Janusz Sidło. Król... bez korony

Janusz Sidło miał rekord świata, dwa złota mistrzostw Europy i pięć olimpijskich startów. Zabrakło mu tylko złota igrzysk, choć przez lata był jednym z największych oszczepników świata. Dziś 93. rocznica jego urodzin.

Janusz SidłoJanusz Sidło
Źródło zdjęć: © domena publiczna | E. Warmiński - Jerzy Suszko "Cudowna drużyna królowej sportu"
Tomek Sowa

Zagraniczni dziennikarze nazwali go królem oszczepu. W polskim Wunderteamie mówiono na niego żartobliwie "Łokietek". Jedno i drugie do niego pasowało, choć nie tłumaczyło jego historii. Janusz Sidło przez ponad dwadzieścia lat rzucał tak, że świat przecierał oczy ze zdumienia. Miał rekord świata, mistrzostwa Europy, serie zwycięstw i pięć olimpijskich występów. Nie wywalczył tylko jednego. Złotego medalu igrzysk.

Chłopak, który pokochał oszczep

O swojej karierze potrafił mówić krótko. Żaden autor nie potrafiłby opisać jego życia piękniej, z tak zaskakującym finałem. Miał talent i był uparty. Był tytanem pracy, który maksymalnie wykorzystywał każdy trening.

Pierwszy raz wziął oszczep do ręki, gdy miał niespełna szesnaście lat. Wcześniej próbował wielu rzeczy. Kopał piłkę, grał w siatkówkę a nawet śmigał po lodzie z hokejowym kijem. Był jednym z tych chłopaków, którzy na podwórku potrafią dostosować się do każdej gry. Pierwsze rzuty nie zapowiadały jeszcze czegoś wielkiego, bo oszczep lądował około trzydziestego piątego metra. Niby niewiele, ale wystarczyło, by pojechać na zawody do Warszawy. Wrócił z nich dumny, bo wśród rówieśników znalazł tylko jednego lepszego.

Jeszcze w tym samym miesiącu, pod koniec czerwca 1949 roku, wystartował w Katowicach w mistrzostwach Polski juniorów. Tam zrewanżował się Andrzejowi Walczakowi za warszawską porażkę. Wygrał. Po kilku tygodniach treningu był już najlepszy w kraju w swojej kategorii. Pokochał oszczep

Niedługo później przyszło powołanie do reprezentacji na mecz z Rumunią. Trzy miesiące treningu i dostał biało-czerwony dres! Mógł zwariować ze szczęścia, ale też ulec tremie. Sidło rzucił wtedy 51,29 m i zajął ostatnie miejsce. Nikt nie miał do niego pretensji. Tak wyglądał początek.

W 1950 roku znalazł się w Gdańsku, w Spójni. Tam zainteresowano się nie tylko jego wynikami, ale także szkołą. To ważny fragment jego życia, bo Janusz nie był gotowym mistrzem. Trzeba go było poukładać. W Gdańsku dostał opiekę, której potrzebował. Poprawiał wyniki i nadrabiał zaległości. Gdy inni poprawiali wyniki, on siedział nad książkami. Maturę zdał, a w nagrodę pojechał na igrzyska do Helsinek.

Miał dziewiętnaście lat i wchodził do olimpijskiego świata. W Helsinkach nie było medalu. Była za to lekcja. Z czasem właśnie igrzyska miały być najtrudniejszymi zawodami w jego życiu. Tam zawsze coś wymykało się spod kontroli. Brakowało jednego rzutu albo spokojnego wejścia. I zwyczajnie – szczęścia.

Trener Szelest, praca i rzut za granicę 80 metrów

Najważniejszą postacią w jego rozwoju był Zygmunt Szelest. Ich losy splotły się dość dziwnie. Kiedy Janusz stawiał pierwsze kroki na stadionie, Szelest zbliżał się do końca kariery zawodniczej. Kiedyś rywalizowali o miejsce w reprezentacji. Potem starszy wziął młodszego oszczepnika pod swoje skrzydła. Sidło przyznawał później, że bez jego nauk nie byłoby "króla oszczepu". Wspólnie pracowali nad techniką.

Jesienią 1953 roku świat o nim usłyszał. W Jenie, podczas meczu Polska – NRD, rzucił ponad osiemdziesiąt metrów. Jedenaście dni wcześniej cieszył się z pierwszej siedemdziesiątki. Nagle przekroczył granicę, która dla wielu wydawała się nieosiągalna. Pierwszy rzut był rekordem życiowym, drugi rekordem Polski, trzeci rekordem Europy. 80,15 m. Gdyby nie Amerykanin Bud Held, byłby wtedy rekordzistą świata. Ale i tak Polak wszedł na najwyższy poziom.

Zygmunt Szelest i Janusz Sidło
Zygmunt Szelest i Janusz Sidło © domena publiczna | M. Szymkowski - Jerzy Suszko "Cudowna drużyna królowej sportu"

W 1954 roku został mistrzem Europy w Bernie. Dwa lata później pobił rekord świata. To był czas, gdy jego nazwisko znaczyło już w oszczepie bardzo wiele. Polska lekkoatletyka miała wtedy wielki zespół, a Sidło należał do jego najjaśniejszych postaci. Rzucał daleko. Przeciwnicy musieli się z nim liczyć wszędzie.

Melbourne: srebro, rekord i legenda

Melbourne, rok 1956. Eliminacyjne sito przeszło dwóch Polaków. Prócz Sidły do finału zakwalifikował się Jan Kopyto. Biało-czerwoni, podobnie jak inni czołowi oszczepnicy, jakby nieco się oszczędzali. Rzucili tyle, ile powinni, zachowując siły na finał. A ten rozpoczął się niemrawo. Wiatr mieszał stawkę. "Przegląd Sportowy" relacjonował:

"Finał rozegrany został wobec 100 tysięcznej widowni. Od pierwszej kolejki wyniki znacznie podskoczyły, ale były to dopiero próbne galopy najlepszych oszczepników świata. W drugiej kolejce sytuacja wyjaśnia się nieco. Na czoło wychodzi radziecki miotacz Cybułenko, który wynikiem 75,74 poprawia rekord olimpijski. A więc rywal, którego Sidło zawsze stawiał w rzędzie tych, którzy mogą go pokonać, pokazał pierwsze pazury. Nie wychodzą jeszcze rzuty Danielsenowi i Sidle, dwóm głównym rywalom, nadzwyczaj słabo rzucają w finale Amerykanie, którzy w efekcie nie wprowadzą do pierwszej szóstki ani jednego swego przedstawiciela (Young miał tylko 68.64)".

Janusz Sidlo, Berlin 1959-09-05

W trzeciej próbie w końcu przypomniał o sobie Janusz Sidło. Rzucił 79,98 m, wysuwając się na prowadzenie. To była świetna próba. Co ważne, wykonał ją jedynym dostępnym wówczas metalowym oszczepem. Pewnie prowadził. Egil Danielsen, który kilka tygodni wcześniej pokonał Polaka w Oslo, musiał więc wspiąć się na wyżyny. Nie był jednak, jak powszechnie się uznaje, lekkoatletą nieznanym. Potrafił rzucać i… zrobił to:

"To był piekielny rzut. Oszczep wyrzucony ręką Norwega wyleciał jak z katapulty i wobec oniemiałych tym wyczynem ludzi wylądował daleko poza chorągiewką, znaczącą nie tylko najlepszy dotychczas wynik Polaka, ale również za tablicą rekordu świata, należącego również do Sidły" – pisał korespondent "Przeglądu Sportowego".

Norweg zwyciężył. Rzucił rekordowe 85,71 m. Mimo to po zawodach zachował wielką klasę. Podszedł do Polaka, serdecznie go wyściskał. Potem, już w trakcie wywiadów, mówił, że dla niego Sidło nadal jest najlepszym oszczepnikiem świata. Że nawet w konkursie olimpijskim rzucał najdalej. Trzecie miejsce przypadło reprezentantowi ZSRR, Wiktorowi Cybułenko. A Jan Kopyto ukończył zawody na bardzo dobrym, piątym miejscu.

Z tamtym konkursem wiąże się legenda o pożyczonym oszczepie. Janusz Sidło, widząc słabe próby Danielsena, miał przekazać mu swój sprzęt. Zmarły redaktor Leszek Jarosz zbadał tamte opowieści. Zbadał relacje, również te dostępne "na gorąco". Okazało się, że wersja przekazywana z pokolenia na pokolenie miała w sobie wiele uroku, ale była nie do końca prawdziwa. W rzeczywistości bowiem Sidło nie "pożyczył" rywalowi oszczepu. W Melbourne to organizatorzy dostarczali oszczepnikom sprzęt. W trakcie konkursu olimpijskiego do dyspozycji startujących były drewniane i jeden metalowy oszczep, który w trzeciej próbie zabrał Polak. To nim rzucił blisko 80 m. Potem przekazał go reprezentantowi ZSRR i właśnie Egilowi Danielsenowi…

Pięć igrzysk i korona, której nigdy nie dostał

Potem przyszły kolejne sezony, zwycięstwa i następne tytuły. W 1958 roku Janusz znów został mistrzem Europy. Wciąż był w światowej czołówce. Wciąż rzucał tak, że młodsi musieli na niego patrzeć z respektem. Ale igrzyska czekały i znów miały wystawić go na próbę.

Rzym w 1960 roku zaczął się znakomicie. W eliminacjach Sidło rzucił 85,14 m. To był nokaut. Wydawało się, że rywale nie będą w stanie odpowiedzieć. Finał przyniósł jednak chaos. Norweg Terje Pedersen, który miał rozpoczynać kolejkę, nie stanął do rozgrywki. Sidło nie wiedział, że za chwilę zostanie wywołany. Nie był przygotowany. Oddał pierwszy rzut w pośpiechu. Rywale tylko na to czekali. Wiktor Cybulenko rzucił 84,64 m i zdobył złoto. Sidło był dopiero ósmy. Po eliminacyjnym rzucie, który mógłby dać wielkość, finał przyniósł kolejną ranę.

Nie czekał do końca igrzysk. W trzy dni po finale był już w Norwegii. Na stadionie Bislet w Oslo jego oszczep znów poleciał ponad 80 metrów. Potem podobnie w Dortmundzie i Warszawie. Cóż z tego, skoro olimpijska próba nie wyszła... W sporcie czasem forma przychodzi o kilka dni za późno. Dla Sidły takie spóźnienia były szczególnie dotkliwe.

W Tokio w 1964 roku miał już trzydzieści jeden lat. O złocie mówiło się ostrożniej, ale medal nadal był realny. Był w wysokiej formie, kryzys minął, wróciła seria zwycięstw. Tyle że oszczep zmieniał się razem ze światem. Osiemdziesiąt metrów przestawało być sensacją. W Tokio złoto dał wynik 82,66 m. Sidło znów był blisko. Zajął czwarte miejsce.

Janusz Sidło
Janusz Sidło © domena publiczna | nieznany

To był najokrutniejszy wymiar tej jego kariery. Był wielki, ale często do pełni szczęścia brakowało decydującego kroku. W Meksyku w 1968 roku wystąpił po raz piąty na igrzyskach. Już jako weteran i człowiek, który nosił na barkach całą historię polskiego oszczepu. Młodsi zawodnicy byli coraz mocniejsi. Władysław Nikiciuk odebrał mu rekord Polski. Świat przyspieszał, ale Sidło nie chciał zejść ze sceny bez walki.

Po Meksyku potrafił jeszcze przeżyć drugą młodość. Wciąż rzucał daleko i potrafił zaskoczyć rywali. W Mantes-la-Jolie stanął do pojedynku z takimi zawodnikami jak Jorma Kinnunen i Pauli Nevala. Finowie byli pewni siebie. Gdy oszczep Polaka w trzeciej kolejce poleciał daleko za linię 85 metrów, zaczęli oglądać sprzęt, ważyć go w rękach i szukać wyjaśnienia. Nie mogli pogodzić się z tym, że starszy zawodnik ich pokonał. Sędziowie nie znaleźli niczego nieprawidłowego. Sidło wszedł na najwyższy stopień podium.

Na tym można właściwie zamknąć rozdział zawodniczy. Do Monachium już nie pojechał. Na swoim koncie zapisał pięć startów olimpijskich, z których każdy miał zaskakujący finał. Żaden nie był taki, jakiego chciał. Król oszczepu nie doczekał się korony olimpijskiej.

Po zejściu z rzutni został trenerem. Próbował przekazać innym to, czego sam nauczył się przez lata. Wiedział, że ta konkurencja nie wybacza pośpiechu. Wiedział też, że talent jest tylko początkiem. Sam był tego najlepszym dowodem. Miał dar, ale bez pracy, szkoły, trenera Szelesta, porażek i powrotów ten dar nie wystarczyłby na tak długą drogę.

Janusz Sidło zmarł w 1993 roku. W polskim sporcie zapisał się wielkimi literami. Nie przez brak olimpijskiego złota, lecz… pomimo jego braku. Był mistrzem Europy, rekordzistą świata i pięciokrotnym olimpijczykiem. Piękna to była kariera.

Dziś 93. rocznica urodzin tego wybitnego sportowca.

Wybrane dla Ciebie