Stadion Stanforda w Kalifornii, 22 lipca 1962 roku. Głowa przy głowie. Około 80 tysięcy ludzi. Na bieżni i skoczniach trwa mecz lekkoatletyczny. Naprzeciw siebie stoją reprezentacje Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. To nie jest zwyczajne spotkanie. W środku zimnej wojny takie starcie potęg, na każdej możliwej płaszczyźnie, ma dodatkowe znaczenie.
W skoku wzwyż Amerykanie mają Johna Thomasa, byłego rekordzistę świata. A ZSRR przywozi dwudziestoletniego Walerego Brumela.
Rosjanin rozpoczyna od 2,05 m. Kolejne wysokości pokonuje spokojnie. Do 2,18 potrzebuje dwóch prób, ale 2,21 znów zalicza za pierwszym razem. Amerykański rywal kończy wcześniej. Widząc to Brumel naradza się z trenerem Władimirem Diaczkowem. Chce dać show, więc poprzeczka idzie na 2,26 m. To centymetr powyżej rekordu świata.
Rusza.
Już pierwsza próba jest udana!
"Przegląd Sportowy" napisze następnego dnia, że skakał "lekko i dynamicznie", a po rekordzie próbował jeszcze 2,28. Najbardziej niezwykła jest jednak reakcja stadionu. Około 80 tysięcy Amerykanów urządza reprezentantowi ZSRR burzliwą owację. Amerykańska prasa opisze ją jako kilkuminutową.
Tamtego dania w Kalifornii, przynajmniej na kilka minut ważniejszy jest człowiek, który właśnie skoczył wyżej niż ktokolwiek wcześniej. Polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan. Na moment.
Dwa miesiące później zacznie się kryzys kubański…
Sprężyny w nogach
Walery Brumel pochodzi z radzieckiego Dalekiego Wschodu, ale dorasta w Woroszyłowgradzie, dzisiejszym Ługańsku. Skok wzwyż zaczyna trenować jako nastolatek. Nie imponuje wzrostem, bo ma około 185 cm, dlatego bazuje na sprycie i dobrym przygotowaniu fizycznym. Jest niezwykle szybki, silny i dynamiczny.
Pod okiem trenera Diaczkowa trenuje bardzo ciężko. Skoki przez poprzeczkę stanowią tylko część pracy. Są sprinty i ogromna liczba ćwiczeń siłowych - taka stara, radziecka szkoła. Walery potrafi przebiec 100 metrów w około 10,5 sekundy i skoczyć w dal 7,65 m. Skacze techniką przerzutową, ale atakuje poprzeczkę z szybkością rzadko spotykaną u zawodników tej konkurencji.
W 1960 roku jedzie na igrzyska do Rzymu. Ma wtedy osiemnaście lat. Faworytem jest Thomas, który w tym sezonie wielokrotnie poprawia rekord świata. Finał kończy się jednak sensacją. Robert Szawłakadze zdobywa złoto, Brumel srebro, a Amerykanin jest dopiero trzeci.
Rok później Walery Brumel jest już główną postacią konkurencji. Między 1961 a 1963 rokiem sześć razy poprawia rekord świata: od 2,23 do 2,28 m. Ten ostatni wynik ustanawia w Moskwie podczas kolejnego meczu ZSRR–USA. Co ciekawe, rekord przetrwa siedem lat. Porównania w radzieckich gazetach "wylatują" wtedy w kosmos. Lekkoatletę zestawia się z Gagarinem i Titowem, a jego wyniki nazywa "skokami w stratosferę".
Rywalizacja z Johnem Thomasem ma znamiona bitwy propagandowej. Ale prywatnie obaj zawodnicy coraz bardziej się jednak szanują. Wiedzą, że bez dobrej dyspozycji jednego, drugi również nie wspiąłby się na wyżyny umiejętności.
W Tokio w 1964 roku ponownie spotykają się w walce o olimpijskie złoto. Konkurs trwa niemal pięć godzin. Obaj pokonują 2,18 m i obaj trzykrotnie strącają 2,20. Decyduje liczba wcześniejszych nieudanych prób. I Brumel ma ich mniej.
Cztery lata po srebrze zostaje mistrzem olimpijskim. Ma 22 lata. Wszystkim wydaje się, że dopiero zaczyna wielkie skakanie.
Walka o powrót
Jesienią 1965 roku nadal jest rekordzistą świata. Na początku października bierze jeszcze udział w meczu Francja–ZSRR w Paryżu. Kończy wynikiem 2,15 m. Kilka dni później, na mokrej ulicy w Moskwie, jego sportowa kariera zostaje brutalnie zatrzymana.
Walery jedzie z koleżanką jako pasażer motocykla Jawa. Na mokrej jezdni maszyna traci przyczepność, a on zostaje z niej wyrzucony i uderza prawą nogą o ulicę. Łamie nogę w wielu miejscan. Stan jest tak poważny, że lekarze rozważają nawet amputację.
Po 24 dniach lekarz Brumela mówi, że najgroźniejsza rana ma 17 centymetrów. Początkowo medycy nie są nawet pewni, czy zawodnik odzyska pełną sprawność stopy. Ale zaczyna już chodzić. Delikatnie, o kulach. Do jego sali przychodzą zaś setki listów z całego świata.
Jeden z najważniejszych wysyła człowiek, z którym przez lata rywalizował. John Thomas pisze do niego, by nie godził się z porażką, i wyraża nadzieję, że jeszcze zobaczy go skaczącego. Walery sam powtarza, że wróci, choć kość nie chce się prawidłowo zrosnąć.
Następują kolejne operacje. Przechodzi ich około trzydziestu. Nadal towarzyszą mu kule. Ale w pewnym momencie trafia do Gawriiła Ilizarowa. W odległym Kurganie chirurg stosuje opracowany przez siebie aparat pozwalający stabilizować, korygować i wydłużać uszkodzoną kość. Operacja odbywa się w maju 1968 roku. Aparat zostaje zdjęty po około czterech i pół miesiąca. Skutek? Walery wreszcie może chodzić bez kul. W grudniu zaczyna trening niemal od zera.
Najpierw uczy się biegać. Codziennie pokonuje około 1,5 kilometra. Do tego dochodzi praca z ciężarami i pływanie. Te pierwsze próby są bolesne. Z czasem potrafi wykonać dwadzieścia przysiadów na roztrzaskanej wcześniej prawej nodze, mając na plecach obciążenie. Robi też przysiady ze sztangą ważącą około sto kilogramów.
Gdy dziennikarze pytają o powrót, odpowiada ostrożnie:
"Nie mówię: będę skakał. Po prostu rozpocząłem treningi".
Ale w końcu wraca. Nie odzyskuje dawnego poziomu, ale samo przekroczenie dwóch metrów, po latach operacji, budzi podziw. W 1970 frunie nad poprzeczką ustawioną na 2,15. Potem kończy karierę i próbuje swoich sił w pisaniu książek. W jednej z nich opisuje swój powrót.
Umiera w 2003 roku.