47 lat temu Grażyna Rabsztyn wyrównała rekord świata
Grażyna Rabsztyn wyrównywała i biła rekordy świata, ale najważniejszy medal wciąż jej uciekał. Nie zmienia to faktu, że do dziś jest jedną z najlepszych płotkarek w historii.
W tym artykule:
"Grażyna Rabsztynówna była bohaterką drugiego dnia XXV Memoriału Janusza Kusocińskiego, który rozegrano na stadionie war szawskiej Skry. W finałowym biegu na 100 m ppł. Grażyna Rabsztynówna wyrównała należący do niej rekord świata, uzyskując czas 12,48 sek." – relacjonowały, z wyraźną dumą, polskie gazety.
Rekord, który przez chwilę wyglądał na jeszcze lepszy
Wszystko działo się dzień wcześniej, 18 czerwca 1979 roku.
Zaczęło się od jej falstartu. Potem drugi, popełniony przez zawodniczkę z NRD. Publiczność czekała, a płotkarki znów wracały do bloków. Rabsztyn nie wyszła idealnie. Po kilku krokach odzyskała jednak rytm. Mniej więcej w połowie dystansu prowadziła już wyraźnie. Nie szarpała. Biegła bardzo dobrze. Kiedy minęła metę, na tablicy pojawiło się 12,47. Przez chwilę wyglądało, że rekord świata został poprawiony! Ale po oficjalnym sprawdzeniu wynik skorygowano na 12,48. To i tak nadal było wielkie bieganie. Wyrównanie własnego rekordu świata. I to w Polsce, przed ludźmi, którzy przyszli na memoriał dla niej…
Rok wcześniej tę granicę przesunęła pierwszy raz. W Fürth, na szybkiej bieżni, pobiegła 100 metrów przez płotki w 12,48 sekundy. W gazetach pojawiło się wtedy 12,49. Taki był wtedy przepływ informacji, ale tą setną sekundy w końcu skorygowano. Grażyna Rabszty pobiła rekord Annelie Ehrhardt z igrzysk w Monachium. Miał sześć lat. Była pierwszą kobietą, która zeszła poniżej 12,50. Zrobiła to po latach, w których wielkie obietnice mieszały się z kontuzjami, chorobami i rozczarowaniami. Jeszcze przed tamtym sezonem mówiła:
"Chciałabym wreszcie, bez żadnych zakłóceń, zrealizować plan swojego trenera. Sławomira Nowaka. Jeszcze nigdy mi się to nie udało, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Moim celem głównym test Olimpiada w Moskwie za dwa lata a w tym roku medal na ME w Pradze".
Dziewczyna z Wrocławia
Zaczęło się we Wrocławiu. W Szkole Podstawowej nr 66 nauczycielka wychowania fizycznego Bożena Czerska zobaczyła w czternastoletniej Grażynie materiał na sportsmenkę. Dziewczyna była wysoka i bardzo szczupła. Najpierw przymierzano ją do skoku wzwyż. Skoczyła ponad 1,50 m, ale to latanie nad poprzeczką miało ją zaprowadzić najdalej. W liceum trafiła do Burzy Wrocław, a trener Roman Guderski namówił ją na płotki. Pierwszy start na 80 metrów przyniósł drugie miejsce. Całkiem niezły debiut...
Po roku treningu wyrównała rekord Polski młodziczek. Potem weszła do kadry juniorek. Była druga w zawodach nadziei olimpijskich w Berlinie, później druga w Sofii, wygrywała Spartakiadę Młodzieży. W 1970 roku w Paryżu zdobyła złoto mistrzostw Europy juniorów na 100 metrów przez płotki. Miała osiemnaście lat i zaczynała rozumieć, że ma jej talent może cieszyć nie tylko krajowe stadiony.
Dwa lata później była już w olimpijskim finale w Monachium. W "polskim biegu przez płotki" mieliśmy dobry czas. Obok niej były: Teresa Nowak i Elżbieta Straszyńska. Rabsztyn rozpamiętywała później, że być może chciała za dużo. Za szybko chciała pokazać, że należy jej się medal. W blokach drżały jej ręce. Spóźniła start i przyszły błędy na dystansie. Zajęła ósme miejsce. Ta bolesna lekcja została jednak odrobiona.
W tym samym roku przeniosła się do Warszawy. Wybrała Gwardię i studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Chciała trenować na Skrze, na tartanie, w warunkach, które dawały szansę na prawdziwy rozwój. Z jednej strony był indeks, wykłady i zwyczajne studenckie obowiązki. Z drugiej trening, zgrupowania i kalendarz startów. Rabsztyn uczyła się godzić te dwa światy. Nie zawsze było to wygodne. W 2000 roku podsumowała:
"Zawodnicy stawiają tylko na wyczyn, sport wymaga dzisiaj właściwie całkowitego poświęcenia. Tymczasem lata mojej kariery wspominam jako okres beztroski trochę zwariowany, bardzo kolorowy Sport był ważną częścią naszego życia, ale chyba nie aż tak ważną jak wydaje się to obecnie".
Najszybsza, choć bez olimpijskiego medalu
W 1973 roku wygrała Uniwersjadę. Rok później przyszło złoto halowych mistrzostw Europy w Göteborgu. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Potem przyszła kontuzja. Na zgrupowaniu w Splicie uszkodziła mięsień czworogłowy. Nie wszyscy wierzyli, że problem jest poważny. To też był element tamtego sportu, bo uraz trzeba było udowadniać. Z mistrzostw Europy w Rzymie wróciła bez finału. W listopadzie rozstała się z trenerem Tadeuszem Szczepańskim i trafiła do grupy Sławomira Nowaka. Najpierw były badania. Następnie leczenie i operacja. Dopiero później znowu trening.
W 1975 roku w katowickim Spodku wygrała halowe mistrzostwa Europy. Mówiła wtedy, że nie przyjechała po złoto, więc była spokojna. W finale ruszyła później niż rywalki, ale po pierwszym płotku była już blisko, a potem objęła prowadzenie. Na końcu mogła jeszcze sprawdzić, co dzieje się po bokach. Uniosła ręce jeszcze przed metą…
Montreal miał dać medal, ale… przyniósł piąte miejsce. Przed igrzyskami chorowała. W czasie zawodów musiała przeżyć zamieszanie z półfinałem, który powtórzono. Godzinę później był finał. Na imprezie tej rangi detale mają wpływ na wszystko. Ona potrafiła biegać szybciej od wielu rywalek, ale w sporcie trzeba mieć też cząstkę szczęścia. Dobry dzień.
"Nie mam tego najważniejszego medalu, choć trzykrotnie startowałam na igrzyskach i zwłaszcza w Moskwie w 1980 roku występowałam w roli faworyta. Niepowodzenia wynikały z kontuzji i wielu okoliczności, nie brały się nagle" – oceniała po latach.
Rozczarowania jednak jej nie zatrzymywały. W 1977 roku wygrała Puchar Świata w Düsseldorfie. W 1978 roku pobiła rekord świata. Potem w Pradze, na mistrzostwach Europy, znów nie wyszło tak, jak miało. W 1979 roku na Skrze wyrównała rekord, a później ponownie wygrała Puchar Świata, tym razem w Montrealu. Była jedną z najważniejszych płotkarek świata.
Szczyt przyszedł w czerwcu 1980 roku. Znowu Warszawa i Memoriał Kusocińskiego na Skrze. Tym razem wynik był bez korekty, na granicy wyobraźni - 12,36 sekundy. Rekord świata, który przez wiele lat pozostał też rekordem Polski. Rabsztyn biegała wtedy niesłychanie rytmicznie. Płotek, krok, płotek, krok.
"Na miesiąc przed Olimpiadą w Moskwie, formę polskich lekkoatletek i lekkoatletów ocenić wolno co najmniej jako obiecującą - obiecującą w perspektywie medalowych szans najlepszych zawodniczek i zawodników" – pisała "Trybuna Robotnicza".
Na igrzyska do Moskwy jechała jako faworytka. W finale Polki z bloków wyszły dobrze. Na pierwszym płotku były w czołówce. Potem bieg zaczął układać się inaczej. Grażyna na przedostatnim płotku straciła rytm. W konkurencji, która nie wybacza nawet setnej sekundy zawahania, to wystarczyło. Wiera Komisowa wygrała złoto, Johanna Klier była druga, Lucyna Langer zdobyła brąz. Rabsztyn… znów piąta. Trzeci finał olimpijski i trzeci powrót bez medalu.
Nie zmienia to faktu, że w ciągu całej kariery była czołową płotkarką świata. Była trzykrotną olimpijką i trzykrotną finalistką igrzysk. Wygrała trzy Uniwersjady, dwa razy Puchar Świata, zdobywała tytuły i medale halowych mistrzostw Europy. Dziesięć razy była mistrzynią Polski, wielokrotnie poprawiała krajowe rekordy. Przez kilka lat jej nazwisko było wręcz synonimem polskiej lekkoatletki.
Karierę zakończyła w 1982 roku. Przy sporcie pozostała, ale w innej roli. Skończyła ekonomię i zrobiła uprawnienia trenerskie. Przez pewien czas dzieliła życie między Warszawę i Bremę, gdzie pracował jej mąż. Wychowywała dzieci. Mówiła, że wychowanie to sprawa bardziej skomplikowana niż trening. W Niemczech prowadziła zajęcia z młodzieżą w klubie lekkoatletycznym. Jedną z jej podopiecznych była córka, też próbująca płotków…
Z czasem coraz mocniej wracała do polskiego sportu jako osoba, która pracy się nie boi. Angażowała się w ruch olimpijski, działała na rzecz kobiet w sporcie, mówiła o trenerkach i zawodniczkach. I o miejscach, w których kobiet wciąż brakowało – przy decyzyjnych stołach. To był inny rodzaj płotków. Wymagający dużo większej cierpliwości…