W tym artykule:
W 1989 roku Mike Tyson miał niespełna 23 lata, ale w zawodowym boksie był w miejscu, na które inni nie potrafią wejść, mimo wieloletnich karier. Był mistrzem świata wagi ciężkiej trzech najważniejszych federacji. Wszedł na szczyt szybko i efektownie. Miał sportowy talent. Można by rzec, że wręcz urodził się, by nokautować.
"Na ringu byłem niszczycielem. Zwierzęciem wytresowanym tak, by wyeliminować wszystko, co się rusza. Mój trener mówił: Mike, bierz go! – i z miejsca się rzucałem" – mówił w jednym z wywiadów.
Ale w życiu poza linami ringu, gdy gasły reflektory, już nie radził sobie tak dobrze.
Wychował się w biednych dzielnicach Brooklynu. Już jako dziecko miał kłopoty z prawem. Kradzieże i uliczne bójki zaprowadziły go do domu poprawczego. Według powtarzanej później historii do sali treningowej trafił po jednej z ulicznych porażek. Chciał nauczyć się bić skuteczniej. Tam spotkał Cusa D’Amato, trenera, który zobaczył w nim coś nietuzinkowego.
"Nadal nie rozumiem, jak Cus D'Amato, który wyciągnął mnie z poprawczaka i był dla mnie jak ojciec, mógł dostrzec we mnie mistrza świata. Miałem zaledwie 13 lat i zero poczucia własnej wartości. Ale w boksie są rekiny i spekulanci. Ludzie, którzy wykorzystują i czerpią zyski z ludzkiego bólu i słabości" – podsumował wiele lat później.
D’Amato odegrał w życiu młodego pięściarza rolę szczególną. Nie był ani rzeczonym rekinem, ani spekulantem. Nie ograniczył się do układania treningów. Wprowadził Tysona do własnego domu i traktował go jak syna. To on nadał kierunek energii chłopaka, który wcześniej kierował ją głównie przeciw ludziom z ulicy. Bez niego Mike mógł zostać jednym z wielu zmarnowanych talentów, pochłoniętych przez biedę i nowojorskie ulice. A został mistrzem.
Najmłodszy król wagi ciężkiej
Kariera amatorska Tysona była krótka. Nie odniósł większych sukcesów. Ba, w eliminacjach przed igrzyskami w Los Angeles w 1984 r. przegrał z Henrym Tillmanem. Wkrótce potem przeszedł na zawodowstwo. Musiał skrupulatnie, walka po walce, zbudować swoje nazwisko.
Początkiem zawodowej drogi zajął się Don King. Promotor dobierał rywali tak, by Tyson nabierał doświadczenia i odporności. Nie wszystkie pierwsze walki kończyły się błyskawicznym nokautem. Z Mitchellem Greenem i Jamesem Tillisem wygrywał przecież na punkty. Były to jednak pojedynki potrzebne. Młody zawodnik uczył się dystansu i nabierał pokory.
Potem przyszły zwycięstwa bardziej przekonujące. Mike coraz częściej dopadał przeciwników już w pierwszych rundach. Skracał dystans. Później atakował seriami i zmuszał rywali do desperackiej obrony. Przykładowo Alfonso Ratliff próbował uciekać po ringu, ale w drugiej rundzie "Bestia" zamknęła wszystkie drogi. W tych jego pierwszych pojedynkach nie było szermierki na pięści. Kibice oglądali brutalną siłę i szybkość.
"Poza ringiem wszystko jest takie nudne" – mówił.
W 1986 r. pokonał Trevora Berbicka w drugiej rundzie i został najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej w historii. Miał 20 lat. Rok później był już posiadaczem pasów WBC, WBA i IBF. Wśród pokonanych znaleźli się Larry Holmes, Michael Spinks, Tyrell Biggs, Tony Tucker i Pinklon Thomas. Każde kolejne zwycięstwo umacniało przekonanie, że narodził się pięściarz wyjątkowy.
Życiowy rollercoaster
Na ringu Tyson długo był najlepszy. Poza nim sytuacja wyglądała mniej jasno. Nie miał swobody wypowiedzi, jaką mieli niektórzy dawni mistrzowie. Nie błyszczał w rozmowach z dziennikarzami. Łatwo dawał się sprowokować. W Vancouver zaatakował ekipę telewizyjną, wyrwał sprzęt i rzucił nim o podłogę. Interweniowała obsługa hotelu.
Duży wpływ na jego stan psychiczny miało życie prywatne. Małżeństwo z aktorką Robin Givens od początku budziło zainteresowanie prasy. Podczas pobytu w Moskwie para zapewniała o wzajemnym uczuciu, lecz… nie wyglądała na szczęśliwą. Wcześniej samochód prowadzony przez Tysona wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Pojawiły się nawet pogłoski o próbie samobójczej. Tyson zdecydowanie zaprzeczał...
Kilka miesięcy później był już rozwodnikiem. Miejsce Robin Givens zajęła przy jego boku zajęła Suzette Charles, Miss Ameryki z 1985 r. Gazety znów grzały temat. Przez lata był celebrytą pełną gębą. Stracił tytuły mistrzowskie. Ugryzł Holyfielda w ucho. Został bankrutem. Zmieniał partnerki. Płodził dzieci. Ćpał i pił, a potem chciał wychodzić z uzależnień. Próbował odbudować swoją sportową pozycję. I tak w kółko. Góra – dół, jak na jakimś życiowym rollercoasterze…
W głębi duszy Mike wciąż był jednak wrażliwym i pogubionym chłopcem, który ma ciągoty do schodzenia z właściwej drogi. O tej jego innej, ludzkiej twarzy niech świadczą dwa wydarzenia. Pierwsze to śmierć Cuso D'Amato. Trener odszedł w 1985 r. Mike bardzo przeżył to rozstanie.
"Najstraszniejszym doświadczeniem w moim życiu było zdobycie tytułu mistrza świata bez Cuso u boku. Nagle byłem obrzydliwie bogaty, ale kompletnie zagubiony. A potem pojawiły się sępy i pijawki".
Nagle stracił nauczyciela i mentora. Zbierał się latami.
Drugi to tragiczna śmierć córki, Exodus. W 2009 roku dziewczynka zmarła w domowej siłowni, w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Tak Mike mówił o tamtych trudnych chwilach:
"Ze wszystkich tragedii w moim życiu, śmierć Exodus jest jedyną, której nie potrafię pojąć. Nie ma na kogo zwalić winy; mogę tylko pogodzić się z losem i dźwigać ból".
Mike Tyson był więc "Bestią", która miała ludzką twarz. A dziś kończy 60 lat…