W tym artykule:
"Myślałem o medalu, aczkolwiek nie sądziłem, że 80 metrów wystarczy, żeby tutaj wygrać. Na początku konkursu warunki były straszne. Padał deszcz, było ślisko. Trochę się przestraszyłem tym, że się wywróciłem podczas rzutów próbnych. Uderzyłem plecami i głową o ziemię, ale atmosfera stadionu nie pozwalała mi o tym myśleć" - opowiadał Szymon Ziółkowski po jednym z najbardziej niezwykłych konkursów w historii polskiej lekkoatletyki.
Był 24 września 2000 roku.
Aura w niedzielny wieczór w Sydney była daleka od idealnej. Chłód, deszcz i śliskie koło do rzutu utrudniały rywalizację. Ba, mogły nawet decydować o końcowych rezultatach. Polak jeszcze przed rozpoczęciem właściwej rywalizacji zaliczył bolesny upadek. Później żartował, że "taki stary chłop przewraca się jak dziecko", choć w pierwszych minutach do śmiechu nie było mu wcale.
Niedowiarek?
Szymon Ziółkowski nie był faworytem olimpijskich zawodów. W polskiej ekipie liczono na dobry występ, może nawet medal, ale złoto miało trafić raczej do któregoś z wyżej notowanych rywali. Także początek finału nie zapowiadał sensacji. Po pierwszej kolejce Polak zajmował dopiero dziewiąte miejsce i znajdował się poza finałową ósemką.
Wszystko zmieniło się w drugiej serii. Młot poleciał na 79,87 metra, a Ziółkowski niespodziewanie objął prowadzenie, wyprzedzając Białorusina Iwana Tichona. Trzecia próba była spalona. Za to rywale zaczęli naciskać. Nicola Vizzoni rzucił 79,64, Tichon poprawił się na 79,17. W czwartej kolejce Polak odpowiedział jednak najlepiej, jak mógł: 80,02 metra. Jak się okazało, był to rzut po złoto.
WIDEOSzymon Ziółkowski (rzut młotem) Olimpiada w Sydney. Polski komentarz
Paradoks polegał na tym, że sam zwycięzca długo nie wierzył, że taki rezultat wystarczy.
"Do ostatniej kolejki nie sądziłem, że z takim wynikiem można wygrać. W tym roku były 22 wyniki powyżej osiemdziesięciu metrów, tak więc 80,02 to żaden rezultat" – mówił później.
Konkurs konkursowi nie równy. Pogoda robiła swoje. Do tego dochodziła presja. Przecież igrzyska to najważniejszy start czterolecia. Łatwo o spalenie. Nie tylko w kole, ale i w głowie.
Ostatni na stadionie
Zawody przeciągały się do późnego wieczora. Inne konkurencje dawno już zakończono. Trybuny pustoszały. A młociarze wciąż walczyli. Rozstrzygnięcie zapadło tuż przed godziną 23, przy ledwie garstce kibiców, wśród których byli inni polscy olimpijczycy. Gdy Vizzoni szykował się do ostatniej próby, Ziółkowski nie chciał patrzeć.
"Marzyłem, żeby ten rzut był nieudany. Nie było to eleganckie, ale tak było" – przyznawał bez kokieterii. Włoch nie poprawił wyniku.
Dopiero wtedy można było uwierzyć. Maciej Pałyszko, drugi z polskich młociarzy, który odpadł w eliminacjach, sforsował barierę ochronną i wbiegł na murawę, żeby uściskać kolegę. Na niemal pustym stadionie pojawiły się biało-czerwone flagi.
Ziółkowski wygrał przed Vizzonim i Igorem Astapkowiczem, który rzucił 79,17 metra. Został drugim polskim młociarzem z olimpijskim medalem po Tadeuszu Rucie, brązowym medaliście z Rzymu z 1960 roku i pierwszym polskim mistrzem olimpijskim w tej konkurencji.
Był w tym zwycięstwie jeszcze jeden, bardziej osobisty wymiar. Szymon Ziółkowski przypominał, że młotem rzucał od 13 stycznia 1989 roku, kiedy ojciec zaprowadził go do trenera Czesława Cybulskiego. Ojciec sam wcześniej trenował tę konkurencję, ale nie doczekał olimpijskiego sukcesu syna.
"Żałuję, że nie doczekał tej chwili, bo na pewno bardzo by się wzruszył. Szkoda, że go zabrakło" – mówił mistrz.
W Sydney nie wygrał faworyt. Triumf zaliczył zawodnik, który najlepiej poradził sobie z chaosem tamtego wieczoru. Upadł przed konkursem, po pierwszej kolejce był dziewiąty, przez większość finału nie wierzył, że 80,02 wystarczy.
A jednak… przeszedł do historii.