Tenisista wyklęty. Historia Władysława Skoneckiego

Władysław Skonecki w Zurychu wygrał dla Polski dwa single i pomógł pokonać Szwajcarię w Pucharze Davisa. Kilka dni później w ojczyźnie nazwano go zdrajcą, renegatem i człowiekiem bez honoru...

Władysław Skonecki w 1947 rokuWładysław Skonecki w 1947 roku
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tomek Sowa

Władysław Skonecki jedzie do Szwajcarii. W maju 1951 roku Polska gra w Zurychu z gospodarzami w Pucharze Davisa. Kilka dni później gazety nazwą go zdrajcą, renegatem i człowiekiem bez honoru. Początkowo wszystko wygląda zwyczajnie. W pierwszym singlu Józef Piątek wygrywa z Maxem Albrechtem. Potem Władysław przegrywa pierwszego seta z Jostem Spitzerem. Ale zaraz złapie rytm. Odwraca spotkanie i daje Polsce drugi punkt.

Zwycięstwo, po którym przyszło wyklęcie

Nazajutrz mają zagrać w deblu. Władek i Józek zaczynają dobrze, lecz z upływem czasu mecz zaczyna im uciekać. Przegrywają po pięciu setach. Krajowe redakcje znajdą winnego. Ich zdaniem to Piątek dźwiga cały ciężar gry. Skonecki zaś myli się przy prostych piłkach i przegrywa ważne wymiany przy własnym podaniu. "Sport" napisze:

"Władek grał bardzo nierówno. Miał, zwłaszcza na początku okresy bardzo dobre, lecz dużo, zbyt dużo, jak na niego, momentów złych. Grał jakby czasami niezbyt starannie. Piątek był dużo równiejszy. Mniej popełniał błędów. Częściej kończył piłki".

Polska nadal prowadzi 2:1, ale wszystko rozstrzygnie się w niedzielę. Józef Piątek pokona Spitzera. Władysław Skonecki wyjdzie na Albrechta i… przegra dwa pierwsze sety - 3:6, 1:6. Na korcie będzie wyglądał, jakby brakowało mu sił. Ale nie wiary. Po ciężkim początku zacznie się powrót Polaka. Najpierw 7:5, później 6:3, wreszcie 6:3 w piątym secie. Polska wygra ze Szwajcarią 4:1!

Sport zejdzie jednak na drugi plan…

Zurych mógł zostać zapamiętany jako miasto, w którym polski tenis udowodnił, że ma zawodnika wielkiego formatu. Władek wygrywa oba single. W decydującym momencie pokazuje odporność. Ale po tym spotkaniu nie wsiądzie do pociągu powrotnego razem polską drużyną. Zostanie na Zachodzie. W kraju jego nazwisko natychmiast zostanie wykreślone z przestrzeni publicznej. A jeśli już będzie używane, to jako symbol zdrady.

W machinie propagandy

Maj 1951. W Warszawie zbiera się tenisowy aktyw. Różnej maści działacze wysłuchają relacji Jerzego Olszowskiego, przewodniczącego sekcji tenisowej, który ze Szwajcarii pojedzie do Francji jako obserwator mistrzostw i zostanie tam zatrzymany przez policję. W medialnej opowieści oba wydarzenia zostaną związane w jedną sprawę. Padną słowa o "ciemnej roli" Władysława Skoneckiego. Padnie też oskarżenie, że sportowiec "stoczył się do roli renegata i zdrajcy". Przez kilka lat w jego wypadku oficjalnie nie będzie się wspominać o forhendzie, bekhendzie czy smeczu. Za to obok jego nazwiska napiszą o dolarach, imperialistach, pracy w obcej służbie i nielojalności.

"Odrazę i wstręt wywołuje postępowanie Skoneckiego" – powie jeden z kolegów.

"Zebrani z pogardą piętnują niecny postępek Władysława Skoneckiego, który zaprzedał swój honor Polaka i sportowca i poszedł ha obcą służbę. Ze wstrętem odgradzamy się od renegata, który za dolary wysługuje się wrogom pokoju i niepodległości Polski" – napisze przychylna władzy "Trybuna Ludu".

"Ciemna rola zdrajcy Skonieckiego tej sprawie oburzyła polską opinie sportową. Dowodzi ona, że renegat Skonecki został zwerbowany na wrogą nam, służbę nie dla jego walorów sportowych. Skonecki zdradzając własny kraj i naród, zdradzając tych, którzy umożliwili mu i zapewnili wspaniałe warunki "uprawiania sportu, zdradzając kolegów i rodzinę - stał się bezwolnym narzędziem w rękach pogrobowców hitleryzmu, w rękach tych, którzy chcą rozpętać drugą wojnę. Próbką roli jaką wyznaczono mu na zachodzie jest właśnie jego udział w aresztowaniu i pobiciu inż. Olszowskiego. Skonecki dopóty będzie spełniał swą haniebną rolę, dopóki uznają to za potrzebne dla swych niecnych planów jego giełdziarscy mocodawcy. Potem stanie się im bezużyteczny i jak wszyscy zdrajcy — wyrzucony na śmietnik" – zagrzmi "Życie Częstochowy".

Reakcja jest gwałtowna. Ma być formą przestrogi dla innych. Władek znika z polskiego tenisa. Traci legitymację Legii Warszawa, zostaje zdyskwalifikowany, a jego nazwisko na kilka lat nie pojawia się w prasie. Ta nieobecność i wymazywanie z pamięci kibiców ma być karą. Gdy będzie wygrywał na Zachodzie, a będzie, to polski kibic ma o tym nie wiedzieć.

Władze Polski Ludowej gardzą obywatelami, którzy nie wracają do kraju. Ucieczki sportowców są powszechne. W 1957 roku z RFN nie wróci Herbert Henryk Pohl, piłkarz Górnika Zabrze. W jego ślady pójdzie kolega po fachu, Eryk Nowara. Rok później żużlowiec Tadeusz "Teo" Teodorowicz poprosi o azyl polityczny, a później będzie jeździł na torach w Wielkiej Brytanii. Tego typu zdarzenia mogą generować niewygodne pytania, a polscy komuniści ich nie chcą. Najlepiej więc wrzucić ich bohaterów w trybik propagandowej machiny. Przypiąć łatki a potem wymazać. We wszystkich przypadkach taka będzie kolej wydarzeń. Tyle że Władka… Władka przywrócą na prasowe sztaple.

Chłopak, który chciał grać z najlepszymi

Władysław Skonecki rodzi się 13 lipca 1920 roku w Tomsku. Ma dwa lata, gdy rodzina wraca do Polski. Dorasta w Łodzi, w robotniczym świecie. Trafia do tenisa, który nie jest wtedy sportem masowym. Gra w barwach WiMy, Widzewskiej Manufaktury. W 1938 roku zostaje mistrzem Polski juniorów. Ma talent. Dobrze porusza się po korcie. Ale przychodzi wojna, która zabiera mu najlepsze lata kariery. W tym złotym okresie, między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia, on musi czekać i walczyć o przetrwanie.

Finaliści turnieju tenisowego: Hofman, Władysław Skonecki, Pomas
Rok 1936. Finaliści turnieju tenisowego: Hofman, Władysław Skonecki, Pomas © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po wojnie wraca szybko. W 1945 roku gra już w finale mistrzostw Polski seniorów w Krakowie, gdzie przegrywa z Józefem Hebdą. Rok później weźmie rewanż i pokona go w Katowicach. Tak zacznie się jego panowanie. Od 1946 do 1950 roku na krajowym podwórku będzie niemal nietykalny. Zdobędzie pięć kolejnych tytułów mistrza Polski w singlu. Stanie się męskim odpowiednikiem Jadwigi Jędrzejowskiej. Para jest chlubą władz. Sportowym towarem eksportowym. Lata przełom lat 40. i 50. to czas, gdy wyjazdy zagraniczne są rzadkie a dewizy mocno ograniczone. Polityka coraz mocniej zaciska wtedy rękę na sporcie. Władek czuje jednak, że krajowe tytuły nie wystarczą. Chce grać z najlepszymi.

We wrześniu 1949 roku w Budapeszcie spotyka Józsefa Asbótha, mistrza Roland Garros sprzed dwóch lat. Przegrywa wyraźnie. Wydaje się, że Węgier łatwo sobie poradzi. Ale Polak broni trzy meczbole. Następnie wciąga rywala w długie wymiany i… wygrywa 7:5, 6:1, 9:7. Ten sukces będzie miał wpływ na jego podejście do własnej kariery. Pokaże, że tenis z wielkiego świata nie jest poza zasięgiem. Rok później pokona w Warszawie Svena Davidsona po meczu, który ktoś nazwie "najpiękniejszym z rozegranych po wojnie na polskich kortach".

Latem 1950 roku w Sopocie znów przychodzi starcie z Asbóthem. Trybuny są pełne. Publiczność wie, że musi zostać do ostatniej piłki. Bo Polak ma już opinię zawodnika nieobliczalnego, i przez to tak pociągającego. Jeden z kibiców powie wtedy:

"Skonecki po to się urodził, żeby grać intensywnie. Pykanie działa nań otępiająco".

Trafny to opis. Władek potrzebuje ryzyka i nieszablonowych zagrań. W tamtym meczu zagra jednak dojrzale taktycznie. Nie tylko żywiołem, ale z planem. Wygra i zostanie międzynarodowym mistrzem Polski. Goście z zagranicy będą powtarzać, że zrobił ogromne postępy.

Król Wiosny i największe sukcesy na Zachodzie

W tamtym czasie jest graczem sprzeczności. Potrafi grać jak artysta, ale i mylić się jak amator. Raz buduje akcje cierpliwie, a po chwili szuka uderzenia, którego nikt rozsądny by nie wykonał. Jest sportowcem i showmanem. Emocjonalnie reaguje na powodzenie i na przegraną. Publiczność zakocha się w tym temperamencie. Pewnie dlatego późniejsza nagonka na "zdrajcę" będzie miała tak brutalny ton.

Gdy zostaje na Zachodzie, ma trzydzieści jeden lat. Nie jest już młody. W myśl zasady, że nigdy nie jest zbyt późno, będzie uczył się zawodowego tenisa. Nie zmienia to faktu, że jest graczem gotowym na takie wyzwanie. Życie pisze piękny scenariusz, bo w trakcie krajowej banicji, Władek notuje najlepsze wyniki! W 1952 roku zostaje międzynarodowym mistrzem Indii. W 1953 roku wygrywa serię turniejów, gra finał za finałem i zdobywa Monte Carlo. Tam zaliczy kolejny nieprawdopodobny powrót. Będzie przegrywał 2:6, 2:6, 1:5, a jednak… wygra. W finale pokona Jaroslava Drobnego. W 1955 roku znów triumfuje w Monte Carlo. Zagra też w finale międzynarodowych mistrzostw Niemiec w Hamburgu.

Władysław Skonecki podczas meczu w 1947 r.
Władysław Skonecki podczas meczu w 1947 r. © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na Zachodzie zostanie okrzyknięty "Królem Wiosny", bo najlepiej wychodzą mu początki sezonu. Na swojej liście pokonanych ma wielkie nazwiska: Drobnego, Budge’a Patty’ego, Kena Rosewalla czy Nicolę Pietrangeliego. Będzie przez to sklasyfikowany bardzo wysoko w rankingach. W ciągu pięciu lat nazbiera dziesiątki triumfów w singlu, deblu i mikście. W Polsce mało kto będzie o tym słyszał…

Władek nie jest przy tym ascetą. Lubi karty, kasyna, towarzystwo, dancingi i powroty późną nocą. Nie odmówi okazjonalnego kieliszka do toastu. Ale z alkoholem nie przesadza. Nie potrzebuje go, by godzinami rozmawiać ze znajomymi.

Już nie wyklęty!

W 1956 roku w Polsce zmienia się polityczny klimat. Przychodzi Gomułka, a wraz z nim odwilż. Słowo "zdrajca" nie zniknie od razu, ale przestaje też być jedynym, które piszą obok jego nazwiska. Władek decyduje się wrócić. Oficjalnie będzie teraz repatriantem. Ma trzydzieści sześć lat, czyli nawet jak na tamte czasy, dla sportowca bardzo dużo. Wraca po pięciu latach bardzo dobrej gry, ale i oskarżeń. Kibicie muszą nauczyć się patrzeć na niego na nowo. Może inaczej. A on musi znów nauczyć się grać w Polsce.

W Sopocie w 1956 roku przegra finał z Andrzejem Licisem. Tytułu letniego mistrza Polski już nigdy nie odzyska. Najpewniej przez wiek, bo młodsi będą szybsi i bardziej wytrzymali. Władek wciąż ma technikę, pomysł i wielką osobowość, ale ciało nie zawsze chce słuchać. W tym samym turnieju wygra jednak debla. Towarzyszył będzie mu Licis.

Najpełniejsza rehabilitacja przychodzi w Pucharze Davisa w roku 1957. Na Torwarze zmierzy się z Luisem Ayalą, znakomitym Chilijczykiem, późniejszym finalistą Roland Garros. Okoliczności tej gry będą wyjątkowe. Niespełna dwa tygodnie wcześniej Władysław Skonecki przeżyje wypadek samochodowy. Jego żona zostanie ciężko poszkodowana. On jednak wyjdzie na kort i wygra po dramatycznej walce 3:6, 9:7, 6:4, 8:6. Zwycięstwo to odniesione dla Polski, na oczach polskiej publiczności wymaże status "zdrajcy".

Władysław Skonecki
Władysław Skonecki © domena publiczna | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rok później jako 38-latek, znów będzie potrzebny. Polska gra z Meksykiem. Stawką jest półfinał Pucharu Davisa. Władek walczy z Mariem Llamasem, potem z Francisco Contrerasem. Gra kontuzjowany - z plastrem na udzie. Mecz z Contrerasem znów przybiera dramatyczny obrót. Polak przegra pierwszego seta, wygra drugiego. Potem będzie próbował przepchać kolejne punkty. "Przegląd Sportowy" tak opisze końcowe fragmenty meczu:

"Teraz serwis Skoneckiego: 0:15, po 15,30:15 — jeszcze tylko dwie piłki — ale Contreras robi punkt, jest 30:30 i znowu piękny serwis Skoneckiego — 40:30; teraz, teraz albo nigdy, bo oto znowu obserwujemy ogarniającą jego twarz niebezpieczną szarość — Skonecki wygląda, jakby miał za chwilę upaść. Z jakimś desperackim wprost wysiłkiem serwuje tę piłkę. Return ostry Contrerasa, piękny cross Władka i — ostatnia piłka tego fascynującego spotkania, odbita przez Meksykanina trafia w siatkę, a na trybunach powstaje krzyk ł nieopisana radość".

Trybuny wybuchają. Ludzie rzucają się sobie w ramiona. Bohater zostanie podniesiony i zaniesiony do szatni…

Władek już nie jest wyklęty.

Będzie grał jeszcze długo. W halowych mistrzostwach Polski nadal potrafi pokonywać młodszych. W 1961 roku odwróci beznadziejny finał z Wiesławem Gąsiorkiem. Ostatnie tytuły zdobędzie tuż przed czterdziestymi piątymi urodzinami. Młodsi zaczną nazywać go "Dziekanem". W 1965 roku wyjedzie - już legalnie - do Austrii. Zostanie trenerem. Zmieszka w Wiedniu. Tam umrze 12 czerwca 1983 roku.

Źródła:

1.    "Trybuna Ludu", nr 140, rok IV, Warszawa, 21 maja 1951.

2.    "Życie Częstochowy", nr 157, Częstochowa, 8 czerwca 1951.

3.    "Trybuna Ludu", nr 158, rok IV, Warszawa, 8 czerwca 1951.

4.    "Przegląd Sportowy", nr 90, Warszawa, 30 lipca 1956.

5.    "Przegląd Sportowy", nr 91, Warszawa, 9 czerwca 1958.

6.    "Przegląd Sportowy", nr 59, Warszawa, 27 lipca 1950.

7.    "Przegląd Sportowy", nr 61, Warszawa, 3 sierpnia 1950.

8.    "Władysław Skonecki", Historia Polskiego Tenisa,

Wybrane dla Ciebie