacji mówiła nawet o strzelcach z dziewiętnastu krajów, ale w oficjalnym protokole podano liczbę osiemnastu. Dla Lwowa było to wielkie wydarzenie - do miasta przyjechali zawodnicy z Europy, Ameryki i Azji…
Pierwsi przybyli Węgrzy, słynący wówczas z doskonałych strzelców – ich pojawienie się na dworcu lwowskim było najlepszym potwierdzeniem wysokiej rangi zawodów. Przybyli też Japończycy, Rumuni, Czechosłowacy, Finowie i Szwedzi. Zapowiadano Francuzów, Austriaków, Norwegów, Jugosłowian, Szwajcarów, Włochów, Duńczyków, Peruwiańczyków, Argentyńczyków, Amerykanów i delegata niemieckiego. Dla Austrii, Estonii i Rumunii miał to być debiut w mistrzostwach świata. Komitet organizacyjny z ppłk. Władysławem Rusinem i ppłk. Bolesławem Ostrowskim na czele powitał we Lwowie także Jeana Carnota, prezesa Międzynarodowego Związku Strzeleckiego.
Ceremonia otwarcia była niezwykle uroczysta i precyzyjnie zaplanowana Rozpoczęła się po przybyciu przedstawiciela Prezydenta Rzeczypospolitej, wojewody lwowskiego doktora Rożnieckiego, którego powitano fanfarami. Przed trybuną honorową zebrali się zawodnicy, przedstawiciele władz cywilnych i wojskowych, goście oraz członkowie komitetu. Uroczystą przemowę wygłosił Antoni Anusz, przewodniczący komitetu organizacyjnego, prezes Polskiego Związku Strzeleckiego i wiceprezes międzynarodowej federacji strzeleckiej. Witał zawodników w języku polskim, a doktor Felsztyn, sekretarz generalny komitetu organizacyjnego, przekładał jego słowa na język francuski. Potem rozbrzmiało osiemnaście strzałów armatnich i na maszty wciągnięto flagi państwowe. Na końcu wojewoda Rożniecki oddał strzał honorowy. Tak otwierano strzeleckie mistrzostwa świata. Jedyne w historii jakie organizowała Polska.
Pierwsze strzały, pierwsze nagrody
Pierwsze dni nie przyniosły walki o tytuły. Miały charakter zapoznawczy. Zawodnicy oswajali się ze stanowiskami, światłem, odległościami i tempem pracy komisji. W pierwszym dniu odbyły się tylko strzelania ćwiczebne. Tego dnia Edmund Rutecki, wielokrotny mistrz Polski, zdobył złotą odznakę mistrzowską w strzelaniu z karabinu małokalibrowego w postawie stojącej. Te odznaki, złote, srebrne i brązowe, przyznawano przez całe mistrzostwa w różnych konkurencjach. Nie wliczano ich jednak do tytułów, były raczej symbolicznym uznaniem klasy i formy zawodnika…
Drugiego dnia pojawiły się prawdziwe sportowe emocje. Strzelali Polacy, Estończycy, Węgrzy, Finowie i Amerykanie. Prasa szybko wyłapywała nazwiska, które wracały w kolejnych dniach. Sven Oskar Lindgren z Finlandii, mistrz świata z roku 1930 w karabinie małokalibrowym w postawie leżącej, uzyskał z karabinu dowolnego 268 punktów na 270 możliwych. Eino Oksa, także Fin, mistrz świata z karabinu dowolnego w trzech postawach i w postawie stojącej, w małokalibrowym klęcząc miał 245 punktów na 250. Skandynawowie przywieźli do Lwowa strzelców w naprawdę wysokiej formie.
A Polacy? Polacy mierzyli się nie tylko z rywalami, ale i problemami natury organizacyjnej. "Przegląd Sportowy" w podsumowaniu mistrzostw zauważył:
"Podziwiać więc należy w pierwszym rzędzie zawodników polskich, którzy musieli się przygotowywać i pracować w "chudosferze" dla siebie podwójnie nieprzychylnej; nie byli uważani za sportowców, co w znacznej mierze utrudniało wydobycie pieniędzy na zawody, wreszcie broń i amunicję musieli sprowadzać na wagę złota z zagranicy, ze względu na brak odpowiednich fabryk w kraju".
Trzeciego dnia zawody storpedowała pogoda. Lało jak z cebra, a do tego wiało, przez co warunki były nierówne. Strzelcy jednak pojawili się na stanowiskach, bo w tym sporcie zła pogoda nie kończy zawodów, a staje się elementem rywalizacji. Startowali Węgrzy, Estończycy, Finowie, Amerykanie, Norwegowie, Szwedzi, Polacy i Austriacy. Finowie znów byli w czołówce. Kullervo Leskinen i Lindgren mieli po 268 punktów na 270, Oksa 247 na 250. W karabinie małokalibrowym leżąc pojawiły się wyniki bezbłędne: Jaskulski, Bobrowski i Fin Ravila osiągali po 250 na 250. W konkurencji karabinu wojskowego do sylwetek kpt. Michał Pilch uzyskał 400 punktów na 400 możliwych. Z kolei Austriak August Baumgartner trafił 30 rzutków na 30 możliwych!
Czwartego dnia zaczęła się właściwa rywalizacja. Najpierw strzelano z karabinu wojskowego. Co ciekawe, doskonale poradzili sobie debiutujący w tej konkurencji Estończycy. Wilberg miał 425 punktów, a Schuts 417 na 526 możliwych. Równocześnie trwały strzelania o odznaki mistrzowskie. Rywalizacja była tak zorganizowana, że uczestnicy mistrzostw mogli brać udział w zasadzie w każdej konkurencji. Ale z tego przywileju korzystało niewielu. "Przegląd Sportowy" tak pisał:
"Strzelec, oddający nieraz po 120 strzałów z karabinu wojskowego, zbyt był wyczerpany fizycznie i nerwowo, by móc po chwili strzelać z pistoletu, lub małokalibrówki. To też widziało się niektórych zawodników tylko co drugi dzień na stanowisku. Resztę czasu odpoczywali".
Szwajcarskie gwiazdy
Piątego dnia program zawodów rozszerzył się. W strzelaniach z karabinu dowolnego ton nadawali Szwedzi i Finowie. Z karabinu małokalibrowego w postawie stojącej dobrze zaczęli Polacy, ale w klęczącej i leżącej klasę znów udowodnili Finowie i Norwegowie. W pistolecie wojskowym do dwóch sylwetek, gdzie na oddanie strzałów było zaledwie osiem sekund, główną rolę odgrywali gospodarze – znakomicie zaprezentował się m.in. kapitan Pilch. W pistolecie dowolnym, konkurencji bardzo szybkiej, Fin Miinalainen uzyskał 186 punktów na 200. Kapitan Stanisław Lewiński strzelił 250 na 250 z karabinu małokalibrowego leżąc.
Szóstego dnia na stanowiskach pojawili się Szwajcarzy. Od razu było jasne, że do walki wchodzi ekipa z innej półki. Prasa nazywała ich "pupilami losu", bo faktycznie mieli – tak przecież potrzebne w sporcie - szczęście. Ale w parze z tym szły umiejętności i… niezwykłe osiągnięcia. Karl Zimmermann, gwiazda szwajcarskiej kadry, w ciągu całej kariery zdobył aż 67 medali mistrzostw świata. Co ciekawe, dawało mu to drugie miejsce w klasyfikacji, bo o dwa więcej zdobył jego rodak, Konrad Stäheli. We Lwowie Zimmermann uzyskał 141 punktów, o jeden więcej od kapitana Gościewicza. Nazwisko Szwajcara niemal codziennie pojawiało się w prasowych relacjach z zawodów...
Z zainteresowaniem przyglądano się też konkurencji w strzelaniu z pistoletu wojskowego w tzw. "samoobronie". W "Raz, Dwa, Trzy" bliżej przedstawiono jej specyfikę:
"Strzelanie odbywa się tu w ten sposób, że strzelec staje na stanowisku z rękoma założonemi na plecach, z bronią w pochwie dowolnego formatu, umieszczonej na pasie lub w kieszeni. Strzały oddane zostają do tarczy, ukazującej się na przeciąg ośmiu sekund, w którym to czasie można raz przeładować i w sumie oddać 14 strzałów. Zdolności w tego rodzaju strzelaniach trzeba mieć nieprzeciętne".
Pierwszy tydzień zakończył się dla gospodarzy mocnym akcentem. Polacy zdobyli mistrzostwo świata drużynowo w strzelaniu do sylwetki jelenia strzałem pojedynczym. Skład mieli mocny i równy, o czym świadczyły wyniki: por. Kazimierz Zaleski zdobył 70 punktów, kpt. dypl. Jerzy Podoski - 70, Eustachy Barański - 69 i kpt. Stanisław Lewiński też 69. Razem było to 278 punktów. Wynik ten pozwolił pokonać Norwegów o całe trzy punkty – tym samym nasi zawodnicy zakończyli ich wieloletnią hegemonię w tej konkurencji, co wywołało entuzjazm polskiej publiczności. Warto dodać, że było to też jedna z bardziej spektakularnych konkurencji, bardzo lubiana przez kibiców, na pewno ciekawsza niż statyczne strzelanie do tarczy. Cel poruszał się, strzelec musiał wejść w rytm, decyzja trwała ułamek sekundy. Dzięki temu całe zawody były bardzo widowiskowe.
Po tygodniu rozgrywek nie dało się jeszcze powiedzieć, kto wygra całe mistrzostwa. Albo kto zostanie ich gwiazdą. Czuć jednak było rosnące napięcie. Polska notowała sukcesy, były pierwsze miejsca, ale Szwajcarzy, Finowie, Szwedzi, Francuzi i Norwegowie naciskali w konkurencjach, w których decydowały lata tradycji i sprzęt najwyższej jakości. Organizatorzy mogli być spokojni o jedno. Lwów zdał egzamin. Zawodnicy mieli piękny obiekt. Komisje pracowały bez zarzutów. Do tego publiczność tłumnie przychodziła na zawody, a gazety codziennie zdawały z nich relacje.
W takiej aurze zaczynała się druga część mistrzostw. Ta, w której rozstrzygały się tytuły. Ale o tym za tydzień, w kolejnym odcinku…