Strzelecki ród Kiszkurnów

Gdyby zsumować lata sportowej kariery Józefa Kiszkurno i jego syna Zygmunta bez mała zebrałoby się prawie pół wieku. To szmat czasu, ale i niezliczone strzeleckie anegdoty, mistrzostwa i porażki…

Józef Kiszkurno podczas Mistrzostw Świata w 1936 rokuJózef Kiszkurno podczas Mistrzostw Świata w 1936 roku
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tomek Sowa
Polski Związek Strzelectwa Sportowego - patron cyklu
Polski Związek Strzelectwa Sportowego - patron cyklu © Licencjodawca

W rodzinnych opowieściach ta pasja zaczyna się w lesie. Nie na strzelnicy czy w klubie, ale w świetle księżyca, gdy Zygmunt Kiszkurno idzie z ojcem na polowanie. Józef Kiszkurno trafia odyńca, ale zwierzę podnosi się i rusza w ich kierunku. Syn strzela nerwowo i pudłuje. Ojciec składa się do poprawki, lecz zamiast wystrzału słychać trzask bezpiecznika. Dopiero kolejny strzał kończy sprawę.

"Cała historia trwała dziesięć minut" – opowiadał po latach Zbigniew.

U Kiszkurnów strzelanie było sposobem na życie. Tradycję przekazywano z ojca na syna, bo przodkowie Józefa pracowali w radziwiłłowskim dworze, a tam polowanie było codziennością. Od ósmego roku życia przyszłego strzelca na łowy zabierał tata, Adam.

"Ledwo budził się brzask już zajęliśmy nasze stanowiska w budkach, do których brnęliśmy jeszcze w mroku, poruszając się ostrożnie – powoli i cicho. Kiedy znalazłem się wreszcie w swojej budce, zaczęła mnie rozpierać duma, że oto jestem, jako samodzielny już myśliwy, zdany na los szczęścia w oczekiwaniu na przygody" – pisał Józef Kiszkurno w broszurze "Na polowaniu i standzie".

Samouk spod Mińska

Józef Kiszkurno urodził się 1 lutego 1895 roku pod Mińskiem, w rodzinie Adama i Marii z Syczów. Według źródeł skończył technikum agronomiczne. Dorastał blisko lasu, więc gdy tylko pióro i książki lądowały w kącie, ruszał do zagajnika. Ojciec, leśnik z zawodu, nauczył go mierzyć odległość, pracować nad refleksem, rozpoznawać ruch i nie marnować strzału. W "Sporcie" przytoczono nawet pewną anegdotę dotyczącą Józefa:

"Mając 18 lat, stał na stanowisku podczas polowania, gdy w maleńkim otworze, między dwoma drzewami, ukazał się lis. Pokazał się na ułamek sekundy, zobaczył człowieka, odskoczył i jeszcze w skoku dosięgła go kula".

Po 1920 roku Kiszkurno znalazł się w Polsce i osiadł w Brudzewie pod Kołem. Pracował jako agronom w dobrach Wacława Kurnatowskiego, był administratorem jego majątku, uporządkował go i rozwinął. Trap podsunął mu, według przekazów, Witold Kępiński. W 1927 roku, za namową Stanisława Rosenwertha, Kiszkurno wystartował na zawodach w Warszawie i zajął czwarte miejsce. Rok później był już zawodnikiem Legii. On, genialny samouk, od razu mógł podjąć rywalizację ze strzelcami trenującymi dłużej od niego…

Uroczyste powitanie mistrza

Pierwszy wielki sukces przyszedł we Lwowie w 1931 roku. W pierwszym dniu mistrzostw świata Józef miał 93 trafienia, tyle samo co Sándor Lumnitscher. Drugiego dnia Józef kończył z wynikiem 185/200. Trzeciego dnia Kiszkurno utrzymał prowadzenie. Znawcy twierdzili, że Lumnitscher oddał tytuł "godnemu następcy". Józef Kiszkurno został mistrzem świata!

W okolicach rodzinnego Koła zwycięstwo to miało wymiar lokalnego święta, choć sam Kiszkurno nie był typem człowieka skorego do publicznych wystąpień. "Express Kaliski" tak opisał powitanie najlepszego trapisty globu:

"Wieść o zdobyciu przez p. Józefa Kiszkurnę tytułu mistrza świata w strzelaniu, obiegła szybko mieszkańców Koła i kto żył a miał czas przytem, wyszedł na ulicę, aby powitać przybywającego ze Lwowa mistrza. Nie tylko Koło, ale również i Brudzew owacyjnie witały p. Kiszkurnę. Oto o godz. 11 rano dnia 2 b. m. przez Koło, w stronę dworca przyjechał wielki wóz drabiniasty, zaprzężony w piękną czwórkę koni, który wiózł brudzewską orkiestrę strażacką; w ślad za wozem podążyły inne pojazdy, wśród nich jeden zaprzężony w czwórkę, ale pięknych siwków, cały ubrany kwiatami —przeznaczony dla Mistrza".

Józef Kiszkurno, agronom i zarządca brudzewskiego majątku był witany jak bohater narodowy!

Uroczyste powitanie Józefa Kiszkurny
Uroczyste powitanie Józefa Kiszkurny © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Drugi tytuł mistrza świata Kiszkurno zdobył pięć lat później w Berlinie, tuż przed igrzyskami. W pierwszej próbie wypadł słabo - zwycięstwo przyszło dopiero w ostatniej. Swoją drogą całe berlińskie zawody to gotowy materiał na scenariusz filmowy. Węgier Halassy miał przewagę tak dużą, że Polakowi pozostało tylko czekać na osiem pudeł rywala w ostatniej serii 25 rzutków. Halassy w pierwszej dziesiątce spudłował… aż sześć razy, a w całej serii osiem. Polak zdobył tytuł!

Rok wcześniej, w Wannsee, Kiszkurno przeszedł cztery dogrywki z Niemcem dr. Sackiem. Trzy razy obaj trafili po 20/20 z coraz dalszego stanowiska. W czwartej próbie Sack pękł na 16/20, Kiszkurno zrobił 19/20. Pytany o przyczyny wybitnych wyników, tak mówił w "Przeglądzie Sportowym":

"Ja mam silne nerwy. Jestem przecież człowiekiem z Białejrusi, zresztą potrafię tak odizolować się od otoczenia, że nic mnie nie może wytrącić z równowagi. Jestem zawsze spokojny i mam dobre naboje - oto sekret zwycięstwa".

Czarne chmury

Wojna przerwała wspaniałą karierę Kiszkurny, tak samo zresztą jak wiele innych... Po klęsce wrześniowej Józef znalazł się w Białej Rawskiej, gdzie pracował jako agronom. Gdy proponowano mu podpisanie volkslisty i starty w zawodach dla Niemców - co było częstą praktyką okupanta wobec utytułowanych sportowców - odmówił. Później ukrywał się, działał w Armii Krajowej i dwa razy był aresztowany – niewykluczone, że życie uratowała mu …patera z dedykacją Hitlera, którą dostał w nagrodę za zwycięstwo w berlińskich zawodach. Kiszkurno przeżył wojnę i po 1945 roku znów administrował majątkami, później osiadł w Kamienicy i Iwnie, hodował psy i wrócił do sportu.

Ostatnim wielkim przystankiem na strzeleckiej drodze Józefa Kiszkurno były igrzyska olimpijskie w Helsinkach w 1952 roku. Polska prasa nie poświęciła mu wówczas zbyt wiele miejsca - notowano, że to wicemistrz Polski 1928, mistrz z 1929 roku, pierwszy start międzynarodowy - 1930, mistrzostwo świata 1931 roku. Ot, suche informacje, za którymi kryły się setki godzin mozolnej pracy i pokonywania własnych słabości…

Rzutek miał średnicę 11 centymetrów, leciał z ogromną prędkością, a w konkurencji trzeba było oddać zwykle 300 strzałów w trzy dni. Dobry wynik zaczynał się około 250 punktów, światowa klasa od 280. Kiszkurno na treningach dochodził do 298 na 300. Suchy trening trwał po trzy godziny dziennie. Ciągle te same złożenia: celne oko, stabilna ręka i opanowanie nerwów. I tak w kółko. Potrzeba było wielkiej odporności i samozaparcia. A on je miał.

W 1952 roku Józef Kiszkurno miał 57 lat i był żywą legendą strzelectwa. W Helsinkach w pierwszym dniu olimpijskiego trapu prowadził po trzech seriach z wynikiem 72/75. Strzelał pewnie i pięknie technicznie. Dochodziła 16:30, a na niebie pojawiły się ciemne chmury.

"Patrzymy w niebo i ku naszemu przerażeniu widzimy nadciągające czarne chmury. Zdenerwowani patrzymy na Kiszkurnę. Nadrabia miną, ale zerka z niepokojem na ciemniejące niebo. Za chwilę słońce gaśnie. Oświetlenie jest podłe i zdajemy sobie sprawę, że przy jego wzroku nie pomoże nawet najlepsza technika strzału i najlepsze złożenie" – opowiadał Zbigniew Korolkiewicz, kierownik polskiej ekipy strzeleckiej.

Józef nosił okulary. W takich warunkach strzelał na wyczucie. Na 25 możliwych strzałów było 5 niecelnych. Stracił prowadzenie i ostatecznie igrzyska olimpijskie zakończył na 9. miejscu.

Strzelec Józef Kiszkurno
Strzelec Józef Kiszkurno © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie zmienia to faktu, że 57-latek walczący o najważniejsze tytuły był niekwestionowanym autorytetem w swojej dyscyplinie. Po zakończeniu kariery zawodniczej jego wiedza i doświadczenie zostały dobrze wykorzystane. Józef został trenerem strzelectwa rzutkowego, a jednym z jego wychowanków był… syn, Zygmunt. Młody Kiszkurno zawsze podziwiał umiejętności ojca i trafnie potrafił określić, na czym polegała jego przewaga nad innymi strzelcami:

"Ojciec miał niebywały refleks, "strzelał odruchowo i błyskawicznie". Przy bardzo dobrych strzelcach reagujących po sześciu–dziewięciu dziesiątych sekundy on potrafił zejść do trzech dziesiątych".

Z ojca na syna

Zygmunt Kiszkurno urodził się 6 stycznia 1921 roku w Brudzewie. Według rodzinnych relacji w wieku siedmiu lat strzelał już do kuropatw, a jako dziewięciolatek trafił 9 z 10 rzutków przy pierwszej pokazowej próbie. Niedaleko pada jabłko od jabłoni…

Wojna uniemożliwiła dalsze rozwijanie sportowych umiejętności. Zygmunt Kiszkurno poświęcił się walce z okupantem, służył w Armii Krajowej pod pseudonimem "Dąbrowa". Po wojnie wybrał medycynę - w 1951 r. ukończył stomatologię w Łodzi, a później Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Warszawie. Został doktorem nauk medycznych i specjalistą chirurgii szczękowej.

Karierę zawodniczą rozpoczął w Ogniwie Łódź, a od 1953 roku reprezentował Legię Warszawa. Przed igrzyskami w Melbourne był w doskonałej formie - w 1956 roku w Podiebradach wygrał przedolimpijskie zawody, osiągnął 198/200 i ustanowił rekord Polski, a jednego dnia strzelał idealnie - 100 na 100. Na zawodach w Hanowerze dokładał serie 99/100 i 98/100. Do Australii jechał jako kandydat do bardzo wysokiego miejsca. Ale w Melbourne strzelał przy zmiennej pogodzie i wietrze. Oficjalny wynik to 15. miejsce, 170/200. Ta jego historia powtórzyła ojcowski wzorzec. Bo on też przed olimpijskimi zmaganiami był w wybornej formie, a na igrzyskach czynniki zewnętrzne pokrzyżowały ambitne plany…

Najlepszy wynik międzynarodowy Zbigniew Kiszkurno osiągnął późno. W trakcie mistrzostw Europy w Bolonii w 1964 roku, w drużynowym trapie 200, wywalczył srebrny medal. Miał wtedy 43 lata. Do tego doszły mistrzostwa Polski w 1957 i 1969 roku oraz tytuły międzynarodowego mistrza Niemiec i Czechosłowacji.

Zygmunt Kiszkurno w trakcie zawodów
Zygmunt Kiszkurno w trakcie zawodów © domena publiczna | Przegląd Sportowy 43,1970

Sam Zygmunt był człowiekiem wielu pasji i talentów stąd może nie miał tyle czasu, by poświęcić się w pełni strzelectwu. Po latach pracy zawodowej wrócił na studia, ponieważ chciał samodzielnie operować, a jako stomatolog potrzebował do tego specjalizacji. Starsza córka była już studentką, gdy podpułkownik Kiszkurno znów zasiadł w akademickich ławach, żeby zdobyć swoje najcenniejsze zawodowe trofeum, czyli doktorat z chirurgii szczękowej.

Ze strzelectwem nie chciał się rozstawać, ale z czasem klubowi działacze zaczęli utrudniać mu treningi. Był dla nich "za stary". W 1970 roku "Przegląd Sportowy" tak pisał:

"Zaczęła się ta historia od eliminowania go z wyjazdów zagranicznych. Potem przyszła kolej na wstrzymani przydziału amunicji na treningi. A przed dwoma laty, kiedy zwrócił się do swego klubu z prośbą o wymianę broni, usłyszał: "Myśmy ci chcieli w ogóle odebrać broń klubową".

Z czynnym strzelectwem rozstał się w drugiej połowie lat 70.

Ojciec i syn pokochali jedną dyscyplinę. Ale ich kariery, choć w paru miejscach faktycznie zbieżne, w rzeczywistości mocno się różniły. Józef był naturalnym talentem, mistrzem, który myśliwską praktykę przerodził w sport. Zygmunt był zawodnikiem, za którym stała ciężka i systematyczna praca. Ojciec zostawił po sobie tytuły mistrza świata, dziewiętnaście mistrzostw Polski, olimpijski start i słynne powiedzenie o trzech dziesiątych sekundy potrzebnych na oddanie celnego strzału. Syn miał rekordy, medal mistrzostw Europy i start na igrzyskach w Melbourne. Pokazał też, że nie trzeba wybierać między pracą zawodową a pasją, między salą operacyjną a strzelnicą. Bo po co, jeśli obie dają wielką satysfakcję?

Wybrane dla Ciebie