Rzecz o przyjaźni i szacunku. Jesse Owens i Luz Long

Fotograf uchwycił moment, jak dwóch wybitnych lekkoatletów i rywali okazuje sobie serdeczność. 4 sierpnia 1936 roku w Berlinie Luz Long i Jesse Owens wznieśli sport ponad polityczne podziały. A sam Owens zdobył drugie złoto tamtych igrzysk...

Luz Long (z lewej) i Jesse Owens (z prawej) na słynnym zdjęciuLuz Long (z lewej) i Jesse Owens (z prawej) na słynnym zdjęciu
Źródło zdjęć: © domena publiczna
Tomek Sowa

To zdjęcie wykonano równo 90 lat temu. Jest jednym ze najsłynniejszych w dziejach igrzysk olimpijskich. Oliver Hilmes, autor książki "Berlin 1936. Szesnaście dni szczęścia", tak pisał o tym, co działo się jego zrobieniu:

"Dwóch młodych, dwudziestoparoletnich mężczyzn, radosnych i beztroskich – jak się wydaje – nierozłącznych. Następuje wręczenie medali. Ujęcia niezliczonych kamer obiegają świat: Jesse Owens, czarny student z Columbus w Ohio, po raz drugi zwyciężył i spogląda w kierunku amerykańskiej flagi, która zostaje wciągnięta na maszt do dźwięków amerykańskiego hymnu "Star-Spangled-Banner" nie gdzie indziej jak na berlińskim stadionie. Jesse jej salutuje, a Joseph Goebbels wpada we wściekłość: "My, Niemcy, zdobywamy jeden złoty medal, Amerykanie – trzy, z czego dwa wygrywają Murzyni. To jest hańba. Biała ludzkość powinna się wstydzić. Lecz cóż to ma za znaczenie w tym kraju pozbawionym kultury". Goebbels natychmiast sobie uświadamia, że ponowne zwycięstwo Owensa niesie za sobą mocne przesłanie polityczne".

Powtarzalność i ludzkie odruchy

Jest 4 sierpnia 1936 roku. Jesse Owens przechadza się po rozbiegu skoku w dal jako nowy mistrz olimpijski na 100 metrów. Ale nie jest to spokojny dzień. Berlin patrzy na niego inaczej niż na resztę lekkoatletów. Jest czarnoskórym Amerykaninem na igrzyskach, które mają ugruntować propagandową opowieść gospodarzy o ich sile i porządku.

W skoku w dal największym rywalem jest Luz Long. Niemiec ma za sobą stadion. Jest w bardzo dobrej formie. W relacji z Berlina "Przegląd Sportowy" napisze potem, że walka "odbywa się tylko między Owensem a doskonałym Niemcem Longiem". Jesse prowadzi skokiem 7,87 m. Long traci dziesięć centymetrów, ale potem "dopada" Amerykanina. Skacze tyle samo.

Stadion nagle ożywa, bo pojawia się realna nadzieja na niemieckie złoto. Owens podchodzi do Longa i podaje mu rękę. Dopiero później robi to, po co naprawdę przyszedł - skacze 8,06 m. Według prasowych relacji tym skokiem po raz pierwszy łamie granicę ośmiu metrów na Starym Kontynencie. Wynik zostaje nazwany rekordem, który "nieprędko zostanie pobity".

"Berlin 1936" Olivera Hilmesa od Wydawnictwa Znak © materiały wydawcy

Drugie złoto Jesse Owensa w Berlinie, dowodzi jego sportowej klasie. Sprint wygrywa się krótką eksplozją i wytrzymałością szybkościową. A skok w dal wymaga powtarzalności i pewności siebie. I on prezentuje je światu. Konkurs ten przechodzi do historii z jeszcze jednego powodu. Jakże ludzkiego.

"O pojedynku między Jessem a Luzem krążą rożne opowieści. Sam Jesse puścił w świat pogłoskę, że podczas porannej rundy kwalifikacyjnej po nieważnym i zbyt krótkim skoku otrzymał od Luza ważną radę, jak naskoczyć na belkę i pewnie się od niej odbić. W rzeczywistości obaj zawodnicy osiągnęli wymaganą odległość już za drugim podejściem. Zapytany o to wiele lat później Jesse stwierdził niewinnie: "Ludzie lubią słuchać takich historii" – relacjonuje Oliver Hilmes w "Berlin 1936. Szesnaście dni szczęścia".

Luz Long zostaje wicemistrzem olimpijskim. Dopiero w czasie decydujących zmagań świat, poprzez gesty Niemca zaczyna rozumieć, że obaj panowie może i rywalizują na skoczni, ale oprócz tego bardzo się szanują. Luz cieszy się, gdy Jesse bije olimpijski rekord, mimo że traci szansę na złoto. Potem gratuluje i ściska zwycięzcę. I to wszystko oczach: Hitlera, Himmlera, Goebbelsa, Goeringa i Hessa.

Czterokrotny złoty medalista przyzna po latach, że tę berlińską przyjaźń bardzo sobie cenił. Koresponduje z Niemcem aż do wybuchu II wojny światowej. Później listy przestają przychodzić. Luz Long zostaje wysłany na front. Umiera w wyniku poniesionych ran w 1943 roku.

Jest jeszcze jeden, filmowy epizod…

Talent i bałagan

Już po konkursie, kiedy większość widzów ogląda finał 800 metrów, do Owensa podchodzi Leni Riefenstahl. Niemiecka reżyserka przegapiła moment rekordowego skoku i prosi lekkoatletę o wykonanie jeszcze jednej próby dla operatorów. Jesse zgadza się. Koncentruje się, jak przed normalnym skokiem i odbija tak, że według przekazów ląduje niemal w tym samym miejscu. To jest pokaz tej jego powtarzalności…

Droga Owensa do Berlina zaczęła się dużo wcześniej. Jesse dorastał w biedzie amerykańskiego Południa. Przedstawiano go jako chłopca z plantacji bawełny, potem ucznia, studenta, czterokrotnego zwycięzcę olimpijskiego i zawodowca. Już w szkole zwracał uwagę szybkością oraz sprężystością. Wygrywał biegi na 110 i 220 jardów oraz skok w dal. Później trafił na Ohio State University. Tam spotkał Larry’ego Snydera, trenera, który wziął go pod swoje skrzydła.

Snyder szybko zrozumiał, że chłopak ma rzadki talent, ale nie jest jeszcze gotowym produktem. Jesse poprosił go o opiekę i stworzenie planu treningowego, który zrobi z niego mistrza Stanów Zjednoczonych oraz olimpijczyka. Pracowali spokojnie i cierpliwie. Przed sezonem olimpijskim trener miał mu powiedzieć, że od stycznia nie będzie wolnych sobót, bo czekają go dwie próby: eliminacje w Randalls Island i igrzyska. Owens przyjął to bez sprzeciwu.

Luz Long i Jesse Owens
Luz Long i Jesse Owens © domena publiczna | nieznany

Z perspektywy czasu dobrze, że Jesse miał nad sobą kogoś, kto sportowo nim kieruje, bo jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, to… miał wokół siebie rozbrajający bałagan! Przykładowo do eliminacji przyniósł ze sobą trzy pary kolców i dwie zgubił. Od czasu startów w barwach Ohio miał stracić około 20 par butów, bo po zwycięstwach zabierali je łowcy pamiątek albo sam zostawiał je w szatni. W Berlinie trener musiał szukać dla niego nowych butów. A on żartował, że im bardziej będą go cisnęły, tym szybciej pobiegnie.

Po igrzyskach zdecydował się na kroki – w tamtych czasach – bardzo odważne. Amatorski sport nie umiał dobrze obsłużyć własnej gwiazdy, więc Jesse szybko przeszedł w stronę występów zawodowych i pokazowych. Po latach patrzył siebie i swoje rekordy bez żalu. W Rzymie w 1960 roku mówił, że jak na "średniowieczne czasy" sportu zrobił bardzo dużo. Tłumaczył, że jego pokolenie nie miało tej wiedzy o odżywianiu, sprzęcie, treningu i anatomii, jaką mieli późniejsi zawodnicy. Nie czuł się pokonany przez ludzi. Raczej przez czas…

Wybrane dla Ciebie