Finisz przyniósł złoto Eugeniusza Pędzisza, Wiesława Gawlikowskiego i drużyny oraz wysokie, trzecie miejsce w klasyfikacji ogólnej.
Szwajcarskie mistrzostwa świata we wrześniu 1974 roku były dla nas ogromną próbą cierpliwości. Starty Biało-Czerwonych przypominały sinusoidę: znakomity początek, następnie dni bez podium i niezwykle mocna końcówka. Końcowy bilans wyniósł trzy złote, dwa srebrne i dwa brązowe medale. Dało to Polsce trzecie miejsce w klasyfikacji, tuż za ówczesnymi sportowymi potęgami - Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim.
Pierwszy mocny akcent należał do Eugeniusza Pędzisza. Ten urodzony w Zielonej Górze zawodnik uzyskał 384 punkty w karabinie pneumatycznym 40 strzałów. Tyle samo zgromadził Amerykanin Lanny Bassham, ale Polak znalazł się wyżej w tabeli i zdobył złoto. Różnica była minimalna. Sukces strzelca odnotowano w prasie, choć szczędzono nań akapitów. Strzelectwo w latach 70. nie było tak popularne, jak piłka nożna i rozgrywki pucharowe albo lekkoatletyka. "Gazeta Krakowska" zamieściła jedynie krótką informację:
"W strzelaniu z karabinka pneumatycznego tytuł mistrza świata wywalczył zawodnik Gwardii Opole — Eugeniusz Pędzisz, uzyskując 384 pkt".
385 punktów na wagę złota
Jeszcze tego samego dnia polski dorobek wzrósł do trzech medali. Męska drużyna w karabinie pneumatycznym zajęła trzecie miejsce z wynikiem 1512 punktów – Pędzisz dołożył 384, Romuald Siemionow 378, Stanisław Marucha 376, a Andrzej Trajda - 374 punkty. Kobiety spisały się jeszcze lepiej. Elżbieta Kowalewska, Irena Wierzbowska-Młotkowska i Elżbieta Janik uzyskały razem 1121 punktów i ukończyły zmagania na drugiej pozycji.
W kolejnych dniach medali nie było. Polacy co prawda plasowali się blisko czołówki, ale na podium nie stanęli ani razu. Prasa znów kwitowała te starty krótkimi zdaniami: że Józef Zapędzki nie odrobił strat, albo że na strzelnicy znów zabrakło sukcesu…
Przełamanie nastąpiło podczas rywalizacji w karabinie dowolnym na 300 metrów, w postawie klęczącej. Pędzisz uzyskał 385 punktów i zdobył brąz. Przed nim byli tylko John Foster ze Stanów Zjednoczonych i Szwajcar Max Hürzeler, obaj z wynikiem 387. Tuż za Pędziszem sklasyfikowano Józefa Botwina, także z 385 punktami. Tym samym dwóch Biało-Czerwonych znalazło się w pierwszej czwórce.
W klasyfikacji zespołowej ten wynik zapewnił naszej drużynie złoto. Botwin, Pędzisz, Andrzej Sieledcow i Henryk Górski zdobyli łącznie 1531 punktów. Dwaj pierwsi strzelili po 385, Sieledcow 384, a Górski 377. Każdy z nich prezentował stabilną formę. Strzelali spokojnie i precyzyjnie.
Najwięcej emocji przyniósł jednak skeet. Wiesław Gawlikowski miał wtedy 23 lata i w Thun strzelał tak, jakby w ogóle nie przejmował się tym, że walczy o mistrzostwo świata. Po pierwszych stu rzutkach prowadził z kompletem trafień.
"Polak przystąpił do zawodów bardzo skoncentrowany. Idealnie składał się do strzałów i podobnie jak dwaj jego wielcy rywale również strzelał tego dnia bez pudła. Nazajutrz kolejność startu uległa zmianie. Gawlikowski strzelał przed południem. Znów imponował wszystkim spokojem i opanowaniem. Żaden rzutek mu nie uciekł. Objął prowadzenie z wynikiem 100 pkt na tyleż możliwych" – relacjonowała "Trybuna Robotnicza".
Gawlikowski wytrzymał napięcie do końca. Z 200 rzutków trafił 198 i został mistrzem świata. Walkę o złoto rozstrzygnął jeden rzutek - Jurij Curanow ze Związku Radzieckiego oraz Fin Markus Remes zakończyli zawody z wynikiem 197 trafień. To był symboliczny dzień dla polskiego strzelectwa - po 43 latach od lwowskiego zwycięstwa Józefa Kiszkurny nasz zawodnik znów wygrał indywidualną konkurencję mistrzostw świata w strzelaniu do rzutków…
Sport dla wytrwałych
Do swojej medalowej kolekcji Gawlikowski dołożył także srebro drużynowe. W konkurencji skeet 150 Polacy uzyskali 572 punkty: Gawlikowski trafił wszystkie 150 rzutków, Jerzy Trzaskowski i Piotr Nowakowski po 142, a Hubert Pawłowski 138. Polski zespół osiągnął taki sam wynik jak zwycięska ekipa ZSRR, lecz ostatecznie stanął na drugim miejscu na podium. Był pewien niedosyt, ale też dowód, że polski skeet należy do światowej czołówki.
W skeecie startowały też nasze panie – Polki zajęły drugie miejsce drużynowo, jednak nie otrzymały medali. Według "Trybuny Robotniczej" konkurencja nie spełniła wymogów regulaminowych i skończyło się tylko na pamiątkowych pucharach. Do tabeli medalowej wyniku pań nie dodano, chociaż był to oczywisty sportowy sukces, który powinien zostać uhonorowany srebrnym medalem…
Sukces polskiej reprezentacji w Thun nie był dziełem przypadku. Ówcześni szkoleniowcy oceniali, że w strzelectwie 60–70 procent wyniku zależy od predyspozycji psychicznych i odporności nerwowej, a resztę daje technika, którą można było doskonalić na treningach. W kraju zarejestrowanych było około 28–30 tysięcy strzelców, ale najwyższe klasy sportowe miało mniej więcej pięciuset. Za medalami stały ćwiczenia "na sucho". Zajęcia bywały monotonne, przez co – jak pisano – "młodzież rzuca sport strzelecki po pierwszych próbach i "przenosi" się do innych dyscyplin". W Szwajcarii do tarczy celowali więc najlepsi z najlepszych i… najwytrwalsi.
Skala samej imprezy w 1974 roku była imponująca. Do Thun i Berna przyjechały reprezentacje 62 państw, a dostępne w archiwach zestawienia obejmują 51 konkurencji medalowych. Zawody nazywa się mistrzostwami w Thun, ale program podzielono między dwa ośrodki - w Thun strzelano z karabinu i pistoletu, w Bernie rozgrywano konkurencje śrutowe oraz ruchomą tarczę. Zawody trwały do 28 września.
Amerykańsko-radziecka dominacja
Amerykanie byli wyjątkowo mocni w konkurencjach karabinowych. John Writer wygrał karabin małokalibrowy w trzech postawach na 50 metrów, przed Lonesem Wiggerem i Lannym Basshamem. Bassham triumfował także w trzech postawach na 300 metrów oraz w strzelaniu leżąc i stojąc. Każdy polski medal w karabinie oznaczał przebicie się przez zwarty blok reprezentacji USA.
Związek Radziecki dominował w konkurencjach kobiet i w pistolecie. W karabinie pneumatycznym kobiet całe podium zajęły reprezentantki tego kraju: Tatiana Ratnikowa, Kira Bojko i Baiba Zarina. W pistolecie sportowym na 25 metrów pierwsze trzy miejsca przypadły Ninie Stoliarowej, Galinie Zarikowej i Zinaidzie Simonian.
W pozostałych konkurencjach zwycięstwa rozeszły się szeroko. W trapie mężczyzn wygrał Francuz Michel Carrega przed Włochami Giorgiem Rosattim i Silvanem Basagnim. Kanadyjka Susan Nattrass była najlepsza w trapie kobiet, a Larisa Korczinskaja z ZSRR w skeecie. W ruchomej tarczy triumfowali Helmut Bellingrodt z Kolumbii i Walery Postojanow z ZSRR.
Ciekawostką była liczba remisów. Pędzisz i Bassham mieli po 384 punkty, Foster i Hürzeler po 387, Pędzisz i Botwin po 385, a w skeecie drużynowym Polacy z wynikiem 572 punkty zrównali się ze zwycięską ekipą ZSRR. Ale nie wystarczało trafić tyle samo. O miejscach decydował regulamin rozstrzygania remisów, więc napięcie ze strzelnicy przenosiło się do stolików sędziowskich.
Ostatnie strzały ugruntowały sukces polskiej ekipy - Eugeniusz Pędzisz wyjechał ze Szwajcarii z dwoma złotymi i dwoma brązowymi medalami, Wiesław Gawlikowski ze złotem i srebrem, a pozostałe krążki były sukcesami drużynowymi.
Start w globalnym czempionacie w Thun i Bernie był jednym z najlepszych w historii polskiego strzelectwa sportowego. Niestety nie odbił się szerokim echem w mediach i zapewne dlatego sukces ten nie został w pełni "skonsumowany". A przecież Polska była wówczas jedną z najlepszych i najrówniejszych reprezentacji świata. Wyprzedzały ją tylko drużyny USA i ZSRR...