Jak "wieśniak" wygrał pierwsze Tour de Pologne. Opowieść o Feliksie Więcku

Niezwykła to historia. Niezwykła i inspirująca. Feliks Więcek stanął na starcie pierwszego Biegu Dookoła Polski, będąc zawodnikiem mało znanym. Po ostatnim etapie jego nazwisko krzyczały tysiące...

Feliks Więcek w 1932 rokuFeliks Więcek w 1932 roku
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tomek Sowa

Warszawa, wrzesień 1928 roku.

Przed kolarzami półtora tysiąca kilometrów trasy. Drogi są ciężkie. Asfalt jest wręcz luksusem. Nie ma samochodów technicznych czy błyskawicznego serwisu sprzętu. Wokół raczej unosi się kurz. Gdy z nieba pada deszcz przeszkodą jest błoto. Rowery naprawia się samodzielnie. Kolarskie realia lat 20. Wśród zawodników ruszających do pierwszego Biegu Dookoła Polski jest Feliks Więcek. To skromny czeladnik rzeźniczy i pasjonat kolarstwa z Bydgoszczy. Nie ma charakteru gwiazdy…

"Jakiś wieśniak"

Jego historia jest nietuzinkowa. Niewiele bowiem brakowało, by w ogóle nie wystartował. Nie był zamożny, a jego rower nie nadawał się do tak długiego i ciężkiego wyścigu. Z pomocą przyszedł inny kolarz, Sobolewski, dzięki któremu Więcek trafił do firmy Wahren. Tam nieznanemu jeszcze zawodnikowi zgodzono się dać nową ramę.

"Przyjechał tu wieśniak na jakimś lichym rowerze i chce startować w Biegu Dookoła Polski" – tak ponoć przywitał go jeden z pracowników firmy.

Feliks samodzielnie złożył maszynę. Przed najważniejszym startem życia zdążył przejechać na niej ledwie około dwudziestu kilometrów.

Pierwszy etap szybko przypomniał mu, że zdolności nie wystarczą. Sparciałe gumy zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Musiał zmieniać je w trakcie rywalizacji. Ówczesny rower również ograniczał możliwości zawodników. Odpowiednie przełożenie zakładało się przed startem i praktycznie na nim trzeba było dojechać do mety. W Lublinie Więcek popełnił jeszcze jeden błąd. Był przyzwyczajony do mety oznaczonej taśmą, a tam finisz wyznaczała namalowana na ulicy linia. Szukając taśmy, przegapił właściwy moment i przegrał z Michalakiem. Po tej gafie miał powiedzieć, że drugi raz coś takiego już się nie wydarzy.

I nie rzucił słów na wiatr. Wygrał sześć kolejnych etapów i w ciągu kilku dni z zawodnika, którego przed wyścigiem prawie nikt nie znał, stał się człowiekiem, na którego ruch reagował cały peleton. Miał prostą, ale bardzo skuteczną taktykę. Długo jechał z tyłu głównej grupy. Obserwował rywali i oszczędzał siły. Potem wychodził na prowadzenie i nagle podkręcał tempo. Kiedy grupa zaczynała pękać, a przy nim zostawało dwóch lub trzech najmocniejszych, znów przyspieszał.

Rywale pękali…

Na złych drogach trudno było zmieniać się na prowadzeniu tak często jak dziś. Po latach Feliks wspominał, że czasem jeden zawodnik ciągnął grupę przez pięć kilometrów.

Największy przeciwnik?

Do pierwszego Touru przygotowywał się bez względu na pogodę. Był zawzięty i cierpliwy. Nie straszne było mu błoto. Ciężkie warunki go zahartowały. Najlepszy obraz możliwości Więcka kibice obejrzeli na etapie z Poznania do Łodzi. Szesnaście kilometrów za Poznaniem miał defekt. Rywale od razu zrozumieli, że mają szansę i ruszyli bardzo mocno, próbując go zgubić. Wiedzieli, że wygrał już pięć etapów z rzędu i teraz mogą odskoczyć. Feliks stracił około pięciu minut, ale nie wyglądał na załamanego. Wymienił koło, wytarł rękawem nos, usiadł na rower i rozpoczął samotny pościg.

Potem stopniowo mijał kolejne grupki, aż w okolicach Strzałkowa zobaczył przed sobą najlepszych uciekinierów. Dzieliło ich około siedmiuset metrów. Reporter "Przeglądu Sportowego" pisał później, że pędził, nie zwracając uwagi na bruk, górki ani zakręty. Różnica malała, aż w końcu została z niej garść metrów. Czołówka nie wytrzymała! Pościg trwał około 75 minut i rozegrał się na dystansie mniej więcej 55 kilometrów. Pewien dziennikarz obliczył przeciętną prędkość Więcka na około 44 km/h. I - co najważniejsze - on jechał sam!

Ale to nie koniec tej historii. Gdy zrównał się z nimi, miał jeszcze siłę żartować, że najwyraźniej brakuje im "benzyny w nogach". Potem na ulicach Łodzi znów ruszył do ataku. Wśród szpalerów publiczności oderwał się od czołówki i pierwszy przeciął metę na placu Tanfaniego. To był jego szósty, kolejny triumf etapowy.

Rywali pocieszano, że na płaskim Więcek jest znakomity, ale przecież przyjdą góry. No i kiedy w końcu przyszły, to… niewiele się zmieniło. Z Wielunia do Poznania podjazdy pokonywał lekko. Inni wstawali z siodełek, szarpali rowerem i walczyli o każdy metr, a on pochylał się nad kierownicą i utrzymywał równy rytm. Był naprawdę silnym zawodnikiem.

Naprawdę wielkim przeciwnikiem okazał się jego własny rower. Na piątym etapie uszkodził część przekładni i aby ruszyć dalej, musiał pożyczyć młotek od spotkanej przy drodze handlarki. Znowu stracił kilka minut, ale naprawił rower. A później pierwszy dojechał do mety. Ciężkie to były czasy. Zawodnik musiał być jednocześnie kolarzem, mechanikiem i człowiekiem niezwykle odpornym na przeciwności. Feliks Więcek radził sobie w każdej z tych ról.

Nie wygrywał jednak samą siłą i wytrzymałością. Miał też kolarski spryt. Jego żona Elżbieta wspominała po latach, że zła pogoda wcale go nie martwiła. Gdy widziała przez okno deszcz i mocny wiatr, mówiła mu, że warunki są fatalne, a on odpowiadał, że to dla niego znakomita wiadomość. Innym razem przed wyścigiem sprawdził kierunek wiatru i demonstracyjnie ustawił odpowiednie przełożenie. Informacja natychmiast rozeszła się wśród konkurentów, którzy zaczęli robić to samo. Kilka minut przed startem Więcek odszedł na bok i po cichu zmienił ustawienie na inne. Po latach tłumaczył z uśmiechem, że przecież nikomu nie kazał go naśladować.

Przyszli dla niego

Przed ostatnim etapem z Łodzi do Warszawy wygraną miał na wyciągnięcie ręki. Był już wtedy centralną postacią imprezy. Odbierał nagrody i pozował do kolejnych zdjęć. Na rowerze wciąż wyglądał jednak tak, jakby dopiero zaczynał. Kiedy wychodził na prowadzenie, tempo wyraźnie rosło i po kilku kilometrach konkurenci mieli dość. Ciągle chciał udowadniać, jak mocnym jest zawodnikiem.

Niestety, kolejny raz złośliwość rzeczy martwych dała o sobie znać. Pięć kilometrów za Łowiczem znów przebił oponę. Czołówka odjechała, a on został sam - dokładnie tak, jak kilka dni wcześniej. Kolejny raz ruszył w pogoń i… zakończył ją powodzeniem. Po około dwudziestu kilometrach ciężkiej pracy dopadł liderów. Według prasowych relacji pokonał ten odcinek w około 25 minut. Wydawało się, że nawet pech nie potrafi zrobić mu krzywdy.

Czternaście kilometrów przed Warszawą los spróbował jeszcze raz. Feliks ponownie miał defekt, lecz tym razem do mety było zbyt blisko, by odrobić stratę. Etapu więc nie wygrał. Przyjął to z charakterystycznym dla siebie humorem, bo wiedział, że najważniejszej rzeczy i tak nikt już mu nie zabierze. Na mecie czekały tysiące ludzi, a meldunki z ulic Warszawy dochodziły do sędziów drogą telefoniczną. Gdy podawano nazwiska zawodników jadących na czele, po trybunach niosło się jedno pytanie:

"A gdzie Więcek?".

Feliks Więcek w 1932 roku
Feliks Więcek w 1932 roku © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pierwsi kolarze wpadli na tor, publiczność wiwatowała, ale prawdziwy wybuch nastąpił dopiero wtedy, gdy ktoś na trybunach dostrzegł niebieską koszulkę zwycięzcy całego wyścigu. Spiker wyczytał jego nazwisko, a tłum eksplodował. W powietrze poleciały kapelusze i kwiaty. Tysiące ludzi machało rękami. "Przegląd Sportowy" pisał, że był to jeden z największych triumfów, jakie do tamtej pory przeżył polski sportowiec. Więcek nie wygrał ostatniego etapu, ale to dla niego przyszli ludzie.

Pierwszy Bieg Dookoła Polski ukończył z czasem 58 godzin i 19 sekund. Drugi Wiktor Olecki stracił do niego ponad godzinę. Była to ogromna przewaga, zwłaszcza w wyścigu, w którym kilka minut mogła zabrać jedna przebita opona, naprawa przy drodze albo zwykły pech.

Z roweru na motocykl

Po triumfie właściciel firmy Wahren zaprowadził go do magazynu, w którym stało około trzydziestu nowych rowerów. Powiedział, że może wybrać siedem. Sześć za sześć zwycięskich etapów i siódmy za wygranie całego wyścigu. Wcześniej jakiś jegomość nazwał go tam "wieśniakiem", a teraz mógł wybierać w sprzęcie. Ależ zmiana!

W kolejnym Tour de Pologne wystartował już jako faworyt, ale wielkiego sukcesu nie powtórzył. Zajął czwarte miejsce, a jego największym przeciwnikiem nie był tym razem żaden kolarz, a ogromny ból zęba. Feliks wspominał, że podczas etapów potrafił zatrzymywać się przy drodze, kłaść w rowie i kilkanaście minut nie był w stanie jechać. W Lublinie lekarz zabronił mu dalszego startu, ale on się uparł i ruszył dalej na własną odpowiedzialność. Taki miał charakter…

Jego nawyki też miały niewiele wspólnego z późniejszym profesjonalnym kolarstwem. Uwielbiał jeść parówki lub serdelki. Kiedy zawodnikom kończyło się picie, cała grupa potrafiła zatrzymać się przy strumieniu, żeby się napoić. Warunki były prymitywne, ale on czuł się w nich dobrze. Im cięższa była droga i pogoda, tym częściej okazywało się, że to jego atuty.

W 1935 roku wciąż się ścigał. W wyścigu Polska–Niemcy na trasie Berlin–Warszawa zajął siódme miejsce i był najlepszym z Polaków. Z tamtych zawodów została mu blizna na czole. Na ostatnim etapie za Sochaczewem kurz był tak gęsty, że niemal niczego nie widział. Droga skręcała, z przeciwka nadjechał konny wóz i Feliks uderzył głową w jego koło. Krew płynęła obficie, ale – jak to on – pojechał dalej. Później wspominał, że na warszawskiej Woli z bólu miał wrażenie, jakby "nie miał głowy na sobie".

Po rozstaniu z kolarstwem przesiadł się na motocykl. Startował w wyścigach. Kiedy Zygmunt Weiss odwiedził go w 1958 roku w domu na łódzkiej Radogoszczy, mieszkanie przypominało małe muzeum. Na ścianach wisiały fotografie z dawnych zawodów, w gablotach stały puchary, kryształy i statuetki, a albumy były pełne starannie opisanych zdjęć i wycinków z gazet. Na honorowym miejscu znajdowała się duża fotografia zwycięzcy pierwszego Tour de Pologne.

Mieszkał wtedy z żoną Elżbietą i dziewiętnastoletnim synem Tadeuszem. Ojciec namawiał chłopaka, by podtrzymał rodzinne tradycje w kolarstwie, ale syn wolał motoryzację.

Feliks Więcek zmarł w 1978 roku.

Wybrane dla Ciebie