Niedoceniany? Marian Szeja, bramkarz, który zatrzymywał największych

Do Kazimierza Górskiego, nawet po latach, bramkarz Marian Szeja miał żal. Znał swoją wartość, bo gdy grał w kadrze, to potrafił zatrzymywać najlepszych piłkarzy świata. Dziś 85. rocznica jego urodzin.

Marian Szeja w finale Pucharu FrancjiMarian Szeja w finale Pucharu Francji
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Dziennik Dolnośląski 131-1991
Tomek Sowa

Był 5 stycznia 1966 roku. Na Goodison Park w Liverpoolu niemal nikt nie dawał Polakom większych szans. Anglia przygotowywała się do organizowanych u siebie mistrzostw świata i była jednym z głównych kandydatów do złota. Na trybunach siedziało prawie 48 tysięcy widzów. Miało być piłkarskie święto…

Bramkarz, który zatrzymał Anglię

W bramce biało-czerwonych stanął Marian Szeja, zawodnik grającego wówczas na drugim poziomie Zagłębia Wałbrzych. W reprezentacji zadebiutował kilka miesięcy wcześniej. Teraz miał zatrzymać Bobby’ego Moore’a, Rogera Hunta i kilka innych angielskich gwiazd.

I zatrzymał!

W 20. minucie świetnym wyjściem przeciął centrę Alana Balla i zabrał piłkę Joe Bakerowi sprzed nosa. Po przerwie, gdy Anglicy zaatakowali mocniej, popisał się kapitalną obroną po uderzeniu Johnny’ego Harrisa. Polska prowadziła od 42. minuty po golu Jerzego Sadka. Gospodarze wyrównali dopiero w 74., gdy Moore pokonał Szeję strzałem głową. Skończyło się 1:1. "Przegląd Sportowy" uznał bramkarza za najlepszego zawodnika na boisku, a francuski dziennikarz Marcel Gillot podkreślał, że to przede wszystkim dzięki jego paradom Polacy wywieźli z Liverpoolu remis. Uznania nie krył również Alf Ramsey, trener Anglików:

"Z zespołu polskiego mnie osobiście wpadł najbardziej w oko niezwykle agresywny i dobrze strzelający nr. 9 (Sadek). Zresztą nie zauważyłem w drużynie polskiej ani jednego słabo grającego zawodnika. Wspaniałe parady, które publiczności musiały się podobać, zademonstrował bramkarz Szeja i jemu też goście przede wszystkim zawdzięczają wywiezienie remisu ze stadionu w Liverpoolu".

Wiele lat później tamten występ stał się jednym z symboli jego kariery. Wspominano nawet, że angielska prasa pisała o meczu "Anglia – Szeja". Nie bez powodu. Kilka miesięcy później ten sam zespół zdobył mistrzostwo świata, a polski bramkarz już wcześniej pokazał, że przeciwko największym tuzom futbolu potrafi wznieść się na wyżyny umiejętności…

Pele nie dał rady

Marian Szeja urodził się 20 sierpnia 1941 roku w Siemianowicach Śląskich. Gdy miał dziesięć lat, jego rodzina przeniosła się do Kędzierzyna. Bramkarskiego fachu uczył się między innymi dzięki dużo starszemu bratu Rudolfowi, który sam występował w bramce Ruchu Chorzów. Marian od początku chciał grać między słupkami. W Unii Kędzierzyn rozwijał się tak szybko, że już jako czternastolatek zadebiutował w pierwszej drużynie seniorów.

W 1961 roku przeniósł się do Wałbrzycha. Z Górnikiem Thorez, późniejszym Zagłębiem, przeszedł drogę od niższych klas do krajowej elity. Klub awansował do II ligi w 1964 roku, a cztery lata później do ekstraklasy. Szeja imponował wtedy refleksem, sprawnością i dużą odwagą, czasem wręcz przesadną. Rzucał się pod nogi napastników i nie bał się twardych starć, przez co zapracował na opinię "bramkarza kamikaze". Ten widowiskowy styl miał jednak swoją cenę – kontuzje towarzyszyły mu przez znaczną część kariery.

Jesienią 1965 roku zwrócił na siebie uwagę selekcjonerów poszukujących następcy Edwarda Szymkowiaka. Najpierw dobrze wypadł w reprezentacji młodzieżowej przeciwko Turcji, a 24 października dostał szansę w pierwszej kadrze. Polska pokonała Finlandię 7:0. Prawdziwym egzaminem był jednak dopiero mecz w Liverpoolu. Marian wypadł celująco!

Marian Szeja (z prawej) i Hubert Kostka
Marian Szeja (z prawej) i Hubert Kostka © "Przegląd Sportowy" | Mieczysław Szymkowski

Kilka miesięcy później czekała go kolejna wielka scena - kultowa Maracana i mecz z Brazylią. Na trybunach znalazło się według wspomnień Szei blisko 200 tysięcy ludzi. Polska przegrała 1:2, ale Pelé nie zdołał pokonać polskiego bramkarza. Jednego z goli zdobył Garrincha, a bramkarz jeszcze po latach z nostalgią i dumą wspominał tę sytuację. Wielkie nazwiska nie powodowały jednak u niego kompleksów. Wręcz przeciwnie.

"Lepiej czułem się w spotkaniach z silniejszymi przeciwnikami, którzy zmuszali do stałej czujności" – tłumaczył w 1973 roku.

Żal do Trenera Tysiąclecia

Paradoksalnie niedługo później jego reprezentacyjna kariera niemal się zatrzymała. W rewanżu z Anglią w Chorzowie Polacy przegrali 0:1 i to Mariana obciążono odpowiedzialnością za straconego gola. Na kolejną poważną szansę czekał prawie pięć lat. Nie zrezygnował. Trenował i utrzymywał wysoką formę w Zagłębiu, aż jesienią 1971 roku ponownie był potrzebny reprezentacji.

Najpierw pomógł w olimpijskich eliminacjach przeciwko Hiszpanii, a potem pojechał do Hamburga na mecz z RFN. Na błotnistym, ciężkim boisku mierzył się między innymi z Franzem Beckenbauerem i Gerdem Müllerem. Niemcy nie zdobyli bramki. Remis 0:0 uznano za wielki benefis Szei, który po raz kolejny znakomicie wypadł przeciw drużynie stojącej u progu największych sukcesów.

"Cała drużyna zasłużyła na pochwałę, przede wszystkim jednak defensywa. Tym razem nie uczyniono przeciwnikowi żadnego prezentu. Bramkarz Szeja zadziwił pewnością chwytu i dobrym ustawianiem się" – relacjonowała "Trybuna Robotnicza".

Sam bramkarz właśnie Liverpool i Hamburg uważał za dwa najlepsze występy w karierze.

Marian Szeja – bohater i wielki bramkarz we Francji, a w Polsce tylko taksówkarz

W 1972 roku Marian pojechał na igrzyska olimpijskie w Monachium, ale był rezerwowym. Kazimierz Górski korzystał wtedy z usług Huberta Kostki i przez to Szeja nie wystąpił w turnieju. Później jego konkurentem stał się Jan Tomaszewski. Marian znów oglądał najważniejsze mecze z ławki, choć – jak przyznawał – przeżywał je wtedy nawet mocniej niż wtedy, gdy sam bronił. Do Górskiego miał żal, że na turnieju olimpijskim nie dał mu nawet minuty. W lutym 2015 roku, w wywiadzie dla Weszło, tak mówił:

"Przecież były mecze, że gromiliśmy przeciwnika i nawet minuty mi nie dał zagrać. Do przerwy raz było 4:0, to też mnie nie wpuścił nawet na chwilkę. A przecież mógł, tak po ludzku: "Marian wejdź, zalicz sobie występ na Olimpiadzie". Ja przez niego, przez Górskiego, że nie wszedłem, to trzy lata emerytury nie dostawałem".

W 1973 roku zakończył reprezentacyjny etap kariery i niedługo później dostał zgodę na wyjazd do Francji.

Legenda Auxerre

Najpierw trafił do FC Metz, ale najważniejszym francuskim klubem w jego życiu zostało AJ Auxerre. Przyszedł tam, gdy drużyna była jeszcze skromnym drugoligowcem. W 1979 roku dotarł z nią do finału Pucharu Francji, a rok później pomógł wywalczyć pierwszy w historii awans do najwyższej ligi. Był też jednym z pionierów polskiej kolonii w Auxerre, zanim pojawili się tam Andrzej Szarmach, Paweł Janas czy później Ireneusz Jeleń.

"Zrobiłem robotę i zrobiłem też ścieżkę innym Polakom" – wspominał po latach.

W drugiej dekadzie XXI wieku został wybrany do jedenastki wszechczasów Auxerre.

Po powrocie do Wałbrzycha pracował między innymi jako taksówkarz - jeździł Fiatem 125 p z numerem bocznym 572. Do Auxerre jednak regularnie wracał, już jako szkoleniowiec bramkarzy. Pracował m.in. z późniejszym reprezentantem Francji Bruno Martinim. We Francji pozostawał postacią rozpoznawalną i cenioną długo po zakończeniu gry.

Marian Szeja w 2013 roku
Marian Szeja w 2013 roku © Wikipedia, domena publiczna | Waljop543

Marian Szeja zmarł 25 lutego 2015 roku. W reprezentacji występował stosunkowo rzadko, ale pozostawił po sobie mecze, które ważyły więcej niż sama liczba występów. Anglia, Brazylia, RFN – gdy naprzeciw stawały największe drużyny i największe nazwiska, on bronił jak natchniony.

Być może dlatego najtrafniej podsumował siebie sam: potrzebował przeciwnika, który nie pozwalał mu ani na chwilę stracić koncentracji. Im trudniejsze było zadanie, tym lepiej czuł się między słupkami. W 1973 roku "Przeglądzie Sportowym" szczerze powiedział:

"Gra w tych spotkaniach bardzo mi zresztą odpowiadała. Lubiłem bowiem brać czynny udział w walce, nie znosiłem przestojów. Prawie regułą było, że o powodzeniu w grze decydował u mnie pierwszy kontakt z piłką, obojętnie jaką, mocną czy słabą. Jeśli miałem możliwość rozgrzania się, wówczas nabierałem pewności siebie. Dlatego lepiej czułem się w spotkaniach z silniejszymi przeciwnikami, którzy zmuszali do stałej czujności. Jeśli natomiast bywałem bezczynny, następowały chwile dekoncentracji i wtedy zdarzały mi się "głupie" bramki".

Wybrane dla Ciebie