W tym artykule:
Niektórych piłkarzy pamiętamy, bo "wykręcają" liczby. Są też tacy, po których zostaje coś mniej policzalnego. Choćby sposób biegania, celebracje goli, oryginalne fryzury, numer na koszulce czy energia, którą zarażają trybuny. Kevin Keegan należał do tej drugiej kategorii. Był niewysoki i bardzo ruchliwy, przez co określano go mianem "Myszki Miki". Kochał dryblować. A to w przypadku angielskiego futbolu lat 70. - fizycznego, opartego na długim podaniu i dośrodkowaniach – już było oryginalne. Czuł grę jak mało kto. Potrafił zlokalizować wolne przestrzenie na boisku. Grał dla drużyny i kibiców, nie dla siebie. Między innymi dlatego dwukrotnie otrzymał Złotą Piłkę.
Czerwona legenda
Pochodził z robotniczej rodziny w Yorkshire. W szkolnej drużynie zaczynał jako bramkarz. Potem trenerzy ustawiali go w polu, a on odpłacił się golami. Stopniowo wspinał po szczeblach angielskiej piłki. Trafił do Scunthorpe, gdzie wypatrzył go Bill Shankly. W 1971 roku Liverpool kupił tego utalentowanego faceta, grającego w niższych ligach. Wielu takich było w piłce nożnej… i wielu przepadło. Kevin miał jednak dar. Musiał być sprytniejszy niż rywale, bo fizycznie nie mógł ich zdominować.
Na Anfield kariera przyśpieszyła. Keegan nie pasował do stereotypu angielskiego futbolisty. Lubił zmieniać pozycje, cofać się po piłkę i improwizować. Nie czekał grzecznie na skrzydle. Był tam, gdzie akurat rodziła się akcja. Z Johnem Toshackiem stworzył jeden z najbardziej charakterystycznych duetów epoki: mały, ruchliwy Keegan dośrodkowywał, potężny Walijczyk kończył akcje głową. Z czasem jednak Kevin sam stał się kimś więcej niż napastnikiem. Dyrygował grą. Uwielbiał mieć futbolówkę przy nodze.
"Gra w piłkę nożną jest zawsze trochę łatwiejsza, jeśli masz piłkę" – zwykł mawiać.
Liverpool lat siedemdziesiątych był już wielką drużyną. On stał się jej twarzą. Zdobywał mistrzostwa Anglii, Puchar Anglii, Puchary UEFA i Puchar Europy. W 1975 roku zagrał przeciwko Śląskowi Wrocław na Anfield. Władysław Żmuda wspominał później, że cała gra Liverpoolu kręciła się wokół niego. Kevin nie strzelił wówczas gola, ale po jednym z trafień Jimmy’ego Case’a wbiegł rozradowany w trybuny i usiadł wśród kibiców. Już wtedy był legendą "The Reds". O swojej relacji z trenerem Shanklym i kibicami Keegan po latach napisał:
"Liverpool ukształtował mnie nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka".
W 1977 roku zdecydował się na odważny krok. Opuścił Liverpool i wyjechał do Hamburga. Ruch ten przyniósł brytyjski rekord transferowy na poziomie 500 000 funtów, a on sam w Niemczech miał zarobić około pięć razy więcej niż w "The Reds". Transfer miał być kolejnym krokiem ku wielkości. Ale początek przypominał raczej próbę charakteru. Ówczesne przepisy były bardzo restrykcyjne. W niemieckich zespołach mogło występować tylko dwóch graczy z zagranicy i Kevin czuł się nieco osamotniony. Nie znał języka niemieckiego (później zaczął się go uczyć), przez co trudno było mu zintegrować się z drużyną. Zresztą, nowi koledzy nie od razu zaakceptowali sławnego Anglika. Piłki dostawał rzadko, a frustracja rosła. Pojawiły się nerwy. Dopiero zmiany w klubie i cierpliwość pozwoliły mu odzyskać swobodę.
Dzięki temu Bundesliga w końcu zobaczyła pełnie możliwości Keegana. Wydawało się, że jest piłkarzem kompletnym. Indywidualne popisy zawsze wpisywał w dobro zespołu. Biegał za trzech, strzelał i asystował. Hamburg zdobył mistrzostwo RFN, a on w 1978 roku otrzymał Złotą Piłkę "France Football". Rok później wygrał ponownie, tym razem z ogromną przewagą.
To był jego czas. Popularność boiskową przeniósł na inne grunty. Komentował dla BBC, pojawiał się w reklamach, podpisywał artykuły prasowe, firmował sprzęt sportowy czy… nagrywał płyty. Żył szybko. A mimo to na boisku wciąż sprawiał wrażenie człowieka, który najbardziej lubi grać w piłkę. Szczególnym honorem była dla niego gra w reprezentacji. W kontrakcie z Hamburgiem zadbał nawet o możliwość występowania w każdym meczu kadry, na który zostanie powołany.
W Hamburgu jego popularność zyskała w pewnym momencie wymiar niemal popkulturowy. Gazety pisały o "Myszce Miki" coraz częściej poza sportowymi rubrykami. Kibice traktowali go jak bohatera. Był gwiazdą swoich czasów: rozpoznawalną, medialną i bliską trybunom. W Niemczech robił taką furorę, że prasa żartowała nawet z rosnącej liczby chłopców otrzymujących imię Kevin.
Miał jednak jedną zadrę. Była nią gra w reprezentacji...
Specjalista od awansów
W angielskiej koszulce rozegrał 63 mecze, strzelił 21 goli. Był jej kapitanem. Ale trafił na słabsze lata angielskiej kadry. Anglia nie pojechała na mundial w 1974 roku, potem ominęły ją kolejne wielkie turnieje. Na mistrzostwach Europy w 1980 roku Keegan prowadził zespół jako kapitan, ale Anglicy odpadli przed półfinałem. Mundial w 1982 roku zabrały mu w dużej części kontuzje. W 1985 roku zakończył sportową karierę. Zdążył jeszcze przed tym spełnić marzenie ojca i dziadka, którzy byli wiernymi kibicami Newcastle United – zagrał w barwach "Srok".
Po latach wrócił do futbolu już jako menedżer. W 1991 roku otrzymał licencję trenerską, a potem pracę w Newcastle. Drużyna grała w drugiej lidze. On przyszedł, postawił warunki i obiecał, że jeśli zostaną spełnione, to zespół odniesie sukcesy. Swoich piłkarzy uczył gry ofensywnej, czasem na granicy ryzyka. I ta historia ma w sobie coś romantycznego. Kevin Keegan najpierw wprowadził "Sroki" do Premiership, a w sezonie 1996/1997 zdobył z nimi wicemistrzostwo Anglii. Ale ważniejsze było wrażenie, że nadal wierzy w futbol oparty na emocjach. Później pracował w Fulham, a w 1999 roku został selekcjonerem Anglii. Najpierw miał dokończyć eliminacje do Euro 2000, które zakończył awansem po barażach. Później federacja zaproponowała mu dłuższą umowę.
Było w tym coś emblematycznego. Chłopak z robotniczego Yorkshire, "Krasnoludek z Liverpoolu", "Król Kevin", wrócił do reprezentacji jako ratownik i jednocześnie jako człowiek, który miał na nowo ją rozpalić. Działacze wiedzieli, że nie był trenerem chłodnym ani wyrachowanym. Zresztą, nigdy taki nie był również jako piłkarz. Jego wizja piłki pozwalała budzić emocje.
Anglicy pojechali na mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii, ale nie odegrali tam większej roli. Odpadli w grupie, ale Keegan zachował posadę. Do dymisji podał się kilka miesięcy później, po porażce z Niemcami (0:1) w spotkaniu eliminacyjnym do mundialu w 2002 roku.
Jako trener pracował jeszcze w Newcastle i Manchesterze City. Historia pokazała, że był specjalistą od awansów, bo z City też go zrobił - w sezonie 2001/2002 awansował do Premier League. Z trenerską ławką rozstał się w 2008 roku.
W styczniu 2026 roku u Keegana zdiagnozowano raka żołądka. W czerwcu ujawnił, że rak jest w czwartym stadium. Zmarł wczoraj, 20 lipca 2026 roku w wieku 75 lat. Po jego śmierci Alan Shearer napisał:
"Był moim bohaterem. Był moim trenerem. W Newcastle i reprezentacji Anglii. Był moim przyjacielem. Człowiekiem, którego wszyscy kochali. Za jego pasję. Za jego energię, ale przede wszystkim za jego przyjaźń. Kochał futbol, a Newcastle kochał ponad wszystko. To dla mnie wielki zaszczyt, że mogłem go znać. Będzie nam ciebie brakowało, Kevinie".