W tym artykule:
Zapytany, gdzie - oprócz pracy na treningach - tkwi sekret jego sukcesów, odpowiadał:
"Bardzo dobrze się bawię za każdym razem, gdy tylko znajdę się na bieżni".
Nieustanna, niczym nieskarżona radość z tego, co się robi. To jeden elementów, który buduje wielkość sportowca. A może i człowieka? Bolt ową radość czerpał z poczucia spełnienia dziecięcych marzeń.
"Na Jamajce bieganie jest kwestią kulturową, tak jak biegi średniodystansowe w Kenii. Jako dzieci marzycie o zostaniu piłkarzami, my marzymy o byciu sprinterami" – powiedział kiedyś włoskim mediom.
"Prawdziwy potwór"
Boltowska radość na pewno ma też podłoże w sukcesach. Kto z nas nie cieszy się, gdy wygrywa albo osiąga założony cel? Usain potrafił okazywać radość. I stawiać poprzeczkę jeszcze wyżej. Bo był szalenie ambitny, a to też cecha wielkich.
W Londynie w 2012 roku zdobył trzy złote medale: na 100 i 200 metrów oraz w sztafecie 4x100 metrów. Jamajczycy, z Boltem w składzie, ustanowili wówczas rekord świata 36,84. Po dwóch kolejnych igrzyskach Bolt miał już sześć olimpijskich złotych medali i rekordy świata na obu indywidualnych dystansach. Gdy szef MKOl Jacques Rogge przekonywał, że na miano żywej legendy trzeba poczekać do końca kariery, Jamajczyk odpowiadał wynikami, bo nikt przed nim nie dokonał czegoś podobnego.
W Londynie jego przewaga robiła wrażenie także na przeciwnikach. Amerykanin Ryan Bailey mówił, że Bolt na bieżni jest "prawdziwym potworem", a biegnąc obok niego sam czuł się, "jakby dopiero próbował biec". Jamajczyk był wówczas absolutnym hegemonem. Kiedy stawał na starcie, rywale zazwyczaj walczyli o drugie miejsce.
Cztery lata później, w Rio de Janeiro, Bolt nadal był najważniejszą postacią sprintu. W finale 100 metrów wystartował nieidealnie, przez co Justin Gatlin przez pierwszą część dystansu wyglądał, jakby zaraz miał sprawić sensację. Jamajczyk jednak przyspieszył i wygrał w 9,81 s, zdobywając siódme olimpijskie złoto. Został pierwszym sprinterem w historii, który trzy razy z rzędu zwyciężył na igrzyskach w biegu na 100 metrów. Miał sprinterskiego hat-tricka. Wynik był daleki od jego rekordu świata 9,58, lecz sam biegacz tłumaczył, że krótka przerwa między półfinałem a finałem utrudniła regenerację. Mimo to znów zrobił to, czego wszyscy od niego oczekiwali.
Kwestie sporne?
Właśnie ta regularność odróżniała go od rywali. Przez lata rekordziści poprawiali granice ludzkich możliwości po setnych części sekundy. Bolt przesuwał je gwałtownie. Sprinterzy od rekordu Jima Hinesa z 1968 roku potrzebowali niemal czterech dekad, by urwać łącznie 0,20 s. Bolt w niewiele ponad czternaście miesięcy poprawił rekord świata aż o 0,16 s. Siłą rzeczy nie wszyscy wierzyli, że zrobił to w sposób legalny. Carl Lewis, inny mistrz olimpijski, mówił o nim:
Usain Bolt 9.58 100m New World Record Berlin [HQ]
"Kiedy ludzie pytają mnie o Bolta, mówię, że może i jest najlepszym sportowcem w historii, ale jeśli ktoś pewnego dnia przebiegnie 100 metrów w 10,03 sekundy, a w kolejnym roku już w 9,69 sekundy, byłbym głupcem, gdybym nie zakwestionował tego faktu w sporcie o takiej renomie, jaką ma lekkoatletyka".
Usain nie pozostawał dłużny i ripostował, gdy tylko pojawiła się okazja:
"Chciałbym powiedzieć Carlowi Lewisowi: straciłem do niego wszelki szacunek, wszelki szacunek. Doping to poważna sprawa, a podważanie rezultatów sportowca naprawdę mnie wkurza. Myślę, że on po prostu chce zwrócić na siebie uwagę, bo nikt już o nim nie mówi".
Za swój najlepszy występ Usain uważał olimpijski finał 200 metrów w Pekinie, kiedy pobił rekord Michaela Johnsona o 0,02 s. Ten mityczny, który przenosił bieganie w XXI wiek.
Fenomen
Jego fenomen nie mieścił się jednak wyłącznie rankingach i sekundach. To duże uproszczenie. Usain Bolt potrafił zmienić zawody w show. Uśmiechał się do kamer, żartował, reagował na publiczność i celebrował sukcesy bez sztuczności. Po zawodach długo rozmawiał z dziennikarzami i odpowiadał fanom gestami, gdy większość stadionu była już pusta.
Dlatego jego ostatnie mistrzostwa świata w Londynie w 2017 roku miały wyjątkową atmosferę. W finale 100 metrów Bolt zajął trzecie miejsce. Wygrał 35-letni Justin Gatlin, wcześniej karany za doping, a młody Christian Coleman był drugi. Stadion przyjął zwycięzcę gwizdami, ale trzeciego Jamajczyka fetował, jakby zdobył kolejne mistrzostwo. A on nie szukał wymówek. Przyznał, że źle wystartował, nie zdołał dogonić rywali i uznał wyższość Gatlina, którego mimo kontrowersji zawsze szanował jako konkurenta.
Odchodził w wieku 31 lat jako sportowiec finansowo zabezpieczony, z wieloletnimi kontraktami sponsorskimi i miejscem wśród najlepiej zarabiających sportowców świata. Na swoich warunkach. Sport nadal sprawiał mu radość, dlatego postanowił… pograć w piłkę.
Dziś legenda biegów kończy 40 lat.