Zygmunt Smalcerz. Mucha z Bestwinki, która podniosła Polskę
Był tak drobny, że Władysław Komar mógł podnieść go jak piórko. Ale gdy przyszło dźwigać ciężar kibicowskich nadziei, Zygmunt Smalcerz nie ugiął się ani na moment. Dziś mistrz olimpijski, świata i Europy kończy 85 lat.
W niedzielę, 27 sierpnia 1972 roku o godzinie 22:10, w monachijskiej hali podnoszenia ciężarów orkiestra zagrała "Mazurka Dąbrowskiego". Dla polskiej ekipy był to pierwszy hymn na tamtych igrzyskach. Na najwyższy stopień podium wskoczył Zygmunt Smalcerz, drobny zawodnik z Bestwinki.
Startował w wadze muszej, do 52 kilogramów. Był lekki, ale przez treningi gimnastyczne i siłowe, potrafił dźwigać wielkie ciężary. W Monachium wygrał trójbój wynikiem 337,5 kg. Wycisnął 112,5 kg, wyrwał 100 kg i podrzucił 125 kg. Za nim zostali dwaj Węgrzy: Lajos Szűcs z wynikiem 330 kg oraz Sándor Holzreiter z 327,5 kg. Różnica siedmiu i pół kilograma może i wydaje się przewagą spokojną, ale… tamten wieczór wcale spokojny nie był.
By zdobyć złoto trzeba pokonać rywali czy własne słabości. Ale w Monachium trzeba też było nieźle liczyć. Matematyka stała się wręcz niezbędna! Zygmunt Smalcerz w wyciskaniu zrealizował plan. W rwaniu nie rzucił się na rekord świata, choć wcześniej sam był rekordzistą. Najlepszy wynik globu odebrał mu Aung Gyi z Birmy, który w słabszej grupie uzyskał 105 kg. Polak nie dał się sprowokować. Do swoich podejść podchodził na chłodno. Zaliczył 95 kg. Przy 100 kg sztanga przydusiła go niemal do ziemi, ale wstał! I w protokołach zapisano mu kolejną wartość.
W podrzucie napięcie wróciło. Smalcerz zaliczył 125 kg w pierwszej próbie. Potem dwa razy nie poradził sobie ze 130 kg. To dawało możliwość ataku Lajosowi Szűcsowi. Węgier podrzucił 127,5 kg i poprosił o 135 kg. Gdyby podniósł ten większy ciężar, pewnie wygrałby złoto, bo przy równym wyniku był lżejszy od Smalcerza. Na sali zapadła cisza. Szűcs zarzucił sztangę na pierś, zebrał resztki sił i spróbował wyrzucić ją nad głowę. Ale nie utrzymał jej! Zygmunt Smalcerz został mistrzem olimpijskim. Polska miała pierwszy złoty medal w Monachium i 101. medal olimpijski w swojej historii.
Po dekoracji na najwyższym maszcie wisiała biało-czerwona flaga. Z trybun wyrósł las polskich chorągiewek. Było też gromkie "Sto lat" a potem znów hymn.
"Cieszę się strasznie, że spełniły się moje nadzieje - zostałem mistrzem olimpijskim. Cieszę się bardzo, że złoty medal zdobyty przeze mnie, rozpoczyna drugą setkę medali osiągniętych przez Polaków w historii Igrzysk Olimpijskich" – mówił zaczepiającym go sprawozdawcom.
Ten najbardziej ambitny
Następnego ranka Polacy w wiosce olimpijskiej mieli swojego bohatera. Władysław Komar - kawał chłopa, sam ważący prawie 120 kilogramów, podniósł niespełna pięćdziesięciokilogramowego Smalcerza niczym piórko. Posadził go sobie na plecach i wniósł między polskich olimpijczyków.
Pod blokiem numer 40 zebrali się ci, którzy nie startowali rano albo ci, którym pozwolono wyrwać się z treningów. Byli lekkoatleci, piłkarze, bokserzy, koszykarze, kolarze, łucznicy, dżudocy, szermierze i ciężarowcy. Jedni przyszli z ciekawości. Inni znów z wdzięczności. Wszyscy czuli, że ten mały człowiek z walczący z obciążoną sztangą zrobił coś naprawdę wielkiego.
"Zygmunt, pokaż medal!" – zaczepiali go.
Radości nie było też końca daleko od Monachium. W Czechowicach-Dziedzicach Anna i Józef Smalcerzowie, rodzice mistrza, zbierali gratulacje w Kombinacie Przemysłu Kabli "Polkabel", gdzie pracowali. Zaproszono ich do świetlicy zakładowej, żeby jeszcze raz obejrzeli triumf syna. Tym razem w kolorze. I po tym nastąpiła seria pytań. Matka mówiła, że ma pięciu synów i każdego kocha tak samo. Tyle że to Zygmunt zawsze był najbardziej ambitny. Musiał dopiąć swego. Ojciec przyznał, że liczył na medal, ale o złocie bał się marzyć. Nie chciał zapeszać. Przypominał też słowa syna sprzed igrzysk:
"Tato, muszę zdobyć złoty medal".
Brzmi jak proroctwo?
W tej jego całej historii, a mowa o długoletniej karierze, na wierzch wypływa jedna cecha, która doprowadziła go do sukcesów. Zygmunt zawsze był niespotykanie uparty.
Z gimnastyki do sztangi
Urodził się 8 czerwca 1941 roku w Bestwince koło Bielska-Białej. Dość wcześnie z rodziną przeniósł się do Czechowic-Dziedzic. Tam sport stał się dlań nie tyle dziecięcą rozrywką, co… częścią domu. Rodzice byli bowiem gospodarzami sali sportowej po dawnym Sokole. Tam młodziutki Zygmunt korzystał z przyrządów gimnastycznych i podpatrywał starszych kolegów. Uczył się przy tym właściwego ruchu i utrzymania równowagi.
Po wszystkim wracał do domu. Był szczęśliwy, choć w rodzinie się nie przelewało.
"Generalnie nie powodziło nam się najlepiej. Rodzina była wielodzietna, człowiek ukroił kromkę chleba, posypał cukrem i był szczęśliwy. Można powiedzieć, że sport miałem we krwi. Dobrze grałem w piłkę, byłem bardzo sprawny" – opowiadał po latach w "Trybunie Śląskiej".
Zanim pojawiła się sztanga, była gimnastyka. Pierwszym ważnym przewodnikiem okazał się Karol Machalica, nauczyciel i społecznik z Czechowic-Dziedzic. Mistrz wspominał go jako człowieka, który bezinteresownie poświęcił się pracy z młodzieżą. To on zobaczył w drobnym chłopaku ponadprzeciętną sprawność fizyczną połączoną z dużą ambicją.
W 1959 roku Zygmunt wystartował w mistrzostwach Polski juniorów w Łodzi i zajął czwarte miejsce. Przegrał tylko z mocnymi rywalami z Radlina, braćmi Kubicami. Talentem młodego gimnastyka zainteresował się Paweł Gaca. Przyszły mistrz trafił na zgrupowania kadry juniorów do Jeleniej Góry i Sopotu, a na co dzień ćwiczył w BKS-ie Bielsko-Biała.
52 kg - 1975 Weightlifting World & European Championships - Moscow, USSR
Latem pod Szyndzielnię dojeżdżał rowerem. Zimą wskakiwał w pociąg. Gdy kończył szkołę średnią, trzeba było wybrać dalszą drogę. Usłyszał, że najlepsza dla niego jest gimnastyka w Warszawie, więc zdał na Akademię Wychowania Fizycznego. W 1960 roku, już jako student, po raz pierwszy zetknął się ze sztangą. Namówili go Józef Czopik i trener Augustyn Dziedzic, ten sam, który pracował z Waldemarem Baszanowskim. Argument był prosty. Planowano wprowadzić kategorię musza do 52 kg, a Smalcerz ważył wtedy około 49 kg. Był za lekki na kogucią, ale idealny do nowej wagi.
Pierwszy start w nowej dyscyplinie wyglądał skromnie. Uzyskał 185 kg w trójboju: 50 kg w wyciskaniu, 60 kg w rwaniu i 75 kg w podrzucie. Ale to dźwiganie żelastwa bardzo mu się spodobało. Tak rozpoczęła się długa przygoda Zygmunta ze sztangą. Po sześciu latach wytężonego treningu wyciskał już 100 kg. Został reprezentantem Polski, a w meczu z Finlandią po raz pierwszy wpisał się na listę rekordzistów kraju.
W 1969 roku przyszedł pierwszy duży krajowy sukces, mistrzostwo Polski. W tym samym czasie na mistrzostwach świata w Warszawie zadebiutował w biało-czerwonych barwach. Zajął czwarte miejsce. Po latach wspominał, że z trybun dopingowali go ojciec i trzej bracia. Byli z niego dumni, choć on sam czuł niedosyt. Nie zaliczono mu wtedy wyniku w wyciskaniu z powodu uchybień technicznych. Zygmunt uważał, że gdyby miał bardziej znane nazwisko, mógłby znaleźć się na podium. Nie załamał się jednak. Pracował dalej.
Największy przełom przyszedł w 1971 roku. W Limie został mistrzem świata w wadze muszej. Wcześniej zdobył złoto mistrzostw Europy w Sofii. To był sezon, w którym zawodnik z Bestwinki zamieszał w światowej czołówce. Przed Monachium jego pozycję wzmacniał też rekord świata w rwaniu i kolejny tytuł mistrza Europy, wywalczony tuż przed igrzyskami w Konstancy. Oczekiwania rosły. A z nimi presja.
Udźwignął je!
Mistrzostwo równie cenne
Złoto olimpijskie było wielkim sukcesem, choć sam mistrz po latach przyznał, że jeszcze bardziej ceni inny triumf. Chodziło o start w Moskwie w 1975 roku, kiedy jako 34-letni kapitan Wojska Polskiego i zawodnik stołecznej Legii wrócił na tron najlepszej "muchy" świata. Okoliczności były wyjątkowe, bo niewielu w niego wtedy wierzyło. Po kontuzji odniesionej na zawodach o Puchar Przyjaźni w Zaporożu jego forma budziła wątpliwości. Na mistrzostwach Polski i w Pucharze Bałtyku wygrywał z krajowymi rywalami tylko dzięki niższej wadze ciała. Nawet trener Klemens Roguski nie liczył na medal. A jednak…
W Moskwie rywalizacja miała dramaturgię godną finału olimpijskiego. Mohammad Nassiri, obrońca tytułu, nie zaliczył rwania i wypadł z gry. Aleksandr Woronin, rekordzista świata, uzyskał 100 kg, mniej niż przypuszczano. Zygmunt wyrwał 105 kg, tak samo jak Japończyk Takeuchi, ale wygrał niższą wagą ciała. W podrzucie zaliczył 127,5 kg, a potem 132,5 kg. Pupil gospodarzy, Woronin, musiał odpowiedzieć ciężarem 140 kg. Zarzucił sztangę na pierś, lecz nie udźwignął jej nad głowę. Upuścił ciężar na pomost, zmroczony wysiłkiem. Smalcerz został mistrzem świata!
"Ten tytuł dostarczył mi najwięcej satysfakcji. Cenię go na równi ze złotym medalem olimpijskim. Byli już tacy, co postawili na mnie krzyżyk. Tymczasem ja, stary rep, pokonałem wszystkich, nawet tych, którzy legitymowali się znacznie lepszymi niż ja rezultatami. Myślę, że za rok, na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu stać mnie będzie na powtórzenie sukcesu z Monachium..." – mówił po zawodach Polak.
W tym szczęśliwym 1975 wygrał też plebiscyt "Przeglądu Sportowego" na najlepszego polskiego sportowca. To była nagroda nie tylko za tytuł, ale – może i przede wszystkim - za powrót. Za to, że potrafił zostać mistrzem wtedy, gdy inni go skreślili.
Bo nie zawsze było tak pięknie. Rok po Monachium w Hawanie zdobył brąz mistrzostw świata. W 1974 roku wygrał mistrzostwa Europy w Weronie, ale już na mistrzostwach świata w Manili był czwarty. W 1976 roku jechał do Montrealu z marzeniem o drugim olimpijskim złocie. Skończyło się dramatem. Spalił trzy podejścia w rwaniu na 100 kg i nie ukończył konkursu. Później mówił, że przeżywał to bardzo. Przed igrzyskami rozmawiał z działaczami kanadyjskimi o pracy trenera. Po nieudanym starcie tamte ustalenia się rozmyły.
Po powrocie do kraju znów nie miał dobrej prasy. Uważano, że zawiódł. Nie dawano mu przestrzeni na słabość. Ale Zygmunt, mimo iż mocno przeżył ten nieszczęsny Montreal, potrafił jednak oddzielić sportową porażkę od życia. Mówił, że w sporcie zdarzają się dramaty, ale w życiu są o wiele większe tragedie.
Zdolny turysta
Koledzy ze studiów zapamiętali go jako uczynnego, koleżeńskiego i bardzo dobrego studenta. Na AWF łączył sport z nauką. Chwalono go za ambicję i wytrwałość – w 1975 roku jego średnia na dyplomie magisterskim wynosiła 4,6! Był oficerem Wojska Polskiego, zawodnikiem Legii, mistrzem świata i Europy, i człowiekiem, który lubił wracać w Beskidy. Mówiono, że jest zapalonym turystą. Nawet chciał wrócić z Warszawy do siebie, żeby znów chodzić po górach…
Po zakończeniu kariery został przy sztandze. Najpierw pracował w Legii, a potem z reprezentacjami młodzieżowymi. Prowadził juniorów do lat 18 i 20. Potem kadrę olimpijską. Efektem tej pracy był między innymi brąz Andrzeja Cofalika w Atlancie, w roku 1996. Szkolił także za granicą. Dwa lata w Arabii Saudyjskiej zapamiętał jako doświadczenie pełne kontrastów. Podziwiał świetnie wyposażone ośrodki sportowe i piękno kraju, ale widział też różnice społeczne. Później był związany z Polskim Komitetem Olimpijskim, promował ideę olimpijską wśród młodzieży i powtarzał, że nadal jest blisko sportu, bo to jego hobby i prawdziwa przyjemność. W kolejnych latach pracował także z polskimi zawodnikami, potem z ciężarowcami w Stanach Zjednoczonych i Norwegii.
Dziś kończy 85 lat…