45 lat Simona Ammanna. Przerwa była darem

Dziś 45. urodziny obchodzi Simon Ammann, szwajcarski skoczek narciarski, który światu objawił się w 2002 roku na igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City. Jego dwa złota szczególnie zapamiętali... polscy kibice.

Simon AmmanSimon Ammann
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Alexander NilssenCC BY-SA 2.0
Tomek Sowa

Simon Ammann w Salt Lake chciał dobrze skakać. Był początek lutego 2002 roku, a on faktycznie był w formie. Nikt jednak na niego nie stawiał. W Polsce wszystko kręciło się wokół Adama Małysza, w Niemczech wokół Svena Hannawalda. Ta dwójka miała rozstrzygnąć między sobą sprawę olimpijskich laurów. Szwajcar był gdzieś obok. Młody, bo ledwie dwudziestoletni, trochę impulsywny, przechadzał się po wiosce olimpijskiej z jakimś takim chłopięcym urokiem i uśmiechem, choć po niedawnym upadku w Willingen nie było nawet pewne, czy w pełni wróci do skakania.

A potem przyszła normalna skocznia.

Silna psychika

Konkurs na K-90 miał być pierwszym wielkim testem faworytów. Małysz był liderem Pucharu Świata i mistrzem świata z Lahti. Kiedy skakał, to w Polsce na chwilę zamierały ulice. Hannawald przyjechał do USA jako triumfator Turnieju Czterech Skoczni. Simon miał talent, a jego dyspozycja wyraźnie rosła. No i nie miał łatki faworyta, ani wielkiego bagażu oczekiwań własnych kibiców na plecach. Może właśnie to okazało się najważniejsze?

Pogoda nareszcie pozwoliła skakać. Wcześniej kwalifikacje storpedowały warunki, ale gdy przyszło do konkursu, zaświeciło słońce. Wiatr nie przeszkadzał. Z perspektywy Szwajcara był to idealny dzień na atak.

Simon Amman odbiera złoty medal olimpijski w 2010 roku
Simon Ammann odbiera złoty medal olimpijski w 2010 roku © domena publiczna | Duncan Rawlinson

Adam skakał daleko, ale w pierwszej serii zachwiał się po lądowaniu. Sven był mocny. Ammann też. Różnice były minimalne, więc druga seria miała rozstrzygnąć wszystko.

W decydującym momencie Szwajcar zrobił coś, czego nie spodziewała się większość obserwatorów. Wytrzymał psychicznie. Po skokach Małysza i Hannawalda miał świadomość, że nie wystarczy mu przyzwoita próba. Trzeba było skoczyć naprawdę daleko. Poleciał na 98,5 metra i zdobył złoto.

To było zwycięstwo tak nagłe, że w naszej prasie porównywano je do sensacji Wojciecha Fortuny z 1972 roku. Tylko że Simon nie zamierzał być jednodniowym cudem.

Momentalna odpowiedź

Kilka dni później przyszła duża skocznia. Tam presja – teoretycznie - powinna być większa. Już nie był anonimowy. Nie był tylko młodym Szwajcarem, który zaskoczył faworytów. Wchodził na belkę jako mistrz olimpijski. Kibice pytali, czy postawa na skoczni normalnej, była jednorazowym występkiem…

Odpowiedział od razu. W pierwszej serii wyszedł z progu agresywnie. Frunął pięknie i daleko. 132,5 metra oznaczało rekord olimpijskiego obiektu. Za chwilę tę samą odległość uzyskał Hannawald. Niemiec miał identyczną notę. Małysz wylądował na 131. metrze i też został w walce, ale nieco tracił do prowadzącej dwójki. Konkurs nabrał dramaturgii. Młody Szwajcar, niemiecki perfekcjonista i polski "fenomen socjologiczny" mieli swoje argumenty. Wygrać mógł każdy.

Małysz skoczył 128 metrów i objął prowadzenie. To dawało mu medal, ale jeszcze nie wiadomo było jakiego koloru. Simon nie pozostawił jednak miejsca na wątpliwości. Z obniżonego rozbiegu poleciał jeszcze dalej niż w pierwszej serii. 133 metry. To był skok perfekcyjny.

Niemiec musiał odpowiedzieć. Poszedł na całość. Skoczył daleko, ale podparł lądowanie, przez co… stracił podium. Adam Małysz miał więc srebro, Matti Hautamaeki brąz. A Simon Ammann został podwójnym mistrzem olimpijskim! W jednej chwili dołączył do Mattiego Nykaenena, bo wcześniej tylko Fin potrafił wygrać oba indywidualne konkursy na jednych igrzyskach.

"Na pewno dużo łatwiej było Ammannowi, bo nie faworyzowano go. Chłopak tak super skakał, że nie było szans. Był bardzo dobrze przygotowany psychicznie. Pierwszy skok miał bardzo dobry i jeszcze bardziej go to podładowało" – ocenił po konkursach Małysz.

Przerwa, która okazała się darem

Najciekawsze w tej szwajcarskiej historii jest to, że jej początek wcale nie miał miejsca w Salt Lake City. Tamten sezon od początku stworzył zestawienie: Małysz kontra reszta świata. Martin Schmitt gasł. Doświadczeni Austriacy mówili o Polaku z mieszaniną podziwu i bezradności. W Predazzo, na zawodach Pucharu Świata, wydawało się, że wszyscy szukają kogoś, kto choć trochę napsuje mu krwi.

I Wtedy pojawił się Simon. Skakał naprawdę dobrze. W piątkowym konkursie we Włoszech był trzeci. Następnego dnia skoczył 131,5 metra i ustanowił rekord skoczni. Co prawda Adam zaraz mu go odebrał, a potem wygrał zawody kolejnym rekordem. Ale to było ostrzeżenie. Szwajcar musiał uznać wyższość tylko lidera Pucharu Świata.

Potem przyszedł groźny upadek w Willingen. Uuderzył głową o zeskok. Lekarze stwierdzili wstrząśnienie mózgu i kazali odpoczywać. Opuścił w ten sposób konkursy w Zakopanem, Sapporo i Hakubie. Dla wielu byłby to koniec olimpijskich marzeń. Ammanowi przerwa… zrobiła dobrze! Gdy inni startowali, on odpoczywał i zbierał świeżość.

Simon Ammann-Willingen 2002 CRASH! (Full video)

"Ammann miał miesiąc przerwy, długo leżał w szpitalu po upadku. Jak powiedział na konferencji prasowej miał dużo czasu, żeby się nad wszystkim zastanowić" – mówił Adam Małysz.

I ta przerwa była darem.

Te dwa konkursy zmieniły Simona z obiecującego zawodnika w postać historyczną. Ale on na tym nie zamierzał skończyć. Czas pokazał, że jest skoczniem wybitnym. Jednym z najlepszych w dziejach.

Dziś szwajcarski Harry Potter kończy 45 lat…

Wybrane dla Ciebie