Tokio, 25 sierpnia 1991 roku. Został ostatni kilometr maratonu. Właśnie wtedy Wanda Panfil-Gonzalez uznała, że dłużej nie ma na co czekać. Obok niej trzymały się Japonka Sachiko Yamashita i Niemka Katrin Dörre. Polka przyspieszyła. Po chwili nie biegły już razem.
"Mąż powiedział, że… najważniejszy i najcenniejszy jest złoty medal Igrzysk Olimpijskich oraz mistrzostw świata. Na ten rok postawił mi zadanie zwycięstwa w Tokio, a na rok przyszły w Barcelonie. A, że w Meksyku żona musi słuchać męża, więc ... musiałam wygrać" – mówiła później w jednym z wywiadów.
Wanda od początku pilnowała czołówki i kasowała kolejne próby ucieczek. Z rywalizacji odpadła między innymi wielka Rosa Mota, a na końcu zostały Panfil-Gonzalez, Yamashita i Dörre. Na stadion wpadła z przewagą około pięćdziesięciu metrów. Zostało ostatnie okrążenie, tłum niósł Yamashitę, ale Polka miała jeszcze zapas. Przekroczyła metę po 2 godzinach, 29 minutach i 53 sekundach. Została mistrzynią świata w maratonie.
"Wierzyłam, że praca musi przynieść efekty" – powiedziała po biegu. Przyznała też, że dopiero kilometr przed metą była pewna złota.
Oczywista decyzja
To był finał drogi, która jeszcze kilka lat wcześniej wcale nie prowadziła do maratonu. Wanda Panfil pochodziła z Kraśnicy koło Opoczna. Do szkoły średniej chodziła w Tomaszowie Mazowieckim i tam, w 1975 roku, jako szesnastolatka rozpoczęła treningi w Lechii Tomaszów Mazowiecki. Jej pierwszym trenerem był Karol Włodarczyk. Początkowo biegała od 800 do 10 000 metrów i należała do krajowej czołówki, lecz długo nic nie zapowiadało, że największe sukcesy odniesie na dystansie 42 kilometrów i 195 metrów.
Do maratonu trafiła stosunkowo późno. W 1987 roku była już doświadczoną reprezentantką Polski, lecz coraz bardziej męczyły ją konflikty z działaczami. Po jednym ze startów na 10 000 metrów jej wynik nie został uznany jako kwalifikacja do Pucharu Europy, ponieważ biegła razem z mężczyznami. Panfil uznała wtedy, że spróbuje czegoś innego. Na obozie w Szklarskiej Porębie przebiegła 22 kilometry w górach z maratończykiem Antonim Niemczakiem. Organizm zniósł próbę tak dobrze, że decyzja była oczywista.
Kilka tygodni później stanęła na starcie maratonu w Berlinie. Nie znała jeszcze taktycznych subtelności tej konkurencji. Przez pierwszą część trasy trzymała się znajomych biegaczy z Łodzi, aż jeden z nich miał jej powiedzieć, że przecież oni tylko truchtają. Więc ona ruszyła. W debiucie zajęła drugie miejsce z czasem 2:32:01, pobiła rekord Polski i zdobyła minimum olimpijskie na Seul!
Zarobione w Berlinie pieniądze pomogły jej wyjechać na treningi do Meksyku. Wysokość nad poziomem morza stała się jednym z fundamentów jej późniejszej przewagi. W Polsce przez lata słyszała, że nie ma odpowiednich warunków do wielkiego biegania. W Meksyku mogła trenować inaczej, mocniej i według własnego przekonania. Przed wyjazdem postawiła sobie prosty cel: "świat musi o mnie usłyszeć".
Na igrzyskach w Seulu w 1988 roku zajęła 22. miejsce. Potem przyszła jednak eksplozja formy. Rok 1990 był sezonem, w którym nazwisko Polki zaczęło znaczyć w maratonie tyle, co nazwiska największych gwiazd.
Pełnoprawna gwiazda biegów
Stała się zawodniczką znaną na świecie. Zaliczała najbardziej prestiżowe biegi - Boston, Chicago, Londyn, Nagoję, Nowy Jork. Było o niej naprawdę głośno. Pogrążona w kryzysie polska lekkoatletyka potrzebowała takiej postaci. Choć nie obyło się bez uszczypliwości. Włodzimierz Sowiński w 1990 roku "Trybunie Śląskiej" tak pisał:
"Wanda Panfil, w porównaniu z tą sprzed kilku lat, nieco się zmieniła, nabrała nie tylko pewności siebie, ale również dystansu dla wielu spraw, z którymi spotykała się codziennie w kraju. Nie może zrozumieć zazdrosnych koleżanek, które opowiadają, że gdyby nie pobyt w Meksyku Wanda biegałaby znacznie wolniej. Owszem treningi w Meksyku ogromnie wiele dają, ale przecież dochodzi do tego praca, odpowiedni system odżywiania, jak również splot nieoczekiwanych okoliczności decydują o późniejszym sukcesie".
W 1990 roku wygrała maratony w Nagoi i Londynie. W Seattle podczas Igrzysk Dobrej Woli triumfowała na 10 000 metrów. Potem przyszły mistrzostwa Europy w Splicie i choroba wywołana amebą. Maraton nie wchodził w grę, a na 10 000 metrów Panfil zajęła siódme miejsce. Siedzącą po zawodach w tunelu stadionu, rozżaloną, lekkoatletkę pocieszał były mąż i zarazem trener, Mauricio González.
Kilka tygodni później odpowiedziała w najlepszy możliwy sposób. Wystartowała w Nowym Jorku.
Ten maraton był już nie tylko sportowym spektaklem i wielkim biznesem. Dwadzieścia pięć tysięcy ludzi na trasie, tłumy na ulicach, sponsorzy, telewizja i najlepsi zawodnicy świata. Wanda należała do tzw. grupy bostońskiej, której sprawami organizacyjnymi zajmował się menedżer związany również z firmą Reebok. Przed startem Mauricio radził jej, żeby biegła własnym rytmem i nie piła napojów serwowanych przez kibiców.
Decydujący okazał się Queensboro Bridge. To tam Polka oderwała się od Amerykanki Kim Jones i zaczęła budować przewagę. Pod koniec Jones jeszcze się zbliżyła, a publiczność uwierzyła w amerykańskie zwycięstwo. Panfil-González nie oddała jednak prowadzenia. Wygrała w czasie 2:30:45. Otrzymała nagrodę finansową i nowego mercedesa, ale ważniejsze było coś innego: Polka została pełnoprawną gwiazdą światowego maratonu.
W kwietniu 1991 roku przyszło jeszcze większe potwierdzenie. Wygrała w Boston w 2:24:18, uzyskując najlepszy maratoński czas w swojej karierze. Ze względu na charakter bostońskiej trasy rezultat nie mógł być jednak uznany za oficjalny rekord Polski.
Cztery miesiące później w Tokio nie musiała już nikomu udowadniać, że potrafi wygrywać wielkie maratony. Była faworytką. Musiała udowodnić coś trudniejszego: że potrafi udźwignąć rolę gwiazdy, którą typuje się do złota.
Do Japonii przygotowała się precyzyjnie. Trenowała w gorącym Veracruz, ponieważ chciała przyzwyczaić organizm do wilgotnego klimatu Tokio. Do Japonii przyleciała dwa tygodnie przed startem. Po latach wspominała, że na miejscu szykowali się tak wcześnie właściwie tylko ona i Carl Lewis. Panfil wiedziała, czego potrzebuje jej organizm.
I dlatego na wspomnianym czterdziestym pierwszym kilometrze mogła przyspieszyć…
12 maratonów w życiu
Po Tokio miała wszystko, czego może szukać maratonka: tytuł mistrzyni świata, zwycięstwa w Londynie, Nowym Jorku, Bostonie i Nagoi oraz pozycję numer jeden. World Athletics charakteryzował ją jako jedną z pierwszych polskich biegaczek długodystansowych, które zdobyły wielką międzynarodową sławę. W plebiscycie "Przeglądu Sportowego" została najlepszym sportowcem Polski zarówno za 1990, jak i za 1991 rok.
Szczyt okazał się jednak wąski.
Po mistrzostwach biegaczka zmieniła trening. Jak później przyznawała, dała się przekonać meksykańskim szkoleniowcom, że większy kilometraż uczyni ją jeszcze mocniejszą. Dotąd biegała najwyżej około 150–160 kilometrów tygodniowo, a jej najdłuższy trening miał zaledwie 24 kilometry. Po Tokio zaczęła dokładać obciążenia.
"Efekt był odwrotny, bo przyniosło to kontuzje" – wspominała po latach.
Najważniejszym celem została Barcelona. Złoto olimpijskie miało być kolejnym zadaniem po Tokio.
WIDEOWomen's 10,000m - 1990 Goodwill Games
Wiosną 1992 roku wróciła do Bostonu. Chciała pobiec niezwykle szybko, myślała nawet o rekordzie świata. Zaczęła agresywnie. Półmaraton minęła w okolicach godziny i ośmiu minut, ale potem… odezwał się problem z nogą, który sama określała jako rwę kulszową. Zwyciężyła Olga Markowa. Wanda, rok wcześniej bezkonkurencyjna, była szósta z czasem 2:29:29.
Na igrzyskach w Barcelonie wystartowała, ale dawnej lekkości już nie było. Zajęła 22. miejsce z czasem 2:47:27. Tak samo jak cztery lata wcześniej w Seulu, znalazła się na dwudziestej drugiej pozycji, ale tym razem wynik bolał bardziej. Do Hiszpanii przyjechała przecież jako aktualna mistrzyni świata i zawodniczka, która jeszcze niedawno rządziła światowym maratonem.
Barcelona właściwie zamknęła jej wyczynową historię na dystansie 42,195 km. Po latach powiedziała, że od tamtych igrzysk nie pobiegła już żadnego maratonu. W całej karierze ukończyła ich zaledwie dwanaście. Nie potrzebowała więc setek startów, aby wejść do historii. Wygrała te, które w jej znaczyły najwięcej. No, może poza jednym, olimpijskim.
Przez wiele lat żyła w Meksyku. Mówiła później o dwudziestu siedmiu latach spędzonych z dala od polskiej rodziny. Z czasem zaczęła coraz częściej wracać do kraju, pojawiać się na biegach i pracować z amatorami oraz młodzieżą. W Tomaszowie Mazowieckim znów znalazła się blisko miejsca, w którym jako nastolatka zaczynała treningi. Dziś w mieście ma swoją ulicę. Tak wielką stała się legendą…