Złoto, boogie-woogie i śmierć na torze. Niezwykłe życie Henriego Oreillera

Początek lutego 1948 roku. Podczas ceremonii medalowej w Stankt Moritz wywoływano nazwisko Henriego Oreillera. Nowego mistrza olimpijskiego w narciarskim zjeździe nie było jednak w pobliżu...

Henri Oreiller całuje przypadkową kobietęHenri Oreiller całuje przypadkową kobietę
Źródło zdjęć: © "Sport" 22-1948 | nieznany
Tomek Sowa

Organizatorzy czekali, licząc, że sportowiec pojawi się lada moment. Ale zdobywca dwóch złotych medali przepadł bez wieści. Ceremonię więc dokończono, choć najważniejszego krążka nikt nie odebrał.

Wystraszeni Szwajcarzy postanowili działać. Poproszono nawet o pomoc miejscową policję. I to był strzał w dziesiątkę! Po krótkich poszukiwaniach funkcjonariusze odnaleźli Oreillera… na dancingu "Chezza Meglia". Gdy weszli do środka zobaczyli, że Francuz, zamiast odbierać medale, tańczy boogie-woogie z poznaną niedawno, młodą kobietą. Sprawę szeroko opisał polski "Sport":

"Uroczą towarzyszką i partnerką boogie-woogie okazała się mademoiselle Nicola Turier. Musiała być to miłość od pierwszego wejrzenia, skoro panna Turier poznała Oreillera dopiero w St. Moritz na krótko przed Olimpiadą. Podobno zaimponowały jej nie tyle narciarskie umiejętności Henryka, co jego umiejętności taneczne, a zwłaszcza sposób tańczenia "samby", tańca, przy którym boogie-woogie przypomina tempem i rytmem... walc angielski. Oreiller jest zapalonym tancerzem i twierdzi, że najnowsze tańce w rodzaju "samby" czy "jitterbugu" dzięki swemu akrobatyzmowi stanowią dla niego wymarzony "suchy" trening do zjazdu i slalomu".

Historia to nietuzinkowa, mistrz olimpijski nie wszedł na podium. Medal wręczono mu później.

Henri Oreiller w 1948 roku
Henri Oreiller w 1948 roku © domena publiczna | nieznany

Jest też inna wersja tej opowieści, może i mniej romantyczna. Według Olympedii narciarz opuścił jedną z ceremonii, ponieważ grał na akordeonie w barze, a medal otrzymał dopiero tydzień później. Być może z czasem, gdy pamięć zaczynała zacierać fakty połączono te dwa - skąd inąd - prawdziwe wydarzenia. Okazuje się bowiem, że Oreiller rzeczywiście grał na akordeonie, ale dopiero później, w trakcie eleganckiego przyjęcia wydanego przez markiza de Falaise. Mistrz miał zagrać żywiołowy utwór, zmuszając do tańca zaskoczone towarzystwo.

Gdziekolwiek nie leży prawda, pewne jest jedno: obie wersje pasują do jego charakteru. Henri Oreiller był zawodnikiem przebojowym. Nie tylko z nartami na nogach. Żył tak, jak chciał. Robił to, co kochał.

Tak też odszedł z tego świata…

Narciarz z wojennym doświadczeniem

Urodził się 5 grudnia 1925 roku w Paryżu, ale jego sportowe życie było związane przede wszystkim z Val-d’Isère. Podczas II wojny światowej należał do narciarskiej sekcji francuskiego ruchu oporu. Po wyzwoleniu Paryża wstąpił do regularnej armii i służył w alpejskiej jednostce przystosowanej do działań zimowych.

Po wojnie szybko znalazł się wśród najlepszych francuskich narciarzy. W 1947 roku zdobył mistrzostwo kraju w slalomie, a rok później przyjechał do Stankt Moritz na pierwsze zimowe igrzyska zorganizowane po dwunastoletniej przerwie. Europa wciąż odbudowywała się po konflikcie, dlatego zawody określano niekiedy "igrzyskami odrodzenia". Dla Henriego miały stać się początkiem sportowej legendy.

Francuza nazywano "Akrobatą". Narty prowadził agresywnie. Momentami sprawiał wrażenie zawodnika tracącego równowagę, ale potrafił wychodzić z sytuacji, w których inni już dawno leżeliby na śniegu. Był samoukiem, który uwielbiał prędkość.

2 lutego 1948 roku wystartował w olimpijskim zjeździe. Trasa miała 3400 metrów długości i 900 metrów różnicy wysokości. Oreiller ukończył ją w czasie 2 minut i 55 sekund. Austriaka Franza Gabla wyprzedził o ponad cztery sekundy, co w zjeździe jest różnicą ogromną.

Kilka dni później zdobył drugie złoto w kombinacji. Sumowano w niej rezultat ze zjazdu, do którego dodawano rezultat w slalomie. Henri miał po pierwszej części tak wielką przewagę, że piąte miejsce wystarczyło mu do zwycięstwa. Do medalowego łupu dołożył jeszcze brąz w slalomie.

A jak skończył się miłosny podbój narciarza?

"Gdyby przynajmniej był mistrzem olimpijskim"

Nicola Turier, była córką bogatego paryskiego przedsiębiorcy. Jej ojciec nie był zachwycony wyborem córki. Rodzina Oreillera prowadziła niewielki sklep w Val-d’Isère, natomiast Turier był właścicielem zakładów tekstylnych. Kiedy próby odwiedzenia córki od związku nie przyniosły rezultatu, miał powiedzieć:

"Gdyby przynajmniej był championem olimpijskim".

Ponoć słowa Turiera seniora dotarły do Henriego tuż przed zjazdem. Francuz miał wówczas oznajmić telefonicznie:

"Choćbym miał połamać nogi, muszę być pierwszy".

Następnie pojechał niezwykle ryzykownie. Nie zwolnił nawet na fragmencie nazywanym "ścianą czarownic".

henri oreiller

Nawet olimpijskie złota nie przekonały całkowicie rodziców Nicoli. Pojawił się kolejny warunek: kandydat na męża powinien posiadać maturę. Mistrz wrócił więc do Val-d’Isère i rozpoczął naukę pod opieką miejscowego proboszcza. Zajmował się łaciną, trygonometrią i logarytmami, podobno twierdząc, że "ściana czarownic" była łatwiejsza do pokonania niż działania matematyczne. Koniec końców ciągłe stawianie warunków sprawiło, że para nie związała się ze sobą na stałe…

Narty zamienił na Ferrari

Henri Oreiller wystąpił jeszcze na igrzyskach w Oslo w 1952 roku. Ale bez większych sukcesów. Zajął 14. miejsce w zjeździe i 16. w slalomie gigancie, a następnie zakończył karierę narciarską.

Nie oznaczało to rezygnacji z prędkości. Francuz przeniósł się do sportów motorowych. Wygrał między innymi samochodowy Tour de France w 1959 roku oraz rajdy Lyon–Charbonnières, Lorraine i Limousin. Startował w Alfa Romeo i Ferrari. W wyścigach odnalazł adrenalinę z narciarskich trasach.

7 października 1962 roku wystartował w zawodach na torze Linas-Montlhéry. Na prosty samochód Oreillera nagle zarzucił, po czym wpadł w niewielki barak stojący przy trasie. Kierowca doznał ciężkich obrażeń czaszki, klatki piersiowej i kręgosłupa. Zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Przyczyną utraty kontroli nad Ferrari było pęknięcie tylnej opony. Miał 36 lat.

Dziś Henri spoczywa na VAl d Isere Cemetery razem z żoną – Giselle.

Wybrane dla Ciebie