Potrzebny, gdy wygrywał. Jak Francuzi zapomnieli Boughera El Ouafi

Boughera El Ouafi wbiegł na stadion w Amsterdamie jako pierwszy maratończyk igrzysk olimpijskich 1928 roku. Zdobył dla Francji złoto, choć urodził się w kolonialnej Algierii. Pracował w fabryce Renault i nigdy nie pasował do pięknej opowieści narodowym bohaterze. Jego triumf szybko zamienił się w historię zapomnienia i samotności mistrza, którego ojczyzna potrafiła wykorzystać. I tak naprawdę nigdy nie potrafiła okazać uznania…

Boughera El Ouafi w trakcie igrzysk olimpijskich w 1928 roku fot. domena publicznaBoughera El Ouafi w trakcie igrzysk olimpijskich w 1928 roku fot. domena publiczna

Amsterdam, 5 sierpnia 1928 roku. Dochodzi kwadrans po trzeciej po południu, gdy maratończycy ruszają ze stadionu olimpijskiego. Dzień jest chłodny. Wilgotność spora. Warunki, jak na maraton, są niemal idealne. Na liście startowej znajdują się Finowie – nacja długodystansowych hegemonów, przynajmniej tamtych czasów. Są też Brytyjczycy, Amerykanie, całkiem nieźli Japończycy, jest Chilijczyk Manuel Plaza. Francja też wystawiła swojego przedstawiciela. Z numerem 71 biegnie Boughera El Ouafi – drobny, ważący niespełna 60 kilogramów robotnik z fabryki Renault w Billancourt. Zgłoszono go jako Francuza, choć urodził się w Ouled Djellal, w kolonialnej Algierii.

Taktyczny majstersztyk

Na początku nie wygląda na to, że francuski lekkoatleta sobie poradzi. Po dziesięciu kilometrach jest daleko, około dwudziestego miejsca. Nie szarpie tempa. Jest cierpliwy.

Około 32. kilometra sytuacja zaczyna się zmieniać. El Ouafi przesuwa się w stronę czołówki. Prowadzący zaczynają odczuwać trudy rywalizacji. Amerykanin Joie Ray słabnie. Japończyk Kanematsu Yamada cierpi z powodu skurczów. El Ouafi i Manuel Plaza odrywają się od reszty. Gdy stadion widzi pierwszego maratończyka, nie jest nim żaden z bohaterów typowanych przed startem. To Francuz z pochodzący Algierii! „Gazeta Bydgoska” napisze kilka dni później (pisownia oryginalna):

„W kilka chwil potem robi to samo Chilijczyk Plaza, dochodząc do Francuza na odległość 14 m. Wydawało się już, że Plaza wyminie El Ouiafi’ego, lecz ten miał jeszcze dość siły w rezerwie i wpada na stadjon jako pierwszy, witany burzą oklasków, a za nim o 30 m. ukazu je się Plaza”.

Boughera El Ouafi kończy bieg w czasie 2 godzin, 32 minut i 57 sekund. Francja ma złoto. Więcej, ma jedyne złoto w lekkoatletyce podczas tamtych igrzysk. Tyle że od pierwszych godzin po triumfie widać, że to zwycięstwo będzie dla niej kłopotliwe.

Bo kim właściwie był nowy mistrz olimpijski? Francuzem? Algierczykiem? Arabem? „Indigène”, jak mówiono w języku kolonialnej administracji? Według regulaminu wygrał zawodnik Francji. Polityka i prasa natychmiast jednak skomplikowały sprawę…

Z wojska na igrzyska

Talent Boughery dostrzeżono w wojsku. W końcowym okresie I wojny światowej służył w oddziałach algierskich armii francuskiej. Wypatrzył go porucznik Vaquer, który zaintrygowany możliwościami drobnego podwładnego, wysłał go na zawody wojskowe. Tam El Ouafi poradził sobie przyzwoicie. Potem trafił do samej Francji, gdzie zaczął startować w biegach. W 1924 roku był już mistrzem kraju w maratonie. Wystąpił też na igrzyskach w Paryżu, kończąc bieg na 7. miejscu. Później – jak wielu kolonialnych robotników – pracował fizycznie. Zatrudnił się w Renault jako operator maszyny wkręcającej śruby. Sport był dla niego odskocznią. Sposobem na spędzanie czasu wolnego.

Boughera El Ouafi fot. domena publiczna

Trenował i startował regularnie. Potrafił ćwiczyć bardzo intensywnie, byleby trafić z formą we właściwym czasie. Pewnie dlatego dla jego znajomych zwycięstwo w Amsterdamie nie było przypadkowe. Było wynikiem pracy, doświadczenia i taktyki. Francuski „L’Excelsior” pisał o „inteligencji biegu, odwadze i jakości atletycznej” zwycięzcy. Ważny to głos, bo wiele późniejszych opowieści odbierało mu sprawczość i robiło z niego przypadkowego mistrza olimpijskiego. Tymczasem El Ouafi wygrał w sposób bardzo dojrzały. Poczekał, aż inni zaczną tracić siły, a potem zaatakował. Ujmowali mu też przeciwnicy. Amerykanin Joie Ray już w pierwszych wywiadach stwierdził, że w „normalnych warunkach” bez problemu pokonałby reprezentanta Francji. Mówił tak, jakby sam sobie chciał wytłumaczyć porażkę, jaką niewątpliwie było dlań 5. miejsce.

Zresztą, reakcje Francuzów też był dwojakie. Część gazet trąbiła o sukcesie. Inne znów pozostawiały kolonialny posmak. Jedni widzieli w nim dowód, że „Algieria to Francja”. Inni natychmiast przypominali, że to Francja to kraj nierówny i podzielony.

Najmocniej chyba uderzyła drwina „L’Humanité”, w którym pisano: „wreszcie francuskie zwycięstwo! To – o ironio – zwycięstwo Araba El Ouafiego w maratonie”. To zdanie było esencją problemu. Bo oficjalnie jego medal szedł na konto Francji. Ale społecznie i politycznie wielu nie traktowało nowego mistrza, jak Francuza. Był potrzebny, gdy wygrywał…

Zawodowiec

Był jeszcze jeden problem, bo po złocie przyszła pokusa z USA. Biegacz dostał propozycję zawodowych startów w Stanach Zjednoczonych. Dziś to normalne, że mistrz olimpijski zarabia na swoim talencie. Ale w latach 20. zarobkowanie było największym grzechem olimpijczyka! Sportowiec miał rywalizować dla idei, honoru i państwowych barw. Pobudki to zacne, kreowane i wygodne przede wszystkim dla tych, których było stać na bezinteresowność.

Boughery El Ouafi był robotnikiem. Pracował w fabryce. Nie miał rodzinnej fortuny ani społecznego zaplecza, które pozwalałoby traktować bieganie jak rozrywkę. Gdy Amerykanie zaoferowali mu pieniądze, to je przyjął. Miał występować w maratonach i krótszych biegach. Jeździć od miasta do miasta i zarabiać na nazwisku. We Francji szybko go potępiono. Pojawiały się ostrzeżenia, że stanie się „maszyną do biegania”. Pisano, że Ameryka jest dla niego mamidłem.

Z jednej strony można dostrzec w tym stanowisku troskę. Ale jest też pogarda. Kiedy ubogi robotnik, pochodzący z jednej z kolonii, chciał zarobić na własnym talencie, nagle przypomniano mu, że sport musi być czysty. Gdy wrócił z amerykańskiego tournée został zdyskwalifikowany.

„Może i byłem głupi, zgadzając się przepłynąć Atlantyk, wiem, ile ten wyjazd do Stanów Zjednoczonych oznaczał dla mnie, robotnika w fabrykach Renault. Zgodziłem się, proszę bardzo! Wszystkie moje wydatki zostały pokryte. Ameryka jest piękna. Chilijczyk, który rywalizował ze mną w Amsterdamie, otrzymał od swojego prezydenta willę. Mnie moja ojczyzna zdyskwalifikowała!” – stwierdził po latach, z wyraźnym zgorzknieniem w głosie.

Ocalić od zapomnienia…

Od tego momentu stopniowo znikał. Próbował jeszcze biznesu. Za zarobione dolary otworzył kawiarnię, ale nie miał doświadczenia i został oszukany. Pieniądze przepadły. Pracował więc dorywczo i żył skromnie. Z roku na rok zwyczajnie o nim zapominano. Dopiero w 1956 roku, gdy Alain Mimoun – również urodzony w Algierii, również reprezentujący Francję – wygrał maraton olimpijski w Melbourne odkurzono jego historię. Mimoun pamiętał o poprzedniku. Chciał, by Francja znów zobaczyła człowieka, którego sama wymazywała ze zbiorowej pamięci, więc zaprosił go na przyjęcie w Pałacu Elizejskim, zorganizowane z okazji mistrzostwa. Tam mistrz z 1928 został przedstawiony prezydentowi, René Coty’emu, który pomógł załatwić mu pracę. Po latach ktoś w końcu wyciągnął do niego dłoń… „L’Équipe” rozpoczęła wtedy akcję prenumeraty wśród swoich czytelników, aby zapewnić staremu i zapomnianemu Boughery’emu, godziwą starość.

Ale nawet ten powrót był niedługi. Najpierw został potrącony przez autobus i nie mógł pracować. Trzy lata później, 18 października 1959 roku, Boughery El Ouafi został zastrzelony w Saint-Denis. Trwała wojna algierska. Okoliczności jego śmierci do dziś pozostają niejasne. Pojawiają się wersje o rodzinnych porachunkach, sporach między algierskimi ugrupowaniami, a także o politycznym bezprawiu.

Trudne były losy robotnika, który nieprzypadkowo wygrał olimpijski maraton…

Wybrane dla Ciebie