Dwa lata, które zmieniają Espena Bredesena

Jest luty 1992 roku. Espen Bredesen przyjeżdża na igrzyska w Albertville jako 24-letni mistrz Norwegii. Jeszcze rok wcześniej wygrywa oba indywidualne tytuły krajowe.

Espen BredesenEspen Bredesen
Źródło zdjęć: © Facsimile Stavanger Aftenblad 22.2.1993
Tomek Sowa

Kibice mają wobec niego pewne oczekiwania - chcą przyzwoitego wyniku w najważniejszym starcie czterolecia. Kilka dni później Bredesen zostaje jednak antybohaterem…

Na normalnej skoczni w Courchevel zajmuje 58., ostatnie miejsce. Na dużej jest 57. wśród 59 zawodników. Norwegia, kraj traktujący skoki niemal jak część narodowej tradycji, patrzy na te wyniki z niedowierzaniem. Gazeta "Aftenposten" podsumowuje pierwszy konkurs słowami: "największa norweska klęska w historii skoków".

Espen nie zapomina nagle, jak się skacze. Problem leży gdzie indziej. Zawodnik trafia w sam środek technicznej rewolucji, której Norwegowie przez kilka lat nie chcą zaakceptować. Oni, ojcowie narciarstwa i klasyka, mieliby niszczyć swoje dziedzictwo? Co to, to nie. Ale świat zaczyna im "odjeżdżać"…

Trzy tygodnie na nauczenie się nowego skakania

Pod koniec lat 80. Jan Boklöv zaczyna rozstawiać narty w powietrzu w kształt litery V. Początkowo sędziowie karzą Szweda niższymi notami za styl, ale przewaga aerodynamiczna okazuje się zbyt duża. Pozwala odrabiać straty stylowe punktami za dłuższe skoki. Boklöv wygrywa Puchar Świata w sezonie 1988/1989. I tego domina nikt już nie jest w stanie zatrzymać. Pada klocek za klockiem, bo kolejni zawodnicy szlifują styl V.

Norwegowie zwlekają.

Bredesen po latach wspomni, że działacze długo trzymali się stylu klasycznego z równolegle prowadzonymi nartami. Dopiero bezpośrednio przed igrzyskami w 1992 roku staje się jasne, że dalszy opór nie ma sensu. Że zwyczajnie jest niekorzystny. Szczegóły tej decyzji są różne. Jedni twierdzą, że zapadła dwa tygodnie przed konkursem olimpijskim. Sam Bredesen twierdzi, że o zmianach dowiedział się mniej więcej trzy tygodnie przed wyjazdem do Francji. Niewielka różnica nie zmienia jednak sedna sprawy: na opanowanie nowego sposobu lotu jest zdecydowanie za późno.

"Byliśmy potwornie w tyle" - przyzna po latach Espen.

W Courchevel jego skoki są nie tylko krótkie. Wyglądają też bardzo źle wizualnie. Po latach skoczek przyzna:

"Machałem w powietrzu. Byłem całkowicie bez szans".

Gdy traci równowagę, efekt potęguje jeszcze asymetria bioder, z którą się zmaga.

Po latach dodaje jeszcze jeden element do całej układanki. Zmiana techniki nie jest bowiem jedynym problemem. W rozmowie z Jakubem Radomskim z "Przeglądu Sportowego" powie wprost, że w Albertville przegrał również psychicznie. Z presją. Stwierdził, że rozsądniej byłoby skakać na igrzyskach w starym stylu i dopiero później spokojnie ewoluować do nowszej formy.

Media nie okazują mu litości. Pojawia się przezwisko "Espen the Eagle", nawiązujące do Eddiego Edwardsa, sympatycznego Brytyjczyka słynącego z bardzo krótkich skoków podczas igrzysk w Calgary. Dla Bredesena nie jest to komplement. Krytyka boli, choć ma szczęście żyć jeszcze w czasach bez mediów społecznościowych. Może po prostu przestać czytać gazety.

Teraz stawiam życie

Odbudowuje się stopniowo. Niedługo po Albertville zajmuje 11. miejsce w mistrzostwach świata w lotach w Harrachovie. Sam uważa ten wynik za ważny, bo udowadnia sobie, że nie jest tak słabym skoczkiem, jak przedstawiają go niektóre gazety.

Latem 1992 roku norweską kadrę przejmuje Trond Jøran Pedersen. Zmienia nie tylko technikę. Kładzie nacisk na prostsze zadania, pewność siebie, pracę mentalną i atmosferę w zespole. To temu trenerowi Espen przypisuje wielkie zasługi. Pedersen pomaga mu uporządkować styl V, ale przede wszystkim uczy go, jak nie próbować kontrolować podczas skoku każdego szczegółu.

Czas mija. 6 stycznia 1993 roku Bredesen jest ostatni w konkursie Turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen. Do mistrzostw świata pozostaje zaledwie 46 dni…

Espen Bredesen komentuje WC Holmenkollen
Espen Bredesen komentuje WC Holmenkollen © Bjoertvedt - Praca własna, CC BY-SA 3.0

Kilka tygodni później jedzie na mamucią skocznię Kulm. Technicznie czuje się znacznie lepiej, ale podczas zawodów wciąż skacze zachowawczo. W pewnym momencie dochodzi jednak do wniosku, że dalsze analizowanie nie ma sensu.

"Zawody w Kulm były dla mnie niemal objawieniem. To tam dowiedziałem się, jak skakać, żeby być najlepszym - nie tylko na mamutach, ale także na mniejszych obiektach. Po prostu po nich, za każdym razem, skakałem z narażeniem życia" – opowie po latach.

Efekt jest zdumiewający.

W lutym 1993 roku podczas mistrzostw świata w Falun Espen Bredesen skacze w pierwszej serii konkursu na dużej skoczni 125,5 metra. To aż dziewięć metrów dalej od dotychczasowego rekordu obiektu! Jeden z sędziów przyznaje mu nawet 20 punktów za styl. Norweg zostaje indywidualnym mistrzem świata, a dwa dni później zdobywa również złoto w drużynie.

Od katastrofy w Albertville mija rok.

Cała Norwegia czeka na jego złoto

Sezon 1993/1994 należy do niego. Przemieniony skoczek wygrywa Turniej Czterech Skoczni, kończąc ponad dwudziestoletnie oczekiwanie Norwegów na taki sukces. Prowadzi również w walce o Puchar Świata. Gdy rozpoczynają się igrzyska w Lillehammer jest mistrzem świata i jednym z największych faworytów gospodarzy.

Znów ciśnienie jest ogromne.

Po trzydziestu latach, Espen wspomni, że trzy tygodnie przed igrzyskami czytał prognozy prasowe: przy jego nazwisku praktycznie wszyscy wpisywali złoty medal. Oczekują go dziennikarze, rodzina, znajomi i sztab.

"Presja na mnie była ogromna" - powie.

Tyle że tym razem czuje coś, czego nie miał w Albertville: jest przygotowany. Uważa, że znajduje się w życiowej formie.

Na dużej skoczni wszystko początkowo przebiega idealnie. Po pierwszej serii Norweg ma dziesięć punktów przewagi nad Jensem Weißflogiem. Kilkadziesiąt tysięcy norweskich kibiców otacza skocznię. Ludzie stoją na pobliskich polach, łąkach i między drzewami, próbując choćby usłyszeć wyniki. Są zachwyceni…

W drugiej serii Weißflog oddaje genialny skok. Niemiec leci o jedenaście metrów dalej od Bredesena, odrabia stratę i wygrywa. O osiem punktów. Norweg zostaje ze srebrem. Dla Norwegów tak zdobyty medal i tak jest sukcesem. Jeden z miejscowych kibiców mówi reporterowi "Trybuny Śląskiej", że porażka nie jest wstydem, skoro Espena pokonał zawodnik takiej klasy.

104 metry i droga z ostatniego na pierwsze miejsce

Sam Bredesen przyznaje po zawodach, że jest rozczarowany. Z perspektywy czasu zaczyna jednak uważać, że to srebro mogło mu pomogło. Gdyby już wtedy zdobył złoto, euforia mogłaby utrudnić koncentrację przed drugim konkursem.

A tak, pięć dni później staje na normalnej skoczni…

Po pierwszej serii ponownie prowadzi. W drugiej rywale kolejno odpadają z walki o tytuł. Jens Weißflog nie powtarza sukcesu z dużej skoczni, Andreas Goldberger również nie wytrzymuje. Dziewiętnastoletni Lasse Ottesen ląduje na 98. metrze i zapewnia sobie medal.

Na górze zostaje tylko on. Espen Bredesen.

W trudnych warunkach osiąga 104 metry, ustanawia rekord obiektu i kończy konkurs z wynikiem 282 punktów. Drugiego Ottesena wyprzedza aż o 14 punktów.

"Dziennik Polski" następnego dnia pisze, że to, co pokazał w finałowej próbie, jest "pokazem sportowego arcymistrzostwa".

On sam najlepiej pamięta nie sam lot, ale chwilę już po nim.

"Kiedy stałem na dole po drugim skoku, byłem mistrzem olimpijskim. U siebie!" – mówi. To była najpiękniejsza chwila w jego karierze.

To złoto ma również spore znaczenie historyczne. Jest przecież pierwszym norweskim zwycięstwem olimpijskim w skokach od triumfu Toralfa Engana w 1964 roku.


WIDEO
Espen Bredesen 209m OLD WORLD RECORD Planica 1994


Bredesen sezon kończy jako zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W ostatnich zawodach w Planicy leci jeszcze 209 metrów, ustanawiając rekord świata. To też jedno największych przeżyć kariery.

Katastrofa w Albertville nie podcięła mu skrzydeł. Nie była dowodem na brak talentu. Była raczej skutkiem spóźnionej reakcji na rewolucję techniczną. Była też punktem zwrotnym. Espen wycisnął z tamtej porażki co tylko się dało…

Wybrane dla Ciebie