W tym artykule:
W powojennej Japonii sport był silnie związany z wielkimi przedsiębiorstwami. Firmy zatrudniały zawodników, tworzyły własne kluby i wystawiały drużyny w krajowych rozgrywkach. Szczególnie mocno system ten rozwinął się w przemyśle tekstylnym, gdzie pracowały tysiące młodych kobiet. Dla przedsiębiorstw rywalizacja sportowa była reklamą i sposobem zbudowania prestiżu. Pomagała też rekrutować nowych pracowników.
W 1953 roku Nichibo postanowiło stworzyć w Kaizuce, niedaleko Osaki, silny kobiecy zespół siatkarski. Firma miała ogromne zaplecze, bo w należących do niej zakładach istniało kilka drużyn. A najzdolniejsze zawodniczki były przenoszone pomiędzy zespołami, tak, by trenować na wyższym poziomie.
Jedną z nich była Masae Kasai. Urodziła się w 1933 roku. Mierzyła około 174 centymetrów, przez co w Japonii uznawana była za zawodniczkę wysoką. Została zauważona jeszcze jako uczennica, a później rozpoczęła pracę w Nichibo. Nie spędzała całych dni przy maszynach tekstylnych, choć czasem tak przedstawia się jej historię. Pracowała w strukturach firmy, a popołudniami trenowała. Z czasem siatkówka zaczęła zajmować jej coraz więcej czasu…
Centralną postacią całego projektu był jednak Hirofumi Daimatsu.
Trener, dla którego cel uświęcał środki
Przed wojną sam grał w siatkówkę, a później pracował w Nichibo. W czasie II wojny światowej służył w armii i walczył między innymi bitwie o Imphal. Oddział podporucznika Daimatsu, liczący 40 ludzi, został wówczas rozgromiony, a on sam musiał przeprawiać się przez góry, z czterdziestostopniową gorączką, nie jedząc praktycznie niczego. Przeżył.
Po zakończeniu konfliktu wrócił do pracy w firmie, gdzie w 1953 roku powierzono mu pieczę nad nową drużyną siatkarek. Szybko okazało się, że ten były żołnierz nie zamierza prowadzić zakładowego zespołu powszechnymi metodami.
Daimatsu był trenerem niezwykle wymagającym. Zyskał nawet przydomek "Demon Daimatsu". Jego zawodniczki trenowały po pracy, ale zajęcia nie kończyły się po dwóch godzinach. W najcięższych okresach przygotowań potrafiły ćwiczyć do późnej nocy, a według wspomnień samej Kasai zdarzały się treningi trwające od około trzeciej po południu aż do drugiej czy trzeciej w nocy.
Nie były to spokojne zajęcia techniczne. Daimatsu wymagał setek, a nawet tysięcy powtórzeń tych samych ruchów. Zawodniczki rzucały się do piłek, przewracały, wstawały i natychmiast wykonywały kolejną akcję. Trener chciał, żeby w czasie meczu ich reakcje były automatyczne. Nie miały się zastanawiać, co zrobić. Ciało miało reagować samo. Chodziło o automatyzmy.
"Mieszkają w internacie i trenują w hali sportowej należącej do tego przedsiębiorstwa. Trenują nieludzko - 5 do 8 godzin dziennie. Podnoszą sztangi i trenują skoki z ciężarkami u nóg. Uprawiają akrobację i do zupełnego wyczerpania, nawet do omdlenia, odbijają piłkę. 100 zagrywek codziennie, od tego rozpoczyna treningi każda zawodniczka" – opisywało "Życie Literackie".
Niższe, słabsze i trudne do pokonania
Jego metody były brutalne, ale wynikały też z bardzo konkretnego problemu. Japonki były niższe i słabsze fizycznie od najlepszych zespołów europejskich, przede wszystkim od reprezentacji Związku Radzieckiego – wówczas światowego hegemona. Trener wiedział, że jego zawodniczki nie wygrają z rywalkami siłą ani zasięgiem w ataku. Szukał więc innego sposobu na grę.
Postawił na szybkość, szczelną obronę i organizację. Japonki miały podbijać piłki, które dla innych zespołów mogły być już stracone. Po każdym takim odbiorze błyskawicznie wracały do ustawienia. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów ich gry stał się odbiór połączony z przetoczeniem ciała. Zawodniczka rzucała się do trudnej piłki, broniła ją, a następnie wykonywała ruch przypominający przewrót. Próbowała przy tym natychmiast wrócić do gry. Dzisiaj podobne zachowania są czymś normalnym, ale w latach 50. i na początku lat 60. były swoistym nowum.
Koszt takich poświęceń był naprawdę wysoki. Wielokrotne upadki powodowały urazy. Treningi były zwyczajnie niebezpieczne. Szkoleniowiec nie przejmował się jednak komfortem zawodniczek. Interesował go wynik.
Podobnie podchodził do kwestii kobiecej fizjologii. W Japonii istniały wtedy przepisy umożliwiające kobietom korzystanie z urlopu menstruacyjnego, ale trener nie chciał, żeby jego siatkarki zmniejszały obciążenia treningowe z tego powodu. Przekonywał je, że najważniejszy mecz mistrzostw świata nie zostanie przełożony dlatego, że któraś z nich czuje się gorzej. Miał też mówić podopiecznym, żeby podczas treningu "zapomniały, że są kobietami". Dzisiaj takie słowa wywołałyby pewnie dyskusję o granicach poświęcenia i zdrowiu zawodniczek. Ale wtedy? Mało kto zwracał na to uwagę.
Dobre wyniki zaczęły pojawiać się bardzo szybko. Pod koniec lat 50. Nichibo Kaizuka stało się najlepszą drużyną w Japonii. W 1958 roku zespół wygrał najważniejsze krajowe rozgrywki. Kasai była wtedy kapitanem i filarem drużyny.
Sukcesy klubowe sprawiły, że fundamentem reprezentacji stały się właśnie dziewczyny z Nichibo. Przejście między drużyną zakładową a kadrą narodową było wówczas bardzo płynne. Państwo nie miało jeszcze tak rozwiniętego systemu centralnego szkolenia, dlatego gotowy, znakomicie zorganizowany zespół traktowano jak kadrę narodową.
Pierwszy wielki sprawdzian przyszedł w 1960 roku podczas mistrzostw świata w Brazylii. Japonki nie były faworytkami, ale wróciły ze srebrnym medalem. Lepszy okazał się tylko Związek Radziecki.
Hirofumi Daimatsu nie patrzył to wicemistrzostwo jak na sukces. Srebro odebrał za informację o tym, że czegoś jeszcze brakuje. Widział, że radzieckie zawodniczki mają przewagę fizyczną, której nie da się zniwelować w tradycyjny sposób.
"Drugie miejsce nic nie znaczy. Jeśli nie jesteś numerem jeden, twoje wysiłki idą na marne" – miał mówić podopiecznym.
Po powrocie jeszcze mocniej skupił się na szybkości, obronie i grze kombinacyjnej.
Rok później Japonki ruszyły na tournée po Europie. Rozegrały 24 mecze i wygrały wszystkie. To właśnie wtedy ich niekonwencjonalny styl zaczął wywoływać prawdziwą sensację. Europejska publiczność oglądała drużynę, która niemal nie pozwalała piłce spaść na parkiet i poruszała się znacznie szybciej niż większość rywalek.
Wtedy też na dobre przylgnęło do nich nowe określenie: "Czarownice Orientu".
Przydomek ten miał sugerować, że gra Japonek wygląda jak magia. Były niższe, teoretycznie słabsze, a mimo to wygrywały z kolejnymi europejskimi zespołami. Ich przewaga wynikała z zespołowości i organizacji całej drużyny. A najważniejszy test czekał je w 1962 roku.
Mistrzostwa świata odbywały się w Moskwie, na terenie największego rywala. Reprezentacja Związku Radzieckiego od lat należała do potęg kobiecej siatkówki i grała przed własną publicznością. Japonki wyjechały tam jednak jako drużyna wierząca w siebie. Przekonana o tym, że może wygrać z każdym.
I wygrały!
Mistrzostwo świata zdobyły, dominując nad każdym przeciwnikiem. Nie przegrały żadnego meczu, a w całym turnieju… straciły tylko seta w starciu z ZSRR. Dominacja była widoczna. Sztaby szkoleniowe rywalek zastanawiały się, kto i jak zatrzyma tę maszynę?
Japończycy nie pozwolili odejść
Ważną postacią tego zespołu była oczywiście Kasai, ale nie tylko ona. Jedną z największych gwiazd była leworęczna Emiko Miyamoto, znakomita zawodniczka ofensywna, która przy wzroście około 172 centymetrów, dzięki skoczności i ponadprzeciętnej sprawności fizycznej, potrafiła skutecznie rywalizować przy siatce z dużo wyższymi przeciwniczkami. W kadrze znajdowały się również: Kinuko Tanida, Yuriko Handa, Yoshiko Matsumura, Sata Isobe czy Setsuko Sasaki.
Po globalnym czempionacie przyszło zainteresowanie mediów. Redaktorzy opisywali kariery poszczególnych zawodniczek. Szczególnie ciekawa była historia Saty Isobe. Urodziła się pod koniec 1944 roku, jeszcze w czasie wojny, a jako dziecko straciła rodziców. Kilkanaście lat później została częścią drużyny, która stała się symbolem zupełnie nowej Japonii. Jej pokolenie dorastało w kraju zniszczonym i naznaczonym wojną, a w 1964 roku występowało na igrzyskach, które miały pokazać światu gospodarczą i społeczną odbudowę kraju.
Po mistrzostwie świata w 1962 roku część zawodniczek chciała zakończyć kariery. Masae Kasai miała wtedy 29 lat i w realiach ówczesnej Japonii zaczynała odczuwać presję społeczną. Kobieta w tym wieku powinna była, zgodnie z dominującymi oczekiwaniami, myśleć o małżeństwie i rodzinie. Ona tymczasem od lat żyła głównie siatkówką.
Plan zakończenia kariery skomplikowała jednak jedna rzecz. Igrzyska olimpijskie w Tokio.
Siatkówka miała zadebiutować w programie olimpijskim właśnie w 1964 roku. Japonia organizowała igrzyska u siebie, a jej reprezentacja kobiet była aktualnym mistrzem świata. Nadzieje były więc ogromne.
Kiedy Kasai i część jej koleżanek chciały odejść, do drużyny zaczęły napływać tysiące listów od kibiców z prośbami, by zostały jeszcze dwa lata. Złoto w Tokio przestało być tylko sportowym celem. Stało się obowiązkiem. Zawodniczki zgodziły się, choć oznaczało to kolejne dwa lata życia podporządkowanego treningom.
Siatkarski turniej olimpijski kobiet rozpoczął się w październiku 1964 roku. Japonki wygrywały kolejne spotkania. Wszystko wskazywało na to, że decydujące będzie starcie ze Związkiem Radzieckim. Mecz ten nie był klasycznym finałem, ponieważ zawody rozgrywano systemem każdy z każdym. Ale wyniki poukładały się tak, że decydował o złocie.
23 października 1964 roku cała Japonia wstrzymała oddech…
Gospodynie wygrały pierwszego seta 15:11, a drugiego 15:8. W trzecim prowadziły już bardzo wysoko i wydawało się, że spotkanie zakończy się bez większych problemów. Ale zawodniczki radzieckie znalazły jeszcze rezerwy i zaczęły odrabiać straty.
Końcówka była więc nerwowa. Siatkarki ZSRR prowadziły już 13:9 i miały setbola. W tym newralgicznym momencie Japonki nie dały się złamać. Odwróciły wynik, seriami zdobywając punkty. Wygrały seta 15:13 i cały mecz 3:0. Zostały pierwszymi w historii mistrzyniami olimpijskimi w kobiecej siatkówce.
"Pierwsze mistrzynie olimpijskie zakończyły swój udział w turnieju nie ponosząc żadnej porażki i przegrywając tylko jednego seta. Przypominamy, że wyczynu tego – wygrania seta ze złotymi medalistkami olimpijskimi – dokonały… brązowe medalistki igrzysk, Polki" – pisał "Przegląd Sportowy".
Radzieckie siatkarki po tej porażce zamknęły się w szatni. Płakały. Na parkiecie gospodynie świętowały sukces, który po latach japońscy kibice uznają za jeden z najważniejszych sportowych wydarzeń XX wieku. Swoista była też reakcja trenera na wygraną. Hirofumi Daimatsu stał przy linii bocznej i obserwował radość zawodniczek. Wyglądał, jakby wyzbył się emocji. Niechętnie wyciągał rękę, by przyjąć gratulacje.
Cena sukcesu
Tamten sukces Japonek pasował do obrazu całych igrzysk. Masae Kasai stała się bohaterką, która w końcu mogła zejść ze sceny. Robiła to z ulgą, bo jeszcze przed olimpijską rywalizacją doszło do przykrej sytuacji, która w pełni obrazuje reżim, w którym trenowała. Otóż w lipcu 1964 roku zmarł jej ojciec i otrzymała pozwolenie na udział w pogrzebie, ale już następnego dnia miała obowiązkowo wstawić się na treningu. Po igrzyskach postanowiła definitywnie zakończyć karierę. Okazało się, że ma 31 lat i nie założyła rodziny. Nie miała czasu i możliwości. Sport kosztował ją tak wiele.
I wtedy miała miejsce niecodzienna sytuacja.
Podczas uroczystego spotkania z premierem Eisaku Satō siatkarka miała wspomnieć, że przez sport nie udało jej się znaleźć odpowiedniego mężczyzny. Premier wraz z małżonką tak bardzo przejęli się tą sytuacją, że pomogli zorganizować randki. Na jednej z nich Masae poznała Kazuo Nakamurę, oficera Japońskich Sił Zbrojnych. Para przypadła sobie do gustu na tyle, że w maju 1965 roku pobrała się, a cała historia była szeroko opisywana w Japonii.
Przez lata japońskie społeczeństwo oczekiwało od siatkarek, żeby na boisku były odporne i bezwzględne. Trener Daimatsu sam był taki, przez co do dzisiaj pozostaje postacią niejednoznaczną. Z jednej strony był szkoleniowcem, który stworzył nowatorski system gry i potrafił zniwelować przewagę fizyczną silniejszych rywalek. Z drugiej stosował metody skrajne.
W 1962 roku Stanisław Mazur, polski trener, w trakcie rozmowy z nim, poruszył kwestię metod Japończyka. Ten odpowiedział wymijająco, nie wspominając ani słowem o morderczym reżimie treningowym.
"Wszystkie zawodniczki pracują w jednej fabryce włókienniczej w Osaka jako urzędniczki, ponieważ są dumą nie tylko swego zakładu, lecz całej sportowej Japonii, nie mają żadnych przeszkód w podnoszeniu klasy".
Co ciekawe, przez lata same zawodniczki mówiły o nim z dużym szacunkiem. Nie przedstawiały siebie wyłącznie jako ofiar surowego systemu. Miały świadomość ceny, jaką zapłaciły, ale jednocześnie wiedziały, że osiągnęły coś wyjątkowego.
A osiągnęły naprawdę dużo…
Sukces "Czarownic Orientu" miał ogromny wpływ na popularność kobiecej siatkówki w Japonii. Po igrzyskach coraz więcej kobiet zaczęło uprawiać ten sport, także poza szkołami i klubami zakładowymi. Rozwijały się drużyny tworzone przez zamężne kobiety i matki, a siatkówka stała się jedną z najważniejszych kobiecych dyscyplin w kraju.
Historia zespołu trafiła też do kultury popularnej. Motyw młodej zawodniczki poddawanej niezwykle ciężkiemu treningowi, cierpiącej dla drużyny i osiągającej sukces dzięki dyscyplinie stał się później jednym z charakterystycznych schematów japońskich mang i anime sportowych.
Po igrzyskach olimpijskich i złocie drużyna rozpadła się. Jej miejsce zajęła młodsza ekipa Hitachi, również zakładowa. W 1968 roku "Dziennik Polski" tak ją charakteryzował:
"Hitachi jest zespołem z pewnością słabszym od sławnego Nichibo. Drużyna japońska jest jednak Jeszcze bardzo młoda. Doskonale przygotowane fizycznie i dysponujące świetną techniką Japonki, po nabraniu rutyny z pewnością kontynuować będą wspaniałą serię swych poprzedniczek".
Jak potoczyły się losy trenera? Wykorzystał popularność. W 1968 roku został japońskim parlamentarzystą z ramienia Partii Liberalno-Demokratycznej. Zmarł w 1978 roku. Masae Kasai po zakończeniu kariery została trenerką i działaczką. Zmarła w 2013 roku.
Wpływ tamtej drużyny na kolejne siatkarskie pokolenia w Japonii widoczny jest do dzisiaj. Męska i żeńska reprezentacja słynie przecież z niezwykłego poświęcenia w obronie…