Jak Widzew zatrzymał Manchester United. "Może dojść nawet do finału"
Jak Widzew zatrzymał Manchester United. "Może dojść nawet do finału"
Był 1 października 1980 roku. Łódź czekała na piłkarskie święto. W rewanżowym meczu 1. rundy Pucharu UEFA trzeba było "tylko zremisować bezbramkowo" ze słynnym Manchesterem United…
Krzysztof Surlit (w jasnym stroju), strzelec bramki
Pierwsze spotkanie szybko ustawiło cały dwumecz. Już w 4. minucie Sammy McIlroy pokonał Józefa Młynarczyka, ale kilkadziesiąt sekund później Krzysztof Surlit odpowiedział potężnym strzałem z rzutu wolnego. Redaktor Wojciech Filipiak, zwrócił uwagę, że gracz z numerem 8 potrafił uderzyć z rzutu wolnego, ale jego prawdziwą specjalnością były strzały z dystansu.
"My wiedzieliśmy, że Krzysztof potrafi uderzyć celnie i z niezwykłą siłą. Ale najwięcej bramek zdobył właśnie z dystansu, a nie z rzutów wolnych. Trzeba mu jednak oddać, że potrafił wykonywać też stałe fragmenty gry. Właśnie w tamtym pamiętnym sezonie ustanowił swój rekord: strzelił trzy kolejne gole z rzutów wolnych w trzech meczach z rzędu, z Odrą Opole i Górnikiem Zabrze w Łodzi, a następnie na Old Trafford. To robi wrażenie, tym bardziej, że w całym sezonie trafił do siatki sześć razy. W Manchesterze huknął tak, że wyłamał ręce broniącemu Baileyowi" – opowiadał dziennikarz w książce "Krzysztof Surlit. Widzewski charakter", autorstwa Dariusza Postolskiego i Kamila Kijanka.
Skończyło się 1:1, choć Manchester oddał 31 strzałów przy 12 Widzewa! Dave Sexton, trener United, nie krył uznania dla strzelca:
"Jest to bramka, która może być ozdobą największych stadionów. Gary Bailey nie miał szans".
Dwa tygodnie później Manchester United przyjechał do Łodzi, żeby naprawić swoje błędy. Anglicy potrzebowali zwycięstwa. Widzewowi wystarczało 0:0. 1 października 1980 roku na stadionie ŁKS-u zebrało się około 40 tysięcy ludzi.
Rewanż wywołał w mieście ogromne zainteresowanie. "Dziennik Popularny" informował, że bilety w klubowej kasie "rozeszły się jak przysłowiowa woda". Prasa publikowała nawet szczegółowe zalecenia dotyczące parkingów i organizacji ruchu wokół stadionu. Nie było wątpliwości, że tamtego dnia najważniejszym adresem w mieście była aleja Unii.
Manchester przyleciał czarterowym samolotem na Okęcie. Po kolacji Anglicy wsiedli do autokaru i ruszyli do Łodzi. Trenowali na stadionie ŁKS-u dokładnie w porze, w której mieli rozegrać rewanż. Później trener Sexton spotkał się z polskimi dziennikarzami w hotelu "Centrum". Przyjechało również dziesięciu angielskich reporterów prasowych i radiowych. Ale telewizja BBC meczu nie transmitowała.
Pogoda była okropna. Padał deszcz, dlatego szkoleniowca United zapytano nawet o "angielską aurę". Szkoleniowiec wydawał się być spokojny. Znacznie więcej mówił o tym, czego doświadczył na Old Trafford.
"Pierwszą połowę spotkania w Manchesterze uważam za jedną z najlepszych, jakie miałem okazję dotychczas oglądać. Podobała mi się postawa piłkarzy łódzkich w tej części gry. Wynik 1:1 w pierwszym meczu stwarza obu zespołom jednakowe szanse. Spodziewamy się ciężkiego pojedynku. Umiemy grać w meczach wyjazdowych stylem ofensywnym. Mam zaufanie do swoich piłkarzy w realizacji zadań taktycznych, podporządkowanych uzyskaniu korzystnego dla nas wyniku. Liczę na dobre widowisko piłkarskie" - mówił szkoleniowiec "Czerwonych Diabłów".
Na pół godziny przed rozpoczęciem spotkania na boisku pojawili się gospodarze. Trybuny ogarnął wtedy szał radości. Pojawiły się biało-czerwone flagi i transparenty. Chwilę później kapitanowie Zbigniew Boniek i Martin Buchan stanęli przed fińskim arbitrem Andersem Mattssonem. Tak zaczynał się mecz o awans…
Słupek, Młynarczyk i kontra Widzewa
Jacek Machciński nie zamierzał bronić 0:0 od pierwszej minuty. Manchester musiał zdobyć bramkę, więc miał się odsłonić. A Widzew czekał na miejsce do kontrataku.
Pierwszy poważny alarm pojawił się w 10. minucie. Andrzej Grębosz sfaulował Joe Jordana przy polu karnym, a uderzenie Ashleya Grimesa z wolnego z najwyższym trudem obronił Józef Młynarczyk. W 25. minucie odpowiedzieli Boniek ze Smolarkiem. Pięć minut później gospodarze wyszli z kontrą pięcioma zawodnikami. Mirosław Tłokiński huknął pod poprzeczkę, ale Gary Bailey zdążył przenieść piłkę nad bramką.
W 36. minucie szczęście dopisało Widzewowi. Steve Coppell trafił w słupek. Do przerwy było 0:0.
"Jak na razie wszystko zgodnie z planem" - notował łódzki reporter "Dziennika Popularnego".
Po zmianie stron przewaga United rosła. Widzew cofnął się, a obrońcy coraz częściej pozbywali się piłki dalekimi wybiciami. Młynarczyk dobrze strzegł swojej bramki, a defensorzy wygrywali wiele pojedynków w powietrzu. Później słupek po strzale Bońka… uratował również Anglików. W ostatnich dwóch minutach Manchester wykonywał jeszcze dwa rzuty rożne. Kibice obserwowali te chwile na stojąco. Po chwili Mattsson zagwizdał po raz ostatni. Piłkarze Widzewa unieśli ręce. 0:0! Awans!
"Widzew ma duże szanse"
Trener Machciński na konferencji prasowej nie próbował przekonywać, że jego drużyna zdominowała słynnego przeciwnika.
"Pierwsza połowa pojedynku stała na wyższym poziomie. W moim zespole widać było wyraźnie, do jakiego celu dążymy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Anglicy będą atakować, by uzyskać przewagę przypieczętowaną uzyskaniem bramki. Nie ukrywam, że przeciwnik demonstrował lepszą technikę i organizację gry. W drugiej części meczu dominowała w naszych poczynaniach walka o uzyskanie korzystnego dla nas rezultatu" – oceniał.
Na Sextona trzeba było czekać pół godziny. Po zejściu z murawy zamknął się z piłkarzami w szatni. Kiedy wreszcie wyszedł do dziennikarzy, nie szukał wymówek.
"Pojedynek był dobry. My graliśmy w Łodzi tak, jak Widzew grał w Manchesterze. Nie zdobyliśmy bramki, ale wszystko robiliśmy, aby ją uzyskać. Zabrakło nam trochę szczęścia. Widzew ma duże szanse. Może dojść nawet do finału" – mówił z dozą uznania.
Zapytany, których piłkarzy Widzewa zabrałby do Anglii, wskazał Marka Piętę i Włodzimierza Smolarka. Kilka godzin później Manchester odleciał do domu.
Widzew do finału tamtej edycji nie dotarł. Ale sensacja na Manchesterze okazała się początkiem pięknej historii. Trzy tygodnie później łodzianie pokonali przy al. Unii Juventus 3:1. A potem w Turynie wyrzucili włoskiego giganta z rozgrywek po rzutach karnych.
Jesienią 1980 roku Europa zaczynała się z Widzewem liczyć. Cichym bohaterem dwumeczu był wspomniany Krzysztof Surlit. W "Widzewskim charakterze" autorzy tak pisali:
"Wicemistrz Anglii z sezonu 1979/80 i finalista Pucharu Anglii z roku 1979 musiał uznać wyższość Czerwonej Armii, choć ne licząc Bońka, nazwiska pozostałych łódzkich zawodników iewiele mówiły Wyspiarzom. Można jednak założyć, że po tym dwumeczu w pamięć zapadło im też nazwisko "Surlit".
Tomek Sowa
Rocznik 1988. Z dziennikarstwem związany od 2010 roku, trochę z przypadku. Sport to dla niego sprawa najważniejsza... z tych mniej ważnych. Wierzy, że rywalizacja na arenach to nie tylko wyniki. To ludzie i stojące za nimi historie. Uwielbia pisać o przeszłości, o dawnych mistrzach, meczach i wielkich imprezach. Twórca bloga historiasportu.info. Autor książki „Lekko o atletyce”, a niedawno rozpoczął „zabawę” z podcastami. Prywatnie mąż i ojciec, a także wielki kibic Beskidu Godziszka – w każdej kategorii wiekowej.