Tym bardziej niezwykłe było to, co wydarzyło się w kwietniu w japońskiej Chibie. Na mistrzostwa świata w tenisie stołowym nie przyjechały dwie reprezentacje Korei. Przyjechała jedna…
Droga do jej była długa. Rok wcześniej obie strony próbowały stworzyć wspólną ekipę na igrzyska azjatyckie w Pekinie, ale negocjacje zakończyły się fiaskiem. Mimo to, ustalono część zasad dotyczących wspólnej flagi, wyboru zawodników i finansowania. W lutym 1991 roku podczas rozmów w Panmundżomie w końcu osiągnięto porozumienie: wspólna reprezentacja miała wystąpić na mistrzostwach świata w tenisie stołowym, a kilka tygodni później na piłkarskich mistrzostwach świata juniorów. Był to pierwszy taki zespół od podziału Korei po II wojnie światowej.
Sportowcy z dwóch państw, które przez dziesięciolecia wychowywały obywateli w zupełnie innych systemach, nagle musieli stać się kolegami z drużyny. Przed turniejem przez około miesiąc trenowali razem w Japonii. Skład dobierano według poziomu sportowego, a nie narodowości. Kierownictwo również podzielono. Podczas ceremonii otwarcia mistrzostw wspólna Korea dostała jedną z największych owacji.
Niech żyje!
Największe nadzieje wiązano z drużyną kobiet. Korea Południowa miała Hyun Jung-hwę, mistrzynię olimpijską z Seulu. Północ wystawiała między innymi Ri Bun-hui i Yu Sun-bok. Od początku było wiadomo, że najtrudniejszą przeszkodą będą Chiny, które wygrały osiem poprzednich drużynowych mistrzostw świata kobiet.
29 kwietnia w finale doszło do spotkania, którego polityczne znaczenie szybko zeszło na drugi plan, bo sam mecz okazał się znakomity.
Yu Sun-bok rozpoczęła od sensacyjnego zwycięstwa nad Deng Yaping 21:7, 17:21, 21:18. Następnie Hyun Jung-hwa pokonała Gao Jun w dwóch setach i Korea prowadziła 2:0. Chińczycy odpowiedzieli. Deng i Gao wygrały debla z Hyun oraz Ri Bun-hui, a potem Deng pokonała Hyun w singlu. Po czterech pojedynkach było 2:2. O wszystkim decydował więc ostatni mecz…
Yu Sun-bok mierzyła się z Gao Jun. Pierwszego seta wygrała 21:19. W drugim przegrywała już 16:18, ale odrobiła stratę. Przy 19:19 Chinka popełniła dwa błędy. Yu zwyciężyła ponownie 21:19.
Po trzech godzinach i czterdziestu minutach połączona Korea pokonała Chiny 3:2.
Reakcja była niezwykła. Zawodnicy i działacze z Północy i Południa obejmowali się ze łzami w oczach. Śpiewano koreańskie pieśni i wznoszono okrzyki "Mansei!" (pol. "Niech żyje!"). "Washington Post" pisał wówczas o nowej odmianie "pingpongowej dyplomacji".
Sport nie zjednoczył oczywiście Półwyspu Koreańskiego. Jeszcze w tym samym roku oba państwa wstąpiły osobno do ONZ, choć równocześnie trwało polityczne odprężenie, które doprowadziło w grudniu do podpisania porozumienia o pojednaniu, nieagresji i współpracy.
Ale przez kilka dni w Chibie narzucony odgórnie podział przestał obowiązywać przy stole.
Nietuzinkowa to wartość sportu. Naprawdę potrafi łączyć.