Syn mistrza, który wyszedł z cienia ojca
Damon Hill dorastał w cieniu ojca-legendy i w strachu, który niosła dawna Formuła 1. Po śmierci Grahama ściganie stało się dla niego próbą rozmowy, pamięci i odzyskania siebie.
W tym artykule:
Graham Hill był barwną postacią dawnej Formuły 1. Wygrał dwa mistrzostwa świata, pięć razy triumfował kultowym Grand Prix Monako, zwyciężył także w Indianapolis 500 i Le Mans. Kibice znali go jako mistrza i dowcipnego faceta. Dla Damona był kimś więcej.
Paradoks Hilla
Syn mówił po latach, że ojciec tak naprawdę miał dwie twarze: w pracy bywał szorstki i niecierpliwy, poza nią był towarzyski i zawsze "dawał coś od siebie". Za to w domu próbował być surowy, ale tak naprawdę… było w nim dużo ciepła.
To dzieciństwo nie było zwyczajne. Damon od urodzenia bywał wśród elity Formuły 1. Wiedział, kto to Stirling Moss, Bruce McLaren czy Jackie Stewart. Jako dzieciak nie rozumiał jeszcze pełnego znaczenia swojego nazwiska. Ale widział, że ludzie patrzą na tatę inaczej niż on. Dopiero z czasem uświadomił sobie, że był synem bohatera z toru. Jednocześnie w jego domu stale czaił się lęk. Wspominał, że szybko oswoił się ze śmiercią. Bo Formuła 1 lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była brutalna. Podziw mieszał się tam ze strachem. Chłopiec wiedział, że ojciec robi coś wyjątkowego, ale też bał się, że pewnego dnia nie wróci…
Paradoks polegał na tym, że Graham zginął, ale po zakończeniu kariery kierowcy. 29 listopada 1975 roku wracał własnym samolotem z Paul Ricard. Była mgła i mróz. Maszyna spadła w okolicach Arkley, a Damon, wtedy piętnastoletni, usłyszał pierwsze wiadomości w telewizji. Nie podano wtedy nazwiska, ale od razu poczuł, że może chodzić o tatę. Po latach opisywał, że pobiegł do matki, a potem ukrył się i nasłuchiwał, kiedy zadzwoni telefon.
- Wtedy wszystko się rozsypało – mówił – To była emocjonalna bomba nuklearna.
Wtedy, w listopadzie 1975, część jego życia odeszła. Bezpowrotnie.
W ojcowskich butach
Żałoba nie miała jednej twarzy. Damon mówił otwarcie, że czcił ojca, ale po jego śmierci poczuł jakąś dziwną dziwną wolność. Coś się skończyło. Nie musiał już myśleć, czy Graham pochwaliłby jego wybory. Nazwał to "szansą na bycie sobą", choć dodał, że taka wolność miała okrutną cenę. Z jednej strony brakowało mu ojca. Z drugiej dopiero jego nieobecność pozwoliła wyjść poza ramy syna sławnego mistrza.
I kolejny paradoks… został kierowcą. Wszedł w buty taty.
Ściganie stało się dla niego sposobem rozmowy z nieobecnym ojcem. Sam przyznawał, że przed katastrofą nie czuł wyraźnej potrzeby wsiadania za kierownicę. Później zrozumiał, że przez jazdę może czuć jego bliskość. Nie chodziło tylko karierę. Bardziej przeżycie tego samego, co tata. O poznanie Grahama jako dorosłego mężczyzny, którego mu odebrano.
W Formule 1 Damon zaczynał późno. Sam dzwonił i prosił o szansę. Ludzie długo widzieli w nim przede wszystkim "syna Grahama Hilla". Musiał więc udowadniać, że napisze swoją historię.
W 1996 roku został mistrzem świata Formuły 1. Był pierwszym synem mistrza świata, który sam zdobył tytuł. Po latach, kiedy adrenalina opadła, wróciły gniew, lęk i pytania. Hill mówił, że wiele emocji trzymał w sobie, bo w latach siedemdziesiątych nikt nie myślał o terapii po stracie. Dopiero później zrozumiał, że człowiek jest "workiem emocji, wspomnień i nierozwiązanych doświadczeń".
Mówił też, że chciałby mieć jeszcze jedną pogawędkę z tatą. Chciałby zapytać, co sądzi o jego karierze. Przedstawić mu żonę oraz dzieci. I pewnie zapytać, czy jest z niego dumny…