W tym artykule:
Franz Beckenbauer uczciwie przyznał:
"W normalnych warunkach prawdopodobnie nie mielibyśmy szans".
Był 3 lipca 1974 roku. Polacy grali z Niemcami. Drużyna Kazimierza Górskiego wygrała wcześniej pięć meczów z rzędu, pokonując Włochy i Argentynę i zachwycając kibiców szybką, ofensywną grą. Biało-czerwoni zachwycili świat. Wystarczyło dać im normalne warunki gry…
Boisko, które zabrało atuty
We Frankfurcie klasycznego półfinału. To był mecz o wejście do finału mistrzostw świata, choć formalnie rozgrywki w drugim etapie podzielono na dwie grupy. Ich zwycięzcy mieli zagrać finał, a zespoły z drugich miejsc – mecz o trzecie miejsce. Polacy szli jak burza. Na World Cup 1974 zdążyli pokonać: Argentynę, Haiti, Włochy, Szwecję i Jugosławię. RFN też wygrała dwa mecze w grupie drugiej rundy i mieli lepszy bilans bramek. Gospodarzom wystarczał remis, Polacy musieli wygrać. Na Waldstadion przyszło 62 tysiące widzów.
Już przed pierwszym gwizdkiem było jasne, że to spotkanie będzie inne. Nad Frankfurtem przeszła potężna ulewa, która zmieniła boisko w grząską, zalaną wodą płytę. Strażacy i pomocnicy próbowali usuwać wodę pompami i walcami, ale wyglądało to bardziej na ratowanie terminu niż przygotowanie murawy. Sędzia Erich Linemayr wyszedł zobaczyć boisko i… nie odwołał meczu, choć płyta przypominała płytkie jeziorko. Dlaczego? Harmonogram turnieju był napięty, trybuny pełne a telewizja gotowa. Spotkanie ruszyło z około półgodzinnym opóźnieniem.
W polskim obozie nie było narzekania na warunki. Przynajmniej oficjalnie. Kazimierz Górski powtarzał, że grać trzeba zawsze. Ale z punktu widzenia jego drużyny woda na boisku była kłopotem. Polska opierała swoja ofensywę o szybkość Grzegorza Laty czy inteligentne podania Kazimierza Deyny. Potrafiła regulować tempo gry. Ale tego dnia piłka zatrzymywała się w kałużach. Przyspieszała na mokrej trawie albo grzęzła w wodzie kilka metrów przed adresatem. Atuty Polaków zostały w ten sposób mocno ograniczone.
Przed meczem niemieckie gazety mobilizowały swoich piłkarzy. Pisały, że muszą awansować do finału, ale jednocześnie ostrzegały przed Polską. Po pięciu zwycięstwach drużyna Górskiego nie była już niespodzianką. Uwe Seeler mówił, że biało-czerwoni grają nowocześnie i są największą rewelacją turnieju. W prasie zwracano uwagę na Roberta Gadochę, uznawanego przez wielu za jednego z najlepszych skrzydłowych mistrzostw. Niepokój gospodarzy był więc uzasadniony. Polacy nie przyjechali się bronić. Przyjechali po finał.
Jonathan Wilson w książce "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" wspomniał o jeszcze jednej scenie.
"Kazimierz Deyna, kapitan reprezentacji Polski, wygrał rzut monetą, ale nie zdając sobie sprawy, że działania służb skupiały się na jednym końcu boiska, zdecydował, że to jego drużyna rozpocznie mecz. Beckenbauer natychmiast wybrał tę połowę, na której wciąż było mnóstwo wody. Miało to kluczowe znaczenie dla przebiegu meczu, który przeszedł do historii jako Die Wasserschlacht (mecz na wodzie). Polacy byli bardzo groźni dzięki szybkim skrzydłowym, Grzegorzowi Lacie i Robertowi Gadosze, którzy jednak nie mogli pokazać swoich atutów na skutek grząskiego podłoża i zmęczenia; dopiero w drugiej połowie mieli okazję zagrać na twardszym gruncie.
"Nie wiem, czy wygralibyśmy na suchym boisku, ale mielibyśmy większe szanse" — powiedział trener Kazimierz Górski".
Pierwsza połowa potwierdziła te obawy. Chłopcy Górskiego starali oswoić się z wodą i błotem. Gadocha bił rzuty wolne i rożne, Lato szukał miejsca za plecami obrońców, Deyna próbował przyspieszać akcje mimo oporu boiska. Sepp Maier miał ręce pełne roboty. Bo według pomeczowych statystyk Polska oddała w całym meczu 24 strzały przy siedmiu RFN. Miała też więcej celnych uderzeń i więcej rzutów rożnych. Bezbramkowy remis do przerwy bardziej cieszył gospodarzy.
Ale to warunki – choć pewnie dla obu drużyn takie same – tworzyły obraz tej gry. Po jednym z uderzeń Grzegorza Laty piłka zmierzała w stronę niemieckiej bramki, ale… zatrzymała się w wodzie. Takich scen było więcej. Każde podanie wymagało koncentracji, bo przecież mogło zatrzymać się w kałuży. Nagły zwrot mógł skończyć się upadkiem. Niemcy grali więc prościej, częściej operowali długą piłką. Polacy próbowali grać dokładniej, ale boisko odbierało im największy atut.
"Byliście w pierwszej połowie lepsi. Powinniście prowadzić" – takie słowa słyszeli na trybunie prasowej polscy sprawozdawcy.
A gdyby był "Diabeł"?
Po przerwie mecz nadal układał się nerwowo. W 53. minucie sędzia Linemayr podyktował rzut karny po starciu Władysława Żmudy z Berndem Hölzenbeinem. Do piłki podszedł Uli Hoeneß, a Jan Tomaszewski rzucił się w lewy róg i obronił! To była jego druga zatrzymana jedenastka na tych mistrzostwach. Polacy dostali chwilowy wiatr w żagle. Henryk Kasperczak główkował, Robert Gadocha znów zmuszał Maiera do pracy. Niemcy przetrwali ten najtrudniejszy fragment meczu…
Rozstrzygnięcie przyszło w 76. minucie.
Akcja zaczęła się od Franza Beckenbauera, a futbolówka trafiła do Gerda Müllera. Ten zrobił to, co robił najlepiej. Znalazł pół metra miejsca w polu karnym i uderzył obok Tomaszewskiego. Polscy obrońcy czekali jeszcze na gwizdek, podejrzewali spalonego, ale… nie usłyszeli go. Niemcy prowadzili 1:0. Mieli wynik bezpieczny, który dowieźli do końca spotkania.
Polacy na pewno nie zawiedli. Zrobili lepsze wrażenie. Szkoleniowiec RFN, Helmut Schön mówił tak:
"Polska to drużyna klasy światowej. Najlepsi w zespole polskim: znakomici skrzydłowi Lato t Gadocha. Zwłaszcza Gadocha jest graczem najwyższej światowej klasy. Pod względem dramaturgii mecz środowy przypominał mi pamiętne spotkanie Włochy - RFN w Meksyku, z tym. że tam, jak pamiętamy, padło więcej bramek".
Zaznaczył też, że brak Andrzeja Szarmacha mógł mieć znaczenie. Domarski walczył, ale Szarmach był napastnikiem innego typu, bardziej bezwzględnym pod bramką. A w takich warunkach mógł napsuć gospodarzom krwi…
Do nieobecności "Diabła" nawiązał sam Górski, już po meczu, mówiąc:
"Mecz mógł skończyć się remisem, a również Polska mogła to spotkanie wygrać. Uważam zespól RFN za najsilniejszego przeciwnika, z jakim spotykaliśmy się podczas mistrzostw. Każdy mecz był dla nas ważny, bo każdy miał nowe znaczenie (…). Nie mam pretensji do gry Domarskiego, ale Szarmach jest zawodnikiem innego typu i może wykorzystałby jedną z szans bramkowych, przecież posiadaliśmy ich sporo".
Kilka dni później Polacy zostali trzecią siłą globu. Niemcy wygrali z Holendrami – nie bez okołomeczowych skandali – i zostali mistrzami świata.