W tym artykule:
Igrzyska olimpijskie w Montrealu w 1976 roku kojarzą się przede wszystkim z Nadią Comăneci. Czternastoletnia Rumunka zachwyca świat. Zdobywa pierwszą w historii olimpijskiej gimnastyki notę 10,0 i staje się największą gwiazdą zawodów. W tym samym czasie, w męskim turnieju drużynowym, rozgrywa się historia zupełnie innego gatunku. Nie ma w niej perfekcji. Jest za to pęknięta rzepka, walka z bólem i zeskok z wysokości ponad dwóch metrów…
Jej bohaterem jest 26-letni Japończyk. Nazywa się Shun Fujimoto.
Japonia przyjeżdża do Montrealu jako potęga. Od igrzysk w Rzymie w 1960 roku wygrywa drużynowe złoto cztery razy z rzędu. W Kanadzie zadanie jest jednak wyjątkowo trudne. Tuż przed zawodami z kadry wypada aktualny mistrz świata w wieloboju Shigeru Kasamatsu, który przechodzi nagłą operację wyrostka robaczkowego. Po ćwiczeniach obowiązkowych prowadzi natomiast Związek Radziecki, mający nad Japończykami pół punktu przewagi.
W takiej sytuacji każdy wynik ma znaczenie…
Zapomnieć o bólu
Podczas ćwiczeń wolnych Shun Fujimoto wykonuje jedną akrobację i źle ląduje. Natychmiast czuje silny ból w prawym kolanie. Uraz okazuje się poważny, bo pęka rzepka. Japończyk nie podchodzi jednak do trenera i nie prosi o pomoc. Postanawia ukryć kontuzję.
"Zawody były tak blisko i nie chciałem, żeby reprezentacja straciła koncentrację, martwiąc się o mnie" – wytłumaczy później.
Decyzja ma również wymiar czysto sportowy. Japonia już wcześniej straciła przecież Kasamatsu. Kolejne osłabienie oznaczałoby, że na następnych przyrządach pozostała piątka praktycznie nie ma prawa popełnić poważnego błędu. Fujimoto wie, że jego odejście może wpłynąć nie tylko na wynik, ale również mentalność kolegów. Dlatego podchodzi na konia z łękami.
Ta konkurencja nie wymaga spektakularnego lądowania na nogach, więc Japończyk jest w stanie ukryć problem. Wykonuje ćwiczenie i otrzymuje 9,5 punktu. Wynik jest na tyle dobry, że nie odstaje od rezultatów kolegów. Pierwsza część planu się udaje. Drużyna nadal walczy o złoto, a większość osób wokół niej nie zdaje sobie sprawy, jak poważnie uszkodzone jest kolano Fujimoto. Najtrudniejsza próba dopiero jednak nadchodzi…
Kolejnym przyrządem są kółka. Samo ćwiczenie gimnastyk może wykonać głównie przy pomocy górnej części ciała. Problemem jest zakończenie. Lądowanie oznacza uderzenie całym ciężarem ciała o materac.
Japończyk doskonale wie, co go czeka.
"Wiedziałem, że jeśli źle wyląduję, nie otrzymam wielu punktów. Wiedziałem też, że muszę spróbować zapomnieć o bólu" – zrelacjonuje po konkursie.
Shun zaczyna sekwencję: podwójne salto z pełnym obrotem puszcza kółka na wysokości około 2,4–2,5 metra, wykonuje ewolucję i spada w stronę materaca. Ląduje mocno na obu stopach. Obciążenie uszkodzonego kolana jeszcze pogłębia uraz i prowadzi do zerwania więzadeł. Przez moment najważniejsze jest jednak coś innego. Fujimoto utrzymuje równowagę!
Podnosi ręce i czeka na ocenę. Na tablicy pojawia się 9,7. To jego najlepsza nota w karierze! Dopiero po zakończeniu ćwiczenia bohater nie jest już w stanie skutecznie ukrywać cierpienia.
"Ból przeszył mnie jak nóż" – opowie po latach.
Gimnastyk chce kontynuować zawody, ale jego stan na to nie pozwala. Przed zespołem pozostają jeszcze skok, poręcze i drążek. Japończycy muszą kończyć rywalizację w pięciu, co oznacza, że każdy ich wynik trafia do klasyfikacji. Nie ma już zawodnika, którego słabszą notę można odrzucić.
Presja staje się jeszcze większa.
Cztery dziesiąte punktu
Koledzy wiedzą już, co zrobił Fujimoto. To ich mobilizuje. Zaczynają odrabiać straty. Rywalizacja ze Związkiem Radzieckim trwa do samego końca. Na ostatnim przyrządzie Mitsuo Tsukahara wykonuje znakomite ćwiczenie na drążku i otrzymuje 9,9.
Po podliczeniu punktów Japonia ma 576,85. Związek Radziecki – 576,45.
O piątym kolejnym olimpijskim złocie Japończyków decydują cztery dziesiąte punktu.
W takim zestawieniu 9,5 zdobyte przez Fujimoto na koniu z łękami i 9,7 na kółkach są punktami, które realnie wpływają na losy złotego medalu.
WIDEOShun Fujimoto
Przez kolejne lata ta historia staje się symbolem olimpijskiego poświęcenia. W 2017 roku Japończyk trafia do International Gymnastics Hall of Fame. Jego występ w Montrealu pozostaje najważniejszym momentem kariery, choć jednocześnie jest wydarzeniem, którego sam bohater nie próbuje romantyzować.
Po latach zostaje zapytany, czy jeszcze raz podjąłby taką samą decyzję. Czy ponownie ukryłby pękniętą rzepkę, wszedł na kółka i wykonał zeskok, wiedząc, że może jeszcze poważniej uszkodzić nogę.
Shun odpowiada bez wahania:
"Nie. Nie zrobiłbym tego".
W Montrealu orężem przeciw kontuzji była ambicja i adrenalina, podsycane młodocianą brawurą i chęć sięgnięcia po najcenniejszy sportowy laur. Po latach przemówił rozsądek.