Ezzard Charles: układy, mistrzostwo i śmierć w ringu

Ezzard Charles został mistrzem świata, choć przez lata odbijał się od układów w wadze półciężkiej. Pokonał Joe Louisa, walczył z Rocky Marciano, przeżył ringową tragedię i... skończył biednie. Doceniono go dopiero po latach.

Ezzard CharlesEzzard Charles
Źródło zdjęć: © domena publiczna | ACME Newspictures
Tomek Sowa

Muhammad Ali napisał o nim w swojej autobiografii:

"Ezzard Charles był naprawdę świetnym zawodnikiem i mistrzem. Był jedynym czempionem wagi ciężkiej, poza młodym Sonnym Listonem, który, jak sądzę, naprawdę mógłby mi zagrozić w swojej najwyższej formie".

Mistrz bez pełnego uznania

22 czerwca 1949 roku w Chicago, na stadionie Comiskey Park, Ezzard został mistrzem świata. Pokonał na punkty Jersey Joe Walcotta i przejął wakujący pas federacji NBA po tym, jak Joe Louis ogłosił zakończenie kariery. Wielu mogło uznać to za niespodziankę, bo Charles nie wyglądał jak typowy pięściarz wagi ciężkiej. Ważył około 82 kilogramy, był lżejszy od Walcotta i wcześniej bił się głównie w niższych kategoriach. Wygrał. Nie siłą, a precyzją i spokojem.

Ten tytuł miał jednak drugie oblicze. Joe Louis był bowiem dla Ameryki kimś więcej niż mistrzem, więc Charles przez pewien czas funkcjonował tylko jako jego następca. Nie miał pełnego uznania. Dopiero we wrześniu 1950 roku, gdy wypunktował Louisa na Yankee Stadium, zamknął dyskusję. Ale w polskiej tamten pojedynek był opisywany krytycznie, głównie z powodu zachowania publiczności.

"Pamiętająca Louisa, jako niezwyciężonego pięściarza publiczność przybyła licznie na mecz wypełniając szczelnie widownie i kieszenie kombinatorów. A więc "reklamie" menażerów Charlesa stało się zadość. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem młodszego o 8 lat Charlesa. Mecz ten jednak nie tylko potwierdził wyższość młodszego boksera nad starszym. Wykazał on także, jak zdemoralizowana i nieludzka jest atmosfera wytwarzana w sporcie przez amerykańskich businessmanów. Louis - niegdyś bożyszcze tłumów został wygwizdany i obrzucony pomidorami i torebkami po owocach".

Do królewskiej kategorii trafił trochę z przymusu. Przedtem był jednym z najlepszych półciężkich świata, ale… nie dostał walki o tytuł. Boks lat 40. miał wiele zakulisowych układów. Charles bił najlepszych, a mimo to musiał czekać. W końcu stracił cierpliwość i poszedł wyżej, tam, gdzie rywale byli więksi, ale pieniądze i szansa na mistrzostwo bardziej realne.

 Cincinnati Cobra

Urodził się 7 lipca 1921 roku w Lawrenceville w Georgii. Gdy rodzice się rozstali jako dziewięciolatek trafił do Cincinnati, do babci i prababci. Miasto zostało z nim na stałe. Stamtąd wziął się przydomek "Cincinnati Cobra". Już w szkole był znany z umiejętności pięściarskich, a w 1939 roku zdobył tytuł National AAU. Rok później przeszedł na zawodowstwo, bo chciał dorzucić kilka centów do rodzinnego budżetu.

Ezzard nie był stereotypowym pięściarzem. Malował olejne obrazy, czytał książki psychologiczne i grał na kontrabasie. Znał też włoski na tyle dobrze, że przed pierwszą walką z Rockym Marciano potrafił zamienić z nim kilka zdań w tym języku. Za to w ringu był chłodnym technikiem...

Ezzard Charles (z lewej) i Joe Walcott
Ezzard Charles (z lewej) i Joe Walcott © domena publiczna

Sportowo robi wrażenie nawet bez tego mistrzowskiego pasa. Pokonywał naprawdę solidnych zawodników m.in.: Charleya Burleya, Joeyego Maxima, Jimmy’ego Bivinsa, Lloyda Marshalla i Archiego Moore’a. Z Moore’em wygrał trzy razy. Miał też momenty bolesne. Z Bivinsem i Marshallem przeżył ciężkie porażki, w jednej z nich kilkanaście razy lądował na deskach. Potem służył w armii w czasie II wojny światowej, m.in. we Włoszech i Afryce Północnej. Po powrocie okazało się, że zasoby finansowe mocno stopniały. Musiał znów zarabiać wychodząc na ring.

Tytuł, tragedia i pożegnanie

Jednym z jego najcięższych momentów była walka z Samem Baroudim w 1948 roku. Rywal zmarł po obrażeniach odniesionych w ringu. Później pisano, że Charles stał się ostrożniejszy i mniej skłonny do brutalnego wykańczania przeciwników. Sprawa ta odbiła się szerokim echem na całym świecie z jeszcze jednego powodu. "Sport" pisał:

"Sprawa Baroudiego jest jeszcze jednym dowodem, że amerykański boks zawodowy jest w stanie kompletnej demoralizacji. Zwolennicy reformy tego sportu podjęli ostatnio nową kampanię o oczyszczenie go z typów w rodzaju Spinelliego, menażera Baroudiego (…). Pośredni sprawca całej tragedii menażer Spinelli zorientował się, że Baroudi umiera, zabrał mu wszystkie pieniądze i udał się na lotnisko, skąd zamierzał uciec samolotem. Zatrzymany przypadkiem przez policję nie umiał wyjaśnić skąd posiada przy sobie jak znaczną kwotę. Cała sprawa wydała się i Spinelli musiał zwrócić część pieniędzy. W międzyczasie jednak Baroudi zmarł w szpitalu".

Jako mistrz bronił tytułu często. W niecałe dwa lata zaliczył osiem udanych obron, ale stracił pas w 1951 roku po nokaucie z Walcottem. Lewy sierpowy rywala zakończył jego panowanie. Później próbował wracać. Najbliżej był z Rocky Marciano. W czerwcu 1954 roku dał mu piętnaście bardzo trudnych rund. Trzy miesiące później w rewanżu rozciął Marciano nos, ale sam został znokautowany w ósmej rundzie.

The Most Dangerous Counter In Boxing | Ezzard Charles Technique Breakdown

Został w boksie za długo. Przegrał siedem z ostatnich dziesięciu walk, bił się już w mniejszych halach. A karierę kończył daleko od wielkich gal. Potem próbował zapasów, pracował jako stolarz, działał przy firmie winiarskiej i pomagał młodzieży w Chicago. Mimo wielkich zarobków z walk mistrzowskich został bez pieniędzy. Niezbyt dobrze nimi gospodarował…

W 1968 roku zdiagnozowano u niego ALS, chorobę Lou Gehriga. Z czasem stracił sprawność i trafił na wózek. Pomagali mu dawni rywale i ludzie boksu. Muhammad Ali później pisał o nim z wielkim szacunkiem, a Marciano nazywał go najodważniejszym człowiekiem, z jakim walczył. Charles zmarł w Chicago 28 maja 1975 roku. Miał 53 lata.

Był mistrzem wagi ciężkiej, ale kto wie, czy jeszcze więcej nie osiągnąłby w kategorii półciężkiej. Tej, do której został stworzony, a którą skutecznie zamykały mu układy i układziki…

Wybrane dla Ciebie