Teófilo Stevenson - olimpijska trylogia

Teófilo Stevenson przez ponad dekadę był postrachem olimpijskich ringów, trzykrotnym mistrzem igrzysk i symbolem kubańskiego boksu. Nigdy jednak nie przeszedł na zawodowstwo.

Teofilo Stevenson (z lewej) i Olaf Walther Teofilo Stevenson (z lewej) i Olaf Walther
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Lehmann, Thomas

"Poczułem nagle, że kopnął mnie koń" – relacjonował Jugosłowianin Dragan Vujković. A potem przegrał, przed własną publicznością w Belgradzie, w drugiej rundzie pojedynku o mistrzostwo świata. Bo Teófilo Stevenson bił piekielnie mocno. Niewielu potrafiło wytrzymać z nim w ringu do ostatniego gongu.

Nie tylko siła

Gdy Kubańczyk wchodził do ringu olimpijskiego, przeciwnicy często najpierw musieli "przerobić" w głowie jego legendę – dziś mówilibyśmy o aurze. Dopiero potem walczyli z nim samym. Teófilo nie był tylko wysokim i silnym pięściarzem, który potrafił kończyć walkę jednym ciosem. Był bokserem zdyscyplinowanym. Imponował techniką i spokojem. Jego trzy olimpijskie starty dały światu opowieść o dominacji tak rzadko spotykanej w sporcie.

Pierwszy rozdział napisał w Monachium w 1972 roku. Stevenson przyjechał tam już po sensacyjnej porażce z Duane’em Bobickiem, amerykańskim pięściarzem polskiego pochodzenia. W Niemczech naturalnie pytano o rewanż. Kubańczyk walczył znakomicie, trzy pojedynki wygrał przed czasem, w tym właśnie z Bobickiem. A jeden z rywali nie wyszedł nawet do ringu…

Cztery lata później w Montrealu Stevenson był już pięściarzem bardzo znanym. Bronił złota, a jego styl budził powszechny respekt. Rywale marzyli, by trafić na niego jak najpóźniej. Senegalczyk Drame padł w drugiej rundzie, Fin Ruokola miał dość po dwóch minutach, a Amerykanin Tate doznał ciężkiego nokautu na początku pierwszego starcia. W finale Rumun Simon poddał się przed ostatnim gongiem. W Kanadzie Teófilo udowodnił przewagę, jaką miał nad resztą ciężkich amatorów. Widać było, że każdy następny przeciwnik wygląda na coraz bardziej bezradnego.

Po Montrealu zaczęto mówić o walce Stevensona z Muhammadem Alim. Obaj nawet spotkali się prywatnie. Ali chciał walki piętnastorundowej. Kubańczyk krótszej, bo czterorundowej. Zawsze "coś" stało na przeszkodzie. I koniec końców ich pojedynek nigdy się nie odbył, choć rozpalał wyobraźnię kibiców i promotorów. Kubańczyk dostawał kuszące oferty przejścia na zawodowstwo, ale pozostał amatorem. Tłumaczył:

"Nie wierzę w profesjonalizm, wierzę tylko w rewolucję. Mówię tym wszystkim ludziom z Ameryki, tym promotorom, że pieniądze nic dla mnie nie znaczą. Czym jest osiem milionów dolarów w porównaniu z ośmioma milionami Kubańczyków, którzy mnie kochają?".

Miał inny cel, bardzo konkretny. Wydaje się, że sportowo czysty. Chciał zdobyć trzeci tytuł olimpijski i wyrównać tym samym rekord Laszlo Pappa.

Gdyby nie polityka

Moskwa w 1980 roku była miejscem, w którym miał zapisać się w historii. I… triumf przyszedł mu nawet łatwiej niż poprzednie zwycięstwa w Monachium i Montrealu! Absolutnie żaden rywal nie zmusił go do maksymalnego wysiłku, a nazwisko Stevensona paraliżowało przeciwników. W finale z Piotrem Zajewem nie rzucał się do efektownego nokautu. Punktował lewym prostym niemal do znudzenia, rzadko uruchamiał prawą rękę, choć właśnie ona miała opinię ciosu rozstrzygającego.

To była najważniejsza cecha jego olimpijskiej wielkości. Teófilo Stevenson potrafił nokautować, ale nie był niewolnikiem takiego rozstrzygnięcia. Uderzał z dołu, używał haków, prowadził walkę według planu i umiał cierpliwie odbierać rywalom odwagę. Trener Alcides Sagarra uważał go za najlepszego ciężkiego wszech czasów, nawet ponad zawodowcami. Przez to do dziś można dyskutować, bo przecież do konfrontacji z profesjonalistami nie doszło. Za to nie ma co polemizować z trzema złotymi medalami, które są wymiernym dowodem jego wielkości.

Teófilo Stevenson
Teófilo Stevenson © domena publiczna

Jego długa sportowa droga zaczęta na Kubie. Urodził się w Puerto Padre, a na ring trafił jako trzynastolatek. Wyróżniał się posturą i siłą, lecz szybko pokazał, że walczy nie tylko fizycznością. Na igrzyskach liczyła się odporność na presję i umiejętność podołania roli faworyta. A on miał świadomość, że każdy chce być, który jako pierwszy obali jego mit. Później wychodził między liny, łapał dystans i zmuszał rywali, by boksowali na jego warunkach.

Od Monachium przez Montreal po Moskwę Stevenson stał się symbolem olimpijskiej nieuchronności. Miał porażki, między innymi z Igorem Wysockim, lecz w najważniejszych turniejach zawsze "dowoził". Więcej, gdyby nie polityka, to wystartowałby pewnie w Los Angeles i Seulu. Kto wie, czy złotego dorobku jeszcze by nie poprawił…

Dziś 14. rocznica śmierci prawdopodobnie najlepszego amatorskiego pięściarza, który nigdy nie spróbował zawodowstwa.

Wybrane dla Ciebie