Polska armata. Jerzy Klempel
Maj, rok 2004. Drzwi jednej ze szpitalnych sal otwarły się. Do środka wchodzili kolejni zawodnicy Śląska Wrocław. Przynieśli brązowy medal mistrzostw Polski. Jerzy Klempel nie miał już tej siły, jaką pamiętano z parkietu, ale był z drużyną. Planował i układał w głowie następny sezon. Choroba zabierała mu ciało, ale nie potrafiła odebrać przyzwyczajeń. Piłka ręczna nadal była dla niego niezwykle ważna. Gdzieś w głębi duszy na pewno się cieszył, że jego następcy należą do krajowej czołówki.
Kiedy pierwszy raz poważnie go zabolało, zaciskał zęby. Zaczęło się od zapalenia stawów i operacji. Potem był gronkowiec i sepsa – dwa razy. Wychodził z tarapatów, ale nawet przy tak silnym, sportowym organizmie ciężko było wrócić do pełni zdrowia.
Jerzy, dla znajomych „Kukuś”, zmarł 28 maja 2004 roku. Miał 51 lat. Do dziś jest legendą polskiego szczypiorniaka.
|Czytaj też: Polska-Dania 2009. Nowe otwarcie w Zadarze
Czysty talent
Urodził się w Międzylesiu, ale sportowo dojrzewał w Opolu. Na początku wcale nie wybrał piłki ręcznej. Był hokej na lodzie. W Odrze Opole zdobył nawet mistrzostwo Polski juniorów. Miał wtedy piętnaście lat i wydawało się, że jego droga będzie prowadziła przez lodowisko. Zmieniła ją siostra. Zobaczyła w nim coś, czego szukają trenerzy piłki ręcznej. Jurek miał wzrost, był bardzo sprawny fizycznie, błyszczał koordynacją i lewą ręką rzucał przepotężnie…
Na trening Gwardii Opole poszedł z ciekawości. Nie był jeszcze chłopcem od szczypiorniaka. Ba, sportu tego nie znał zbyt dobrze i nie miał za sobą kilku lat szkolenia. Miał jednak sportową smykałkę. Wystarczyło kilka miesięcy, żeby zaczęto mówić o nim głośniej. W wieku szesnastu lat zadebiutował w lidze. W dwumeczu z Pogonią Zabrze rzucił łącznie dwadzieścia bramek! Dał sygnał, że pojawił się zawodnik, którego nie da się znanymi sposobami.
Śląsk Wrocław zabrał go do siebie. Klub wojskowy miał swoje zasady. Treningi bywały ciężkie i powtarzalne. Sentymenty? Nic z tych rzeczy! Zawodnicy po zajęciach wracali do szatni z zakwaszonymi nogami. Nikt nie miał taryfy ulgowej. Jurkowi ten reżim pomógł. To Wrocław zrobił z niego zawodnika gotowego na wielkie mecze.
Czytaj też: „Fredek” z Hutnika – jeden z najlepszych
Rzut inny niż wszystkie
Z nim w składzie w Śląsku zaczęła się złota era. Od 1972 do 1978 roku wrocławianie zdobywali mistrzostwo Polski rok po roku. Klempel był w tej drużynie postacią centralną. Można było wokół niego budować niemal każdą akcję. Grał jako prawy rozgrywający, czasem schodził na prawe skrzydło. Pozycja miała jednak mniejsze znaczenie. niż sposób, w jaki kończył ataki.
Rzucał inaczej niż większość. Wysoko odwodził rękę, wyskakiwał i potrafił zawisnąć w powietrzu dłużej od obrońców. Gdy oni już opadali, bramkarz wybierał stronę, to on jeszcze czekał. Dopiero po tej krótkiej pauzie puszczał piłkę z nadgarstka. Szybko, najczęściej płasko i bardzo precyzyjnie. Rywale znali ten schemat. Analizowali go… a i tak gdy wyskakiwał, to całkowicie się gubili.
Nie był tylko strzelcem z drugiej linii. Miał warunki fizyczne, wyśmienitą koordynację i jasny umysł. Zdawał sobie sprawę, ze swoich braków. W 1974 roku rozmawiał z Januszem Szmyrką z „Trybuny Robotniczej”. Redaktor później zanotował:
Po jakimś czasie miał cały zestaw rozwiązań. Rzut z wyskoku, rzut z biodra, karne, podanie na tempo, zwód czy zejście ze skrzydła. Zmuszał tym defensywę do pracy na pełnych obrotach. Pracy nieszablonowej, bo takim stawał się szczypiornistą. Wystarczyło, że dostał piłkę, a po drugiej stronie boiska zaczynał się niepokój. W piłce ręcznej takie rzeczy widać od razu. Zawodnik albo zmienia temperaturę meczu, albo nie. Jurek ją zmieniał…
W reprezentacji pojawił się w czasach, gdy Polska zaczynała wylewać fundamenty pod późniejsze sukcesy. W 1974 roku kadra była czwarta na mistrzostwach świata. To był wynik niespodziewany. Dwa lata później w Montrealu przyszło miejsce na podium. Polacy zdobyli brązowy medal olimpijski. Wówczas w kraju więcej mówiło się o piłkarzach i siatkarzach, ale co bardziej świadomi kibice zdawali sobie sprawę, co się wydarzyło. Polska miała drużynę, która należała do absolutnej światowej czołówki.
A Jurek był jedną z jej twarzy.
„Herr Klempel”
Co ciekawe, nie zachowywał się jak gwiazda. Na swój status pracował kolejnymi golami. Rzucał ich dużo. Brał też odpowiedzialność. Nie pękał w trudnych momentach. To cecha, której wytrenować się nie da. Trzeba ją mieć.
Największy indywidualny skalp przyszedł później. Na mistrzostwach świata w 1978 roku został królem strzelców. Dwa lata później powtórzył ten wyczyn na igrzyskach w Moskwie. Polska nie stanęła wtedy na podium, ale jego nazwisko znał cały świat handballu. Łącznie w reprezentacji rozegrał ponad dwieście meczów i zdobył ponad tysiąc bramek. Do dziś pozostaje najskuteczniejszym zawodnikiem w historii kadry.
Był jeszcze jeden turniej, którego „Kukuś” nie zagrał. Los Angeles 1984. Polska miała wtedy naprawdę mocną kadrę, z medalowymi ambicjami. W środowisku mówiło się nawet o złocie. Wcześniej reprezentacja zdobyła brąz mistrzostw świata i potrafiła wygrywać z najlepszymi. Decyzja o bojkocie igrzysk zabrała tej grupie prawdopodobnie najważniejszy sprawdzian w życiu. Stracili wielką szansę. Przez politykę.
Jurek tych szans chyba stracił więcej. Do Bundesligi wyjechał bardzo późno, dopiero w 1982 roku, gdy miał 29 lat. W realiach wielkiej kariery te kilka lat robiło różnicę. W Polsce zatrzymywały go przepisy i system. Oferty z Zachodu mogły przychodzić wcześniej, lecz zgoda przyszła dopiero wtedy, gdy państwo uznało, że moment na zagraniczny wyjazd jest właściwy.
Trafił do Frisch Auf Göppingen. Nie znał języka, ale na boisku nie potrzebował tłumacza. Już w pierwszych dniach pokazał, po co przyjechał. W Niemczech szybko zrozumiano, że nie będzie graczem uzupełniającym skład. Widziano w nim faceta, który może status drużyny. Przez trzy kolejne sezony zostawał królem strzelców Bundesligi. W jednym meczu rzucił dziewiętnaście bramek! Ten wynik przez wiele lat był rekordem ligi.
Niemcy mówili na niego z szacunkiem: „Herr Klempel”. Brzmiało to prosto, ale niosło ciężar uznania. W Göppingen go uwielbiano i podziwiano. Nie tylko za bramki, bo przy nim mały klub mógł poczuć się większy. Gdy akcja się psuła, można było oddać mu piłkę i on już wiedział, co zrobić.
Człowiek Śląska
Po latach wrócił do Polski. Miał za sobą bogatą i piękną karierę, ale życie nie chciało zostawić mu równie dobrego końca. Początek lat 90. był dla wielu sportowców trudnym czasem. Ci, którzy wracali z zagranicy z pieniędzmi, często trafiali do kraju bez jasnych reguł. Jurek też zapłacił za to wysoką cenę. Stracił dorobek, który wypracował w Niemczech.
Nie lubił mówić o porażkach. Był ambitny i raczej zamykał takie sprawy w sobie. Znajomi wspominali, że trafił na niewłaściwych ludzi. Pojawiały się opowieści o nieudanych interesach i oszustach.
Wrócił do Śląska, już w innej roli. Został trenerem, później działaczem i człowiekiem od ratowania sekcji. W 1997 roku poprowadził klub do mistrzostwa Polski. To był ostatni ligowy tytuł Śląska. Potem częściej trzeba było walczyć o sprawy niewidoczne: o pieniądze, organizację. Ogólnie, o przetrwanie. Jerzy Klempel chodził i rozmawiał. Szukał pomocy. Bo Śląsk był dla niego czymś bardzo osobistym.
W tym czasie coraz mocniej odzywało się zdrowie. Nie robił jednak z choroby publicznej sprawy. Wolał przyjść na halę, niż tłumaczyć, jak bardzo cierpi. Zdarzało się, że na mecze przywoziła go karetka. Potem wracał do szpitala.
Został pochowany w Opolu, w mieście, w którym zaczęła się jego droga do wielkiej piłki ręcznej. To tam mama wołała go po kąpieli, chcąc ułożyć włosy:
Zostały po nim liczby i anegdoty. Znajomi mówili, że potrafił „czarować” ludzi. Że był świetnym kumplem. No i lokomotywą szczypiornistów Śląska, który – gdy tylko odszedł – popadł w marazm.
Bo on zawsze potrafił znaleźć drogę. Czy to do bramki przeciwnika, czy gabinetu działaczy…